O miłość warto walczyć. Te słowa utkwiły mu w głowie, kiedy Rodolphus odpowiedział mu w sprawie związków na odległość. Czy on, walczył o swoją miłość? Robił to, dopiero teraz. Kiedy zobaczył latem Camille znów w Anglii. Jego dawna miłość znów o sobie przypomniała. Nie walczył o miłość pięć lat temu, poddając się temu, co przygotował jego ojciec – aranżowane małżeństwo. Poddał się jego decyzji, aby go zadowolić, nie siebie. Aby wierzył, że ma wymarzonego dziedzica, odpowiednio wychowanego syna. Słuchając odpowiedzi Victorii, na moment Laurence spojrzał w stronę swojego ojca. Jego poważny wzrok jednak bacznie go obserwował. Jakby Anthony jednak i na tej kolacji postanowił obserwować swoje obecne dzieci. Szczególnie, synów.
- Dziękuję.Odpowiedział kuzynce, wracając spojrzeniem na jej oblicze. Tym łagodnym, spokojnym, wdzięcznym też za zrozumienie. Tym samym uraczył także kuzyna.
- Jak sam powiedziałeś. O miłość warto walczyć. Nawet po latach.
Odpowiedział Rodolphusowi.
- Będziemy nad tym pracować i zobaczymy także co przyniesie przyszłość.
Tutaj już odpowiedź kierował ponownie do Victorii.
Co mógł, to zrobił wszystko aby ojca zadowolić, ale nie mogło to trwać wiecznie. Musiał też myśleć o swoim szczęściu, nie myśląc o konsekwencjach. Albo może będąc ich świadom? Nie robił przecież niczego na niekorzyść rodziny. Zawodowo rozwinął się wysoko. Teraz mógł skupić się na swoim szczęściu, a przede wszystkim, syna.
Prawda, że posiadając tak szerokie kontakty w Ministerstwie i odpowiednie zasoby finansowe, Laurence mógł sobie pozwolić na załatwienie świstoklików do i z Francji. Jednakże tutaj musiałby także opracować sobie eliksir, który złagodzi rewolucje żołądkowe na taki tym transportu, gdyż jego organizm nie tolerował takiego rodzaju transportu. A nie miał jeszcze czasu nad tym przysiąść.
Rozmowy zostały przerwane pojawieniem się spóźnionych osób. Laurence od razu spojrzał w ich kierunku, jak pozostali zainteresowani członkowie rodziny, zasiadający przy stole. Eden i Primose jak zwykle piękne. Najważniejsze jednak, że pojawił się William. Laurence wstał ze swojego miejsca, podchodząc do nich, aby odpowiednio przywitać. Nie widział się z nimi dość długi czas.
- Miło was widzieć.Jeżeli panny pozwoliły, ujął ich dłonie aby ucałować wierzch. Z kolei stając przed Williamem, przez moment wpatrywał się w niego jakby badał, czy jest w jednym kawałku.
- Nawet nie wiesz, jak cieszy mnie Twoja obecność.
Objął Williama w braterskim uścisku. Przy okazji pytając.
- Dostałeś mój list?
Zapytał, puszczając go i pozwalając im w końcu zająć miejsca. Zapytał o list, gdyż nie wiedział czy do Williama w ogóle sowa dotarła i czy w ogóle odpisywał. Jeżeli tak, to Laurence nic dostał. Czy może odpowiedź dotarła do Francji, a on był już w Anglii?