– Czyli pułapka nie zawiera w sobie smoków? – to było bardziej pytanie retoryczne, no bo skąd Brenna miała to dokładnie wiedzieć… no chyba że w jakiś magiczny sposób wiedziała, ale Victoria po prostu zastanawiała się na głos. Uniosła zresztą teraz ręce w górę, by przeczesać włosy i podzielić je sobie, by na szybko spleść warkocz – to na szczęście nie zajmowało dużo czasu jeśli miało się wprawę, a tę Victoria miała. Skoro zaś miała to być nagła akcja, nie zamierzała pozwolić, by włosy weszły jej gdzieś w paradę. – Niekoniecznie. Gdyby to były jaja, to na pewno. Ale to są już no… trzymiesięczne smoki, więc możliwe że już sobie nie zawracają głowy ciepłem. Będą na oko gdzieś, bo ja wiem, tej wielkości – tutaj Victoria rozstawiła ręce, żeby pokazać Brennie wysokość i szerokość zwierzaków. – I myślę, że już będą potrafiły trochę tym ogniem zionąć, ale też bez przesady. Ugryźć też, ale to bardziej jak kłapnięcie małego psa – zastanawiała się nad tym, czy kłusownicy przypadkiem nie faszerowali tych smoczątek czymś co na przykład przyspieszało ich wzrost, ale tego też przewidzieć nie mogli… Powiedziała więc tyle, ile wiedziała, myśląc o naturalnym wzroście smoka w tym wieku. Oczywiście według książek. – O wyobrażam sobie to skakanie – zwłaszcza, że Apollo raczej wolał nigdzie nie chodzić, tylko się teleportować. – To idealna robota dla Aidanka – zgodziła się z Brenną. – Mógłby o tym opowiadać dziewczynom, a nie o jakichś rewolucjach żołądkowych sprzed trzech lat – westchnęła, ale niestety! Były tu one, był Apollo i Sadwick, Parkinsona niet.
– Tak szybko chyba się nie spakują w razie czego? – no bo jak szybko można było spakować cały obóz i dorastające smoki? – Swoją drogą… Myślisz że tam też mają barierę przeciw teleportacji? – bo ostatnim razem to właśnie to było głównym problemem, przez który utknęły sam na sam z wściekłą smoczycą. Victoria też wcale nie chciała czekać do rana. Lepiej było kuć żelazo póki gorące, wpaść tam do nich, gdy już się będą układać do snu… Tak było łatwiej. Lepiej. To jest zakładając, że będą mieć jakiś element zaskoczenia, co nie było wcale pewne.
– Anonimowy? – bo jeśli tak, to mogło to znaczyć rzeczywiście wszystko: i pułapkę i smoki. A jeśli nie było to całkowicie niedorzeczne, to rzeczywiście należało to sprawdzić…
– Jeszcze nie wiem… – odparła Brennie i zaśmiała się cicho, bo chyba było jej obojętnie, czy facet potrafi mówić brzydko czy nie. Ona potrafiła i przyzwyczajona była do różnych wyrażeń, nie więdły jej od razu uszy… Choć w dobrym tonie było dopasować słownictwo do okoliczności. Jednak następne pytanie przyjaciółki sprawiło, że uśmiech Victorii stał się trochę… lżejszy. Nie zniknął całkiem, ale na pewno zmalał. Żadna z nich nie była głupia, nie chodzisz na bal z jednym facetem, gdy spotykasz się z drugim. A Victoria z jednej strony zupełnie nie chciała o tym rozmawiać, rozdrapywać tych wszystkich emocji, które próbowała utrzymać na smyczy, a z drugiej… gnieść to wszystko w głowie i sercu też nie było dobrze. – Mmm… – mruknęła i nabrała głębszy wdech, by zaraz powoli wypuścić powietrze. – To jest… Bardzo krótka historia. Kończy się ona tak, że nie jest się dla kogoś pierwszym, ani drugim wyborem. Ani w sumie żadnym – stwierdziła. – Wybiera się ucieczkę gdzieś daleko i nie bierze pod uwagę powrotu. Tak z dnia na dzień, bez słowa wyjaśnienia – Lestrange przygryzła wargi i złapała się na tym, że patrzy się w podłogę, na swoje buty. – To tak w skrócie – co tu było więcej do dodania? Tego w sumie Victoria nie wiedziała, choć gdyby się nad tym zastanowić, to było wiele. TO jak ona się z tym czuła, czy było to ważne, dlaczego w ogóle się tym wszystkim przejęła, skoro już raz dostała kosza i tak dalej. Ostatecznie wychodziło, że jest głupią, naiwną siksą. – Groził czy obiecywał? – zagaiła jeszcze w stosunku do Bulstrode’a, choć nie wierzyła, by mówił to na poważnie.