02.01.2026, 22:27 ✶
Jaka godzina?
W Rejwachu zawsze panował... no... rejwach. I za to najpewniej Keyleth pokochała to miejsce tak ostentacyjną młodzieńczą, bezkompromisową ale również i bezwarunkową miłością.
Nie mogła się nudzić. Zawsze ktoś chciał z nią o czymś porozmawiać, zawsze ktoś całkiem miło reagował na jej towarzystwo i też nikomu nie przeszkadzało, że Key wolała sobie podrzemać w ciągu dnia, a potem łazić po okolicy jak kot... nie! Jak fretka, gdy światło na niebie gasło, a te magiczne udawały, że wcale nie jest tak późno.
Jaki dzień?
Od pożaru minęło troszkę. Troszeczkę. Ludzie cierpieli, a ona pozostawała na to nie do końca wrażliwa. Czuła się trochę jak ryba wyrzucona z wody, wsadzona w sam środek lasu i obserwująca zza szkiełka niewielkiego akwarium problemy wiewiórek. Oczywiście - było jej przykro, że ludzie cierpieli, zdarzało jej się płakać nad losem złamanych rodzin, okrutnych historii, bezdomnych, głodnych, szarpanych przez wichry losu. Były to dla niej jednak nieznane twarze. Nieznane tereny. Rejwach stał. Pan Woody miał już zagojoną rękę, a Mabon... Mabon było takie wspaniałe!
Jaki miesiąc?
– Czy to prawda, że pod jemiołą trzeba się całować – zapytała chłopaka, który pewnie był jakoś w jej wieku, chociaż kto by tam liczył, szczególnie, jeśli akurat ona mogła byc w akurat każdym wieku, przynajmniej na jakiś czas. Jej zwykle barwne stroje zamienione były na szare i nudne, przypominające bardziej te w których chodziło się po Nokturnie, szczególnie teraz w tym trudnym czasie. Tak było łatwiej zmieniać tylko twarz i skórę. Wmieszać się w tłum.
Przysiadła na ławce obok niego z książką o zwyczajach na Yule. Podniszczoną. Wyglądającą na taką, co wpadła na dno Ścieżek i ktoś przyniósł ją do Rejwachu, żeby było czym dupsko podcierać, jakby kto był zbyt pijany, żeby posiłkować się magią.
– Czy taki pocałunek musi być w usta, czy wystarczy sam policzek? A jeśli jemioła będzie tylko wyczarowana, albo.. albo wyrzeźbiona z drewna? To już się nie liczy prawda? – Właściwie moment wcześniej zawahała się czy jest sens go budzić, ale wszycy inni byli zajęci, nieobecni, zbyt pijani albo no... nie wyglądali tak przyjaźnie jak ten śpiący chłopak, którego też pan Woody gdzieś przy okazji adoptował przyjął pod swoje skrzydła. – Bo wiesz, bo z Tobą, czy z Lewisem, czy z Aseną to nie miałabym problemów, ale tak z panem Woodym... To trochę... trochę byłoby mi dziwnie się całować, wiesz o co chodzi, prawda? – dopytywała, kartkując "podręcznik" napisany w staroangielskim, więc też Key nie wykluczała, że mogło jej się coś mocno pomieszać. Znaczy niekoniecznie z listą. Gdyby bowiem robiła sobie listę ludzi do całowania i do nie całowania, to wszystko co powiedziała było całkowicie szczere i na swój sposób niewinne. Najprawdopodobniej– No chyba, że w policzek no to dobrze. Ale tak, to muszę wiedzieć wcześniej. Mabon było takie... takie pełne niespodzianek, na Yule chce być przygotowana, proszę powiedz mi! – domagała się Key, przygryzając nieco dolną wargę i wpatrując się Julka z nadzieją na jego ekspertyzę, wymalowaną w wielkich zielonych ślepiach.
W Rejwachu zawsze panował... no... rejwach. I za to najpewniej Keyleth pokochała to miejsce tak ostentacyjną młodzieńczą, bezkompromisową ale również i bezwarunkową miłością.
Nie mogła się nudzić. Zawsze ktoś chciał z nią o czymś porozmawiać, zawsze ktoś całkiem miło reagował na jej towarzystwo i też nikomu nie przeszkadzało, że Key wolała sobie podrzemać w ciągu dnia, a potem łazić po okolicy jak kot... nie! Jak fretka, gdy światło na niebie gasło, a te magiczne udawały, że wcale nie jest tak późno.
Jaki dzień?
Od pożaru minęło troszkę. Troszeczkę. Ludzie cierpieli, a ona pozostawała na to nie do końca wrażliwa. Czuła się trochę jak ryba wyrzucona z wody, wsadzona w sam środek lasu i obserwująca zza szkiełka niewielkiego akwarium problemy wiewiórek. Oczywiście - było jej przykro, że ludzie cierpieli, zdarzało jej się płakać nad losem złamanych rodzin, okrutnych historii, bezdomnych, głodnych, szarpanych przez wichry losu. Były to dla niej jednak nieznane twarze. Nieznane tereny. Rejwach stał. Pan Woody miał już zagojoną rękę, a Mabon... Mabon było takie wspaniałe!
Jaki miesiąc?
– Czy to prawda, że pod jemiołą trzeba się całować – zapytała chłopaka, który pewnie był jakoś w jej wieku, chociaż kto by tam liczył, szczególnie, jeśli akurat ona mogła byc w akurat każdym wieku, przynajmniej na jakiś czas. Jej zwykle barwne stroje zamienione były na szare i nudne, przypominające bardziej te w których chodziło się po Nokturnie, szczególnie teraz w tym trudnym czasie. Tak było łatwiej zmieniać tylko twarz i skórę. Wmieszać się w tłum.
Przysiadła na ławce obok niego z książką o zwyczajach na Yule. Podniszczoną. Wyglądającą na taką, co wpadła na dno Ścieżek i ktoś przyniósł ją do Rejwachu, żeby było czym dupsko podcierać, jakby kto był zbyt pijany, żeby posiłkować się magią.
– Czy taki pocałunek musi być w usta, czy wystarczy sam policzek? A jeśli jemioła będzie tylko wyczarowana, albo.. albo wyrzeźbiona z drewna? To już się nie liczy prawda? – Właściwie moment wcześniej zawahała się czy jest sens go budzić, ale wszycy inni byli zajęci, nieobecni, zbyt pijani albo no... nie wyglądali tak przyjaźnie jak ten śpiący chłopak, którego też pan Woody gdzieś przy okazji adoptował przyjął pod swoje skrzydła. – Bo wiesz, bo z Tobą, czy z Lewisem, czy z Aseną to nie miałabym problemów, ale tak z panem Woodym... To trochę... trochę byłoby mi dziwnie się całować, wiesz o co chodzi, prawda? – dopytywała, kartkując "podręcznik" napisany w staroangielskim, więc też Key nie wykluczała, że mogło jej się coś mocno pomieszać. Znaczy niekoniecznie z listą. Gdyby bowiem robiła sobie listę ludzi do całowania i do nie całowania, to wszystko co powiedziała było całkowicie szczere i na swój sposób niewinne. Najprawdopodobniej– No chyba, że w policzek no to dobrze. Ale tak, to muszę wiedzieć wcześniej. Mabon było takie... takie pełne niespodzianek, na Yule chce być przygotowana, proszę powiedz mi! – domagała się Key, przygryzając nieco dolną wargę i wpatrując się Julka z nadzieją na jego ekspertyzę, wymalowaną w wielkich zielonych ślepiach.