06.01.2026, 04:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2026, 18:16 przez Benjy Fenwick.)
Nie widziałem wszystkiego, nie od razu, część obrazu docierała do mnie przez nagły ból i ciężar cielska, które przygniatało mnie do ziemi, a być może nawet przez trzask moich własnych żeber protestujących przy każdym oddechu. Dostrzegałem jednak wystarczająco dużo, by zrozumieć, że sytuacja właśnie przekroczyła granicę, za którą zaczynają się rzeczy naprawdę złe.
Wilkołak nie odskoczył po dźgnięciu, chociaż weszło ono tak gładko i głęboko, jak tylko mogło z pozycji, w jakiej się znalazłem - ryk, który wyrwał mu się z gardła, był czysty i szczery, ale nie oznaczał odwrotu, wręcz przeciwnie, potwór w wilczej skórze zareagował jak ktoś, kto uznał, że skoro już boli, to nie ma sensu się oszczędzać, jego ciało napięło się pod moimi rękami, masa przesunęła się wyżej, a pazury poszły w ruch chaotycznie, bez precyzji, za to z pełną siłą.
Uderzył.
Poczułem, jak coś rozcina mi bok, głębiej niż wcześniej, ciepło rozlało się pod skórą i natychmiast zmieniło się w piekący, ostry ból. Powietrze uciekło mi z płuc, widzenie zawęziło się na moment do jasnych plam. To nie był jeden cios, tylko seria szarpnięć, zbyt blisko twarzy, przerażająco blisko gardła - testował, gdzie może pozwolić sobie na więcej - każdy ruch kosztował mnie więcej sił, niż chciałem przyznać, słyszałem jego oddech tuż nad sobą, ciężki, urywany, przesiąknięty zapachem krwi. Mojej. Jej. Jego. Wszystko się mieszało.
Gdzieś z boku mignęła sylwetka Geraldine, widziałem błysk jej ostrza, ruch, który powinien był zakończyć ten fragment starcia, ale przeklęta polana znów zrobiła swoje - trawa, wilgoć, nierówność - cios przeszedł przez powietrze, zbyt wysoko, a może zbyt późno, nie widziałem tego dokładnie, ale ostrze nie znalazło celu.
Wilkołak poczuł to natychmiast, zignorował ją jednak jeszcze na ułamek sekundy, jakby w tej sekundzie istniał tylko jeden problem do rozwiązania. Zaryczał ponownie, krócej, wścieklej, a jego ciężar przycisnął mnie mocniej do ziemi, pazury znów poszły w dół, bez finezji, bez kalkulacji, czysta furia i determinacja, żeby dokończyć, zanim ktokolwiek zdoła mu przeszkodzić.
Las odpowiedział, gdzieś w głębi coś pękło, gałęzie zatrzeszczały, echo poniosło dźwięk dalej. Ziemia pod nami była zimna, wilgotna, obca. Przeklęta.
Leżałem pod nim, z wbitym ostrzem w jego brzuchu, z krwią spływającą po boku, z bólem, który przestał być ostry, a zaczął być ciężki, lepki, zdradliwy. Wiedziałem, że każda kolejna sekunda w tej pozycji działa na jego korzyść, wiedziałem też, że jeśli teraz stracę przytomność, to nie obudzę się już w tym lesie. Zacisnąłem zęby, próbując zebrać resztki sił, czekając na moment, na błąd, na cokolwiek, co pozwoli mi jeszcze raz go zrzucić albo chociaż kupić nam czas.
Miałem wrażenie, że ból nie cofał bestii ani o krok, przeciwnie, wilkołak próbował go wykorzystać, przepchnąć dalej, głębiej, aż stanie się paliwem. Czułem to w sposobie, w jaki jego ciało zaczęło się zmieniać pod moimi rękami, napięcie mięśni przestało być tylko reakcją, a zaczęło przypominać forsowanie granicy, jakby bestia świadomie pchała klątwę do przodu, zmuszając się do pełnej przemiany, nawet jeśli oznaczało to rozrywanie samego siebie od środka - jego kręgosłup wygiął się nienaturalnie, barki uniosły wyżej, oddech zrobił się urywany, ciężki, srebro tkwiące w brzuchu nie zatrzymało tego procesu, przynajmniej nie od razu, chwilowo mogło co najwyżej go zaboleć. Może liczył na to, że ból go nie osłabi, tylko utwardzi, przemiana przykryje ranę, zepchnie ją gdzieś pod nową warstwę ciała. Może wierzył, że jeśli doprowadzi to do końca, przestanie mieć znaczenie, gdzie go trafiliśmy. Nieważne, o co mi chodziło - nie zamierzałem mu tego ułatwiać.
Spróbowałem wbić ostrze głębiej, tam gdzie już było, wykorzystać moment, w którym jego uwaga rozjeżdżała się między bólem a przemianą. Nie wiedziałem, czy mam dość siły, czy ręka mnie posłucha, czy żebra nie odmówią współpracy przy następnym ruchu, ale spróbowałem. Docisnąłem się do niego, jakbym chciał go do siebie przyciągnąć, a nie odepchnąć, i pchnąłem ostrze z całym ciężarem, jaki jeszcze byłem w stanie zebrać.
Jednocześnie próbowałem się wyrwać, nie wstać, nie uciec, tylko zmienić pozycję, wysunąć biodra, zepchnąć jego ciężar choćby o kilka centymetrów, tyle, żeby nie leżał już idealnie nade mną. Może wystarczyłoby to, by złapać oddech, może pozwoliłoby mi przetoczyć się na bok, a może tylko pogorszyłoby sprawę.
Wilkołak zawarczał, dźwięk wyszedł głęboko nie tylko z jego trzewi, lecz także z całego jego ciała, jakby coś w środku pękało i składało się jednocześnie. Cielsko drżało, nie byłem pewien, czy z bólu, czy z wysiłku, z jakim próbował dokończyć przemianę w tak niefortunnym momencie. Miałem wrażenie, że każdy jego ruch był teraz albo krokiem do pełnej bestii, albo krokiem w stronę upadku, i że sam jeszcze nie wiedział, które z tych dwóch wygra.
Las szumiał gdzieś na granicy słyszalności, obserwował to z bliska, ciekawy wyniku. A ja, przygnieciony do ziemi, z ostrzem w dłoni i krwią pod plecami, mogłem tylko zakładać, że jeśli uda mi się wcisnąć to srebro choć odrobinę głębiej i wyrwać się spod niego na sekundę, to nie będzie to jeszcze koniec, ale może będzie początek końca. Pytanie - czyjego. Wilkołak był ranny, ale daleki od poddania się. W jego oczach nie było strachu, była tylko decyzja, że tej nocy ktoś tu zostanie. A ja coraz bardziej miałem wrażenie, że przeklęty las już wie, kogo chciałby zatrzymać.
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - brutalne, siłowe dociśnięcie srebrnego ostrza w istniejącą ranę w brzuchu wilkołaka, z pozycji leżącej, w zwarciu (atak)
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - próba wypchnięcia bioder i barków, zepchnięcia ciężaru wilkołaka o kilka centymetrów i zmiany pozycji w zwarciu (obrona)
Wilkołak nie odskoczył po dźgnięciu, chociaż weszło ono tak gładko i głęboko, jak tylko mogło z pozycji, w jakiej się znalazłem - ryk, który wyrwał mu się z gardła, był czysty i szczery, ale nie oznaczał odwrotu, wręcz przeciwnie, potwór w wilczej skórze zareagował jak ktoś, kto uznał, że skoro już boli, to nie ma sensu się oszczędzać, jego ciało napięło się pod moimi rękami, masa przesunęła się wyżej, a pazury poszły w ruch chaotycznie, bez precyzji, za to z pełną siłą.
Uderzył.
Poczułem, jak coś rozcina mi bok, głębiej niż wcześniej, ciepło rozlało się pod skórą i natychmiast zmieniło się w piekący, ostry ból. Powietrze uciekło mi z płuc, widzenie zawęziło się na moment do jasnych plam. To nie był jeden cios, tylko seria szarpnięć, zbyt blisko twarzy, przerażająco blisko gardła - testował, gdzie może pozwolić sobie na więcej - każdy ruch kosztował mnie więcej sił, niż chciałem przyznać, słyszałem jego oddech tuż nad sobą, ciężki, urywany, przesiąknięty zapachem krwi. Mojej. Jej. Jego. Wszystko się mieszało.
Gdzieś z boku mignęła sylwetka Geraldine, widziałem błysk jej ostrza, ruch, który powinien był zakończyć ten fragment starcia, ale przeklęta polana znów zrobiła swoje - trawa, wilgoć, nierówność - cios przeszedł przez powietrze, zbyt wysoko, a może zbyt późno, nie widziałem tego dokładnie, ale ostrze nie znalazło celu.
Wilkołak poczuł to natychmiast, zignorował ją jednak jeszcze na ułamek sekundy, jakby w tej sekundzie istniał tylko jeden problem do rozwiązania. Zaryczał ponownie, krócej, wścieklej, a jego ciężar przycisnął mnie mocniej do ziemi, pazury znów poszły w dół, bez finezji, bez kalkulacji, czysta furia i determinacja, żeby dokończyć, zanim ktokolwiek zdoła mu przeszkodzić.
Las odpowiedział, gdzieś w głębi coś pękło, gałęzie zatrzeszczały, echo poniosło dźwięk dalej. Ziemia pod nami była zimna, wilgotna, obca. Przeklęta.
Leżałem pod nim, z wbitym ostrzem w jego brzuchu, z krwią spływającą po boku, z bólem, który przestał być ostry, a zaczął być ciężki, lepki, zdradliwy. Wiedziałem, że każda kolejna sekunda w tej pozycji działa na jego korzyść, wiedziałem też, że jeśli teraz stracę przytomność, to nie obudzę się już w tym lesie. Zacisnąłem zęby, próbując zebrać resztki sił, czekając na moment, na błąd, na cokolwiek, co pozwoli mi jeszcze raz go zrzucić albo chociaż kupić nam czas.
Miałem wrażenie, że ból nie cofał bestii ani o krok, przeciwnie, wilkołak próbował go wykorzystać, przepchnąć dalej, głębiej, aż stanie się paliwem. Czułem to w sposobie, w jaki jego ciało zaczęło się zmieniać pod moimi rękami, napięcie mięśni przestało być tylko reakcją, a zaczęło przypominać forsowanie granicy, jakby bestia świadomie pchała klątwę do przodu, zmuszając się do pełnej przemiany, nawet jeśli oznaczało to rozrywanie samego siebie od środka - jego kręgosłup wygiął się nienaturalnie, barki uniosły wyżej, oddech zrobił się urywany, ciężki, srebro tkwiące w brzuchu nie zatrzymało tego procesu, przynajmniej nie od razu, chwilowo mogło co najwyżej go zaboleć. Może liczył na to, że ból go nie osłabi, tylko utwardzi, przemiana przykryje ranę, zepchnie ją gdzieś pod nową warstwę ciała. Może wierzył, że jeśli doprowadzi to do końca, przestanie mieć znaczenie, gdzie go trafiliśmy. Nieważne, o co mi chodziło - nie zamierzałem mu tego ułatwiać.
Spróbowałem wbić ostrze głębiej, tam gdzie już było, wykorzystać moment, w którym jego uwaga rozjeżdżała się między bólem a przemianą. Nie wiedziałem, czy mam dość siły, czy ręka mnie posłucha, czy żebra nie odmówią współpracy przy następnym ruchu, ale spróbowałem. Docisnąłem się do niego, jakbym chciał go do siebie przyciągnąć, a nie odepchnąć, i pchnąłem ostrze z całym ciężarem, jaki jeszcze byłem w stanie zebrać.
Jednocześnie próbowałem się wyrwać, nie wstać, nie uciec, tylko zmienić pozycję, wysunąć biodra, zepchnąć jego ciężar choćby o kilka centymetrów, tyle, żeby nie leżał już idealnie nade mną. Może wystarczyłoby to, by złapać oddech, może pozwoliłoby mi przetoczyć się na bok, a może tylko pogorszyłoby sprawę.
Wilkołak zawarczał, dźwięk wyszedł głęboko nie tylko z jego trzewi, lecz także z całego jego ciała, jakby coś w środku pękało i składało się jednocześnie. Cielsko drżało, nie byłem pewien, czy z bólu, czy z wysiłku, z jakim próbował dokończyć przemianę w tak niefortunnym momencie. Miałem wrażenie, że każdy jego ruch był teraz albo krokiem do pełnej bestii, albo krokiem w stronę upadku, i że sam jeszcze nie wiedział, które z tych dwóch wygra.
Las szumiał gdzieś na granicy słyszalności, obserwował to z bliska, ciekawy wyniku. A ja, przygnieciony do ziemi, z ostrzem w dłoni i krwią pod plecami, mogłem tylko zakładać, że jeśli uda mi się wcisnąć to srebro choć odrobinę głębiej i wyrwać się spod niego na sekundę, to nie będzie to jeszcze koniec, ale może będzie początek końca. Pytanie - czyjego. Wilkołak był ranny, ale daleki od poddania się. W jego oczach nie było strachu, była tylko decyzja, że tej nocy ktoś tu zostanie. A ja coraz bardziej miałem wrażenie, że przeklęty las już wie, kogo chciałby zatrzymać.
Rzut PO 1d100 - 28
Akcja nieudana
Akcja nieudana
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - brutalne, siłowe dociśnięcie srebrnego ostrza w istniejącą ranę w brzuchu wilkołaka, z pozycji leżącej, w zwarciu (atak)
Rzut PO 1d100 - 93
Sukces!
Sukces!
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - próba wypchnięcia bioder i barków, zepchnięcia ciężaru wilkołaka o kilka centymetrów i zmiany pozycji w zwarciu (obrona)
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)
Spoiler