– A opcja zawierająca obie możliwości jednocześnie jest możliwa? – zaczepiła ją, przekładając na biurku swoje dokumenty, bo nie znosiła zostawiać za sobą nieporządku, jeśli to nie było coś super pilnego, a to, że Brenna szła, a nie biegła na złamanie karku, właśnie to jej sugerowało. Złapała plik kartek, postukała nimi o blat, by ułożyły się równo i odłożyła na odpowiednie miejsce. Wzięła przy tym jaką małą karteczkę i skreśliła na niej kilka słów – notatka dla przyszłej Victorii zapewne, i położyła ją również w takim miejscu, by nie walało się to bez ładu i składu.
– Lewdwo wyklute pisklęta potrafią czasem kaszlnąć ogniem. Co prawda nie tak mocnym, ale nadal mogą coś podpalić – po ostatniej przygodzie ze smokami Victoria odrobiła pracę domową i poczytała o nich znacznie więcej, żeby w przyszłości się nie zdziwić. Zwłaszcza o tych walijskich zielonych, bo to ten gatunek spotkały, ale zahaczyła przy tym o czarnego hebrydzkiego, jako że też występował na terenie Wielkiej Brytanii i z ciekawości na rogogona węgierskiego czy ukraińskiego spiżobrzucha. Nie była w żadnej mierze wielką ekspertką, nie wiedziałaby zapewne jak się takim maluchem zająć na dłuższą metę, ale wiedzę teoretyczną posiadała. – Ten eliksir to na wszelki wypadek. Jakby jednak się okazało, że jest tam bardziej gorąco niż ustawa przewiduje – powiedział i uśmiechnęła się do Brenny. – Apollo na pewno jest zachwycony, że to znowu my dwie i znowu te przeklęte smoki – i Sadwick… Pamiętała go z akcji w Hogsmeade, to chyba był dość młody stażem brygadzista, o ile pamięć jej nie myliła, ale Victorii to nie przeszkadzało. – Jest o tej godzinie w ogóle ktoś z biura świstoklików? Nie zajmie za dużo czasu zrobienie takiego? – zastanowiła się na głos, patrząc przy tym na zegarek. Bo coś czuła, że tam stwierdzą, żeby przyszli jutro, albo inne tego typu, albo całkiem pocałują klamkę.
– Może. Ale ile można się tak przenosić z całym tym… no ze wszystkim i małymi smokami też… – wtedy w jaskini znalazły skorupki jaj, znaczy, że pisklaki się już wykluły, a teraz rosły. Miały gdzieś na oko 3 miesiące, co oznaczało, że nie były już aż tak małe… I spokojnie mogły już chyba tym ogniem zionąć… jakoś. Na pewno lepiej niż ledwo wyklute pisklęta. – Cynk o pułapce? Coś w stylu? – uniosła wyżej brwi, narzucając na ramię swoją torbę. – Skąd ten cynk? – zapytała w końcu. – I co za pułapka? – skoro o niej wiedziała, to lepiej było się przygotować…
– Bawiłam się naprawdę dobrze – odparła, właściwie spodziewając się gdzieś po drodze tego pytania, skoro to było ledwo wczoraj. – Ach, nie, jemu by chyba przez usta nie przeszło słowo „kupa”, „gówno” i „sraka” – zażartowała jeszcze (znaczyło to tyle, że na balu nie mogła być z Rookwoodem, bo o nim czegoś takiego by nie mogła powiedzieć, a Brenna przecież wiedziała jak on się wypowiadał). – A ty? Bulstrode chyba by o takich rzeczach nie opowiadał, chociaż wiem, że akurat on by je spokojnie wymówił i to najlepiej dla efektu kilka razy…