- Nie tak od początku, jeśli wracamy, aż tak daleko, to na samym początku chciałam tylko i wyłącznie się z Tobą przyjaźnić, później nieco się to skomplikowało... - Jak już przecież ustalili nie bez powodu dała mu tamtą bransoletkę, upatrzyła go sobie na przyszłego męża i w końcu to osiągnęła. - Potknięcie musiało się zdarzyć, chociaż w tej rywalizacji byliśmy całkiem uparci, nawet najlepszym zdarzają się jednak momenty słabości i nas musiało to spotkać, broniliśmy się przed tym naprawdę długo. - Dogryzali sobie kiedy tylko mogli, próbowali udowodnić, że za sobą nie przepadają, nie była to najbardziej logiczna narracja zważając na to, że pod tym wszystkim kryło się coś zupełnie innego, a jednak, czy właściwie w tamtym momencie życia tak naprawdę mieli inne możliwości? No nie do końca. Rozmawiali już zresztą o tym, dlaczego postępowali w ten sposób. To było poniekąd tarczą przed tym, co mogło w nich uderzyć. Bezpieczna, chociaż niezbyt przyjemna opcja, która pozwalała im na siebie spoglądać i wchodzić w konwersacje, nie było więc znowu tak do końca najgorzej, bo nadal utrzymywali ze sobą kontakt, a to było lepsze od niczego.
Przez siedem lat nauki w Hogwarcie dowiedzieli się o sobie naprawdę wiele. Bywały momenty mniej przyjemne, bardziej przyjemne, nigdy jednak do końca nie udało im się przestać na siebie wpadać i całkowicie zaniechać kontaktu. Zdarzyło mu się pojawić przed nią w najmniej oczekiwanym momencie, wyciągnąć pomocną dłoń, a później tak po prostu wracać do tej udawanej nienawiści, wtedy chyba pojawiał się największy mętlik w jej głowie, bo niby się nie lubili, a jednak nie był w stosunku do niej całkiem obojętny, była wtedy okropnie zagubiona, były to jednak nieliczne momenty, bo raczej trzymali się jednej narracji, tej, którą wybrali, gdy okazało się, że nie mogą dostać tego, co chcieliby naprawdę. Pamiętała, że spędzała godziny na analizie jego zachowania, nigdy nie udało jej się tego w pełni zrozumieć, no - dopiero ostatnio, kiedy miała szansę zobaczyć pełny obrazek.
- Nie brała jeńców. - Nie zastanawiała się tamtego wieczora nad tym, co robili. Yule od zawsze było dla niej dość istotne, pierwszy raz spędzała je w szkole, później on pojawił się zupełnie znikąd, i to w tej swojej wyjątkowo przystępnej wersji... Powinna się wtedy na moment zatrzymać, przeanalizować, czy na pewno powinna pozwalać sobie na coś takiego, ale tego nie zrobiła, bo był to bardzo wyjątkowy wieczór. Brandy profesora okazała się jednak nie mieć litości, ani dla niej, ani dla niego, który przecież był całkiem doświadczony. Prue nie oszukiwała się, nie miała wtedy pojęcia, jak może się to skończyć, mimo tego, że była prefektką, powinna świecić przykładem to tego nie robiła, ten jeden raz pozwoliła sobie odpuścić, no i miała za swoje. Pamiętała, jak ciężko jej wtedy było, że miała do siebie pretensje, bała się ewentualnych konsekwencji, chociaż w głębi duszy przecież wiedziała, że on by jej nie wydał. Bez względu na to, co między nimi zaszło, zresztą nie bez powodu ona również trzymała język za zębami, nigdy nie poruszali tego tematu, bo tak było wygodniej. Okazało się jednak po tylu latach, że nie tylko ona miała dziury w pamięci, nie tylko ona lękała się tego, co może skrywać ta ciemność, chwilowe zaćmienie na umyśle. Strach często powodował, że wybierało się najbardziej bezpieczne rozwiązania, bez sensu było przecież samemu kopać sobie grób, przyznawać się przed kimś z kim kontakt był raczej gorszy niż lepszy do tego, że coś wymknęło się spod kontroli, tylko nie do końca się wie co, zapytanie o to jego nie miało racji bytu.
- To mogło być męczące. - W przeciwieństwie do niej miał namacalny dowód, że naprawdę do czegoś doszło, więc zdecydowanie przeżywał większą traumę nie wiedząc do końca o co chodziło, ona tylko gdybała, niby czuła, że wydarzyło się coś istotnego, ale to nie musiała być prawda, przeczucia mogły ją mylić, w jego przypadku rysowało się to dużo gorzej. Pozostał ślad, świadomość, że faktycznie coś się stało, tylko nie miał pojęcia, jak daleko to zaszło. No, musiało go to męczyć bardziej niż ją.
- Upływający czas potrafi bardzo mocno zmienić perspektywę. - Patrząc na to, gdzie znajdowali się aktualnie, rzeczywiście było to ironiczne. W końcu nie było nikogo, ani niczego, co mogło im stanąć na drodze, doszło do momentu, w którym wreszcie byli we właściwym miejscu, przestali się bronić przed tym, co ich do siebie przyciągało. Nie musieli tego dłużej robić, w tym przypadku wyszło im to na dobre.
Miała świadomość, że Benjy miał nieco inne zdanie na temat przeznaczenia, czy losu, zdążyli już przecież też poznać swoje zdanie na ten temat, jednak ona nie mogła wyzbyć się tej myśli, że coś chciało, aby tak wokół siebie krążyli, że od początku mieli mieć dla siebie większe znaczenie niż zakładali.
- Ty miałeś swoją kontrolę, ja miałam pamięć, w tamtym jednym momencie straciliśmy to, co było dla nas najważniejsze, nie ma się co dziwić, że postąpiliśmy tak, a nie inaczej. To nie był czas, w którym wszystko było proste. - Wręcz przeciwnie, w tamtym okresie ich relacja była bardzo mocno skomplikowana i opierała się raczej na tym, żeby sobie jak najbardziej dopiec. Mimo wszystko nie wykorzystali tej chwili słabości, nie postanowili jej wyciągać, poniekąd było to chowanie głowy w piach, ale wyszło im chyba na dobre, kto wie, do czego mogłoby to doprowadzić.
- Tak, wtedy to był nasz standard. - Wszystko jej się układało, powoli. Nie mieli lekko w tamtym czasie, nie było łatwo udawać, że są sobie zupełnie obojętni, ale jednak robili wszystko, aby to tak wyglądało, a nawet gorzej.
Dowiedziała się przecież, że to nie była jego decyzja, że wpływ na to wszystko miały inne osoby, zresztą i ona nasłuchała się dość sporo o tym, że nie powinna zbliżać się do takich jak on, że nie można im ufać. Konwenanse w ich przypadku nie miały żadnego odzwierciedlenia, jednak w tamtym momencie życia musieli przestrzegać norm, bo od nich tego wymagano, byli tylko dziećmi, które jakoś próbowały sobie poradzić z oczekiwaniami stawianymi przed świat.
- Nie dało się tego nie zauważyć. - Zresztą on też ją wkurzał, bo przecież próbowała się trzymać od niego z daleka, a jednak nie umiała tego zrobić. Nie potrafiła. Miała pewne założenia, starała się ich przestrzegać, ale w przypadku jego osoby to nie działało - nigdy.
- Próbowaliśmy, ale z perspektywy czasu to prawda, nie była nam pisana przyjaźń. - Chociaż od tego wszystko się zaczęło, pamiętała, że i wtedy spoglądała nieco inaczej niż tylko na przyjaciela, zawsze był dla niej kimś więcej, tylko jako młoda dziewczyna nie do końca mogła to zrozumieć, dopiero z czasem, gdy spoglądała w przeszłość zaczęło to do niej docierać. - Byliśmy zbyt młodzi, żeby to zrozumieć. - Miała co do tego podobne zdanie do niego.
Teraz? Teraz siedzieli razem w wielkiej wannie, po swoim ślubie, te wszystkie niedopowiedzenia z przeszłości nie miały już najmniejszego znaczenia, bo mimo przeszkód, mimo krzywd jakie sobie wyrządzali trafili na siebie w teraźniejszości i w końcu postanowili zmienić narrację. Nic ich już nie powstrzymywało, nie było osób trzecich, które mogłyby to spieprzyć, tylko oni i ich pragnienia, wreszcie mieli swój moment w czasie i przestrzeni i wykorzystali go w pełni. Co najbardziej istotne, nie było to tylko chwilowe, chcieli czegoś więcej i po to sięgnęli, tak po prostu, bez żadnego zawahania. Krążyli wokół siebie przez lata, naprawdę łatwo jej było uwierzyć w to, że była to jakaś siła wyższa, że było im to po prostu pisane, nie potrafiła sobie tego inaczej wytłumaczyć, istnieli po prostu ludzie, którzy mieli zaistnieć w swoich życiach na dłużej, w tym, czy innym etapie życia, tak to wyglądało w przypadku tej dwójki.
Postanowiła wreszcie sięgnąć po to, czego w tej chwili potrzebowała, a chciała wyłącznie jego, jak najbliżej, jak najbardziej, przesunęła się, by pocałować go, bo świat na moment się zatrzymał. Liczyła się tylko ta chwila, w której mogli wreszcie, spokojnie zacząć zatracać się w tym uczuciu, które ich połączyło. Tylko to teraz miało znaczenie, Londyn, który znajdował się za oknem, tysiące świateł roztaczających się nad miastem zdawało się być daleko stąd, a nie na wyciągnięcie ręki. To była ich chwila, ich moment. Udało im się do tego dotrzeć, mimo tych wszystkich drobnych potknięć po drodze. Zamknęli się w swojej bańce, do której nikt, ani nic nie miało dostępu. To było miejsce, w którym istnieli tylko oni. Przyciągnął ją do siebie, oparła się więc na nim całym ciężarem swojego ciała, wydawać się mogło, że od zawsze to miejsce na jego udach należało do niej, pasowała do niego idealnie. Teraz miało należeć do niej na stałe, bo on był jej, a ona jego. Zadecydowali o tym tej październikowej nocy. Narzuciła mu ramiona na szyję, opuszki jej palców delikatnie ją muskały. Nigdzie się nie spieszyli, mogli całować się do utraty tchu, urwanych oddechów, pod osłoną nocy, kiedy świat wydawał się być tylko i wyłącznie ich miejscem na ziemi.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control