— Wiem — skwitowała opowieść o metamorfomagii. Miała dobre oceny z wykładów na temat wariacji magicznych przekazywanych pokoleniowo w rodzinach, zresztą była to w dziedzinie zainteresowań hybrydami Deirdre, możliwość modyfikacji określonych cech dziedzicznych na żądanie i wbrew wariacjom gatunkowym.
Asyryjskie skóry za to brzmiały okropnie barbarzyńsko. Mogły jednak mieć jakiś cel, który Oleander pominął calkowi w swoim wywodzie na temat swojej własnej wspaniałości.
— Muszę jednak przyznać, że raz się przydała. Pamiętasz, jak były protesty charłaków? Obserwowałam wtedy leczenie rany. I miała właśnie tyle produktu, że po prostu wycięli kawałek włosów, gdzie trzeba było dokonać zabiegu i reszta trzymała się wbrew grawitacji, nie przeszkadzając w leczeniu.
Deirdre oblizała wargi końcówką języka, jakby próbowała wykryć, jakie składniki tworzą eliksir, ale mogła wykryć tylko kilka komponentów.
— Nic nie... — wtedy spojrzała na swojego towarzysza, źrenice jej się rozszerzyły. — Na prawdę mam ochotę cię pocałować, Oleandrze, co jest wyjątkowo nie na miejscu, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze chwilę temu nie chciałam.
Chciała to zignorować, to ciągnące pragnienie, ale było jak swędzenie w bucie podczas ważnej rozmowy z przełożonym. Absolutnie irytujące i nie dające się opanować, pomimo najszczerszych chęci.
W odwrocie do swoich pragnień wywołanych eliksirem, zacisnęła ciasno usta w wąską, białą kreskę i wyciągnęła swoją różdżkę.
Rozproszenie ◉◉○○○: Rozproszenie efektu eliksiru
Sukces!
Rzuciła zaklęcie, które przyniosło natychmiastową ulgę. Na nowo była niezainteresowana całusami z Crouchem, jak zwykle. Wypuściła głośno powietrze, ramiona jej się rozluźniły.
— Wymagania czystokrwiści oraz ten eliksir sugerują mi, że Lestrange powzięli sobie za punkt honoru uczynić kilka nowych mariaży pośród gości podczas tego przyjęcia. Interesujące.