04.01.2026, 00:39 ✶
Spojrzała na niego (nią) długo, uważnie i w absolutnej ciszy. Zamrugała kilka razy, teatralnie wolno, nadal nie odzywając się ani słowem na tego siura. Zupełnie tak, jakby tego typu słowa nie były obecne w jej codziennym słowniku. Cieszyła się jednak, że nie było tu nikogo, kto mógłby słuchać ich wymiany zdań, bo ciężko byłoby się z tego wytłumaczyć. I nie chodziło tylko o zmianę płci Zacka, a o to, co nastąpiło potem. O tych siurach i przebieraniu chłopa za babę.
- Dobrze - powiedziała w końcu, po chwili milczenia. Trawiła trochę tę informację, a po krótkiej walce ze swoimi myślami uznała, że w czerwonym wygląda jak stara dziwka tuż przed emeryturą, więc nic się nie stanie, jak wciśnie w nią Zacka. Ba, będzie mógł ją sobie zatrzymać, bo czemu by nie? Wyciągnęła do niego ramię, tak jakby teraz role w tej relacji się odwróciły i to ona była chłopem, na którym Burke mógł (mogła?) się wesprzeć. - Chodź. Tylko paczuszkę schowaj.
Przypał by był, gdyby dostała się w niepowołane ręce.
Mieszkanie Mulciberówny znajdowało się niedaleko Czarciego Oka. Było niewielkie, ale wystarczające dla kogoś, kto mieszkał w pojedynkę, bez zwierząt i dodatkowego balastu. Z tego co Zachary wiedział, to Charlie mieszkała tu sama. Płaciła jakieś grosze, bo lokal wynajmowała po znajomości. Miała dla siebie dwa pokoje: salon i sypialnię, a także przestronną jak na te standardy łazienkę oraz niewielką kuchnię, z której praktycznie nie korzystała. Jeżeli chodzi o gotowanie, to nie nabyła tej umiejętności w domu: we wszystkim wyręczały ją skrzaty, a na swoim mieszkała od niedawna. Kanapki, jakieś usmażone mięso i makaron z sosem z puchy były jej absolutnym szczytem możliwości. Możliwe że to dlatego nie dorobiła się jeszcze porządnych oszczędności: bo chociaż nie jadła za wiele, to jedzenie na mieście nawet niewielkich ilości jedzenia było drenujące dla sakiewki.
- Rozgość się, koleżanko - Charlotte ściągnęła kurtkę i rzuciła ją na kanapę. Mimo tego, że mieszkanie było utrzymane w nieporządku, to było po prostu zabałaganione, nie brudne. Kobieta nie lubiła lub nie potrafiła odkładać rzeczy na swoje miejsce. - Czerwoną chciałeś, nie?
Przejście z salonu do sypialni, w której mieściło się tylko łóżko, szafka nocna i niewielka szafa, zajęło jej sekundę. Przez otwarte drzwi widać było, że Charlotte otwiera drzwi szafy i zaczyna przebierać między wieszakami.
Mieszkanie nie miało żadnych zdjęć na ścianach. Nic, co łączyłoby ją z rodziną. Z tego co wiedział, Lotte nie dogadywała się z matką, a jej ojciec nie żył. Nie pielęgnowała w sobie żadnych wyższych uczuć do swojego nazwiska, nie miała tu nigdzie nawet albumów z fotkami z dzieciństwa. Ściany jednak nie były gołe: znajdowało się tam kilka obrazów, w większości niepodpisanych, w różnych stylach. Podróbki? Albo nieznani artyści ze Ścieżek. Lub po prostu rynsztoka.
- Czy zmniejszyła ci się stopa przy okazji? - zapytała podniesionym głosem, bo o tym chyba nie pomyśleli. Jej szafa miała sporo sukienek, które wzięła z domu i których nie zdążyła sprzedać. Głównie od Rosiera (za darmo to uczciwa cena). - Bo jak nie, to nie wiem czy buty ci będą pasować.
- Dobrze - powiedziała w końcu, po chwili milczenia. Trawiła trochę tę informację, a po krótkiej walce ze swoimi myślami uznała, że w czerwonym wygląda jak stara dziwka tuż przed emeryturą, więc nic się nie stanie, jak wciśnie w nią Zacka. Ba, będzie mógł ją sobie zatrzymać, bo czemu by nie? Wyciągnęła do niego ramię, tak jakby teraz role w tej relacji się odwróciły i to ona była chłopem, na którym Burke mógł (mogła?) się wesprzeć. - Chodź. Tylko paczuszkę schowaj.
Przypał by był, gdyby dostała się w niepowołane ręce.
(...)
Mieszkanie Mulciberówny znajdowało się niedaleko Czarciego Oka. Było niewielkie, ale wystarczające dla kogoś, kto mieszkał w pojedynkę, bez zwierząt i dodatkowego balastu. Z tego co Zachary wiedział, to Charlie mieszkała tu sama. Płaciła jakieś grosze, bo lokal wynajmowała po znajomości. Miała dla siebie dwa pokoje: salon i sypialnię, a także przestronną jak na te standardy łazienkę oraz niewielką kuchnię, z której praktycznie nie korzystała. Jeżeli chodzi o gotowanie, to nie nabyła tej umiejętności w domu: we wszystkim wyręczały ją skrzaty, a na swoim mieszkała od niedawna. Kanapki, jakieś usmażone mięso i makaron z sosem z puchy były jej absolutnym szczytem możliwości. Możliwe że to dlatego nie dorobiła się jeszcze porządnych oszczędności: bo chociaż nie jadła za wiele, to jedzenie na mieście nawet niewielkich ilości jedzenia było drenujące dla sakiewki.
- Rozgość się, koleżanko - Charlotte ściągnęła kurtkę i rzuciła ją na kanapę. Mimo tego, że mieszkanie było utrzymane w nieporządku, to było po prostu zabałaganione, nie brudne. Kobieta nie lubiła lub nie potrafiła odkładać rzeczy na swoje miejsce. - Czerwoną chciałeś, nie?
Przejście z salonu do sypialni, w której mieściło się tylko łóżko, szafka nocna i niewielka szafa, zajęło jej sekundę. Przez otwarte drzwi widać było, że Charlotte otwiera drzwi szafy i zaczyna przebierać między wieszakami.
Mieszkanie nie miało żadnych zdjęć na ścianach. Nic, co łączyłoby ją z rodziną. Z tego co wiedział, Lotte nie dogadywała się z matką, a jej ojciec nie żył. Nie pielęgnowała w sobie żadnych wyższych uczuć do swojego nazwiska, nie miała tu nigdzie nawet albumów z fotkami z dzieciństwa. Ściany jednak nie były gołe: znajdowało się tam kilka obrazów, w większości niepodpisanych, w różnych stylach. Podróbki? Albo nieznani artyści ze Ścieżek. Lub po prostu rynsztoka.
- Czy zmniejszyła ci się stopa przy okazji? - zapytała podniesionym głosem, bo o tym chyba nie pomyśleli. Jej szafa miała sporo sukienek, które wzięła z domu i których nie zdążyła sprzedać. Głównie od Rosiera (za darmo to uczciwa cena). - Bo jak nie, to nie wiem czy buty ci będą pasować.