02.01.2026, 20:57 ✶
Sama nigdy nie czuła się wciśnięta między mury, niezależnie od tego, czy był to ciemny zaułek Nokturnu, gdzie stawiała pierwsze kroki, czy kamienne korytarze internatu w Hogwarcie. Świat zawsze stał przed nią otworem, szeroki i chłonny, a ona miała ten rzadki, nieoczywisty talent odnajdowania się w każdych okolicznościach. Niektórzy brali tę elastyczność za cyniczną maskę, lecz w gruncie rzeczy Burke była w tym boleśnie autentyczna – po prostu brała to, co dawał los, i przekuwała na własną korzyść.
Pytanie o zwierzęcy totem skwitowała jedynie pobłażliwym, niemal leniwym uśmiechem, jakby odpowiedź była zbyt oczywista, by ją werbalizować. — Być może — odparła niedbale, z nonszalancją kogoś, kto zna swoje auty. — Potrafię skakać wysoko, moja droga. I nie boję się kilku poparzeń, jeśli wyzwanie jest tego warte. — Wierzyła w to. Wierzyła, że poradzi sobie z chaosem obecnych czasów tak, jak radziła sobie zawsze. Czasem tylko, w głębi ducha, zastanawiała się, jaki przyjdzie jej zapłacić za to rachunek.
Nagły, energiczny ruch Helloise wyrwał ją z tych rozważań. Ceolsige odchyliła się instynktownie, biorąc szybki wdech, ale zaraz potem na jej twarz wypłynął wyraz głębokiego zadowolenia. Nie zwykła cynicznie manipulować specjalistami. Jej wizja, choć mroczna, była szczera, i najwyraźniej trafiła na podatny grunt.
Gdy Helloise zabrała się do eksperymentów, Ceolsige wstała z krzesła. Splotła dłonie za plecami i podeszła bliżej, poruszając się cicho i zwinnie, by nie wejść w drogę gospodyni, ale widzieć każdy jej ruch. Obserwowanie mistrza przy pracy było dodatkowym benefitem całej wyprawy. Ten moment, gdy rzemiosło staje się sztuką. Śledziła mieszanie eliksirów i nakładanie ich na zioła z zainteresowaniem, które miała od dziecka. Był to też jeden z powodów przynależności do klubu.
Moment kiedy ogień ostatecznie objął testowe zioła wyrwał ją z obserwacji. Ceolsige stanęła nieco z boku, patrząc jak płomienie liżą testową wiązankę. Ogień nie był chaotyczny; był tresowany, prowadzony niewidzialną ręką eliksiru. Zacieśniał krąg. I wtedy, przez ułamek sekundy, w plątaninie czerniejących gałązek i czerwonego dymu, Ceolsige coś dostrzegła. Zdesperowaną, wykrzywioną bólem twarz, poczerniałą od sadzy, otoczoną koroną płomieni.
Jej własna twarz stężała, wyraz uprzejmego zainteresowania pierzchł na moment, odsłaniając ponurą, niemal gniewny wyraz w ściągniętych brwiach i ustach.
Trwało to jednak tylko mgnienie oka. Obraz rozpłynął się w dymie, a Ceolsige szybko przeniosła wzrok na Helloise. Czerwony refleks ognia tańczący w oczach wiedźmy i na jej bladej cerze przywrócił Burke do rzeczywistości. Na twarz szybko powrócił wyraz zdecydowanie lepiej dopasowany do okoliczności odwiedzin i obecnego towarzystwa.
Kiedy padło pytanie o jej opinię Ceolsige powróciła spojrzeniem do żaru i płomienia. Milczała przez chwilę, utrzymując powagę godną sędziego wydającego wyrok. — Nie — powiedziała sztywno, krótko. Zawiesiła głos, pozwalając niepewności wisieć w powietrzu przez sekundę, po czym jej usta rozciągnęły się w szerokim, zadowolonym uśmiechu. Zadowolone spojrzenie skierowała na twarz wiedźmy. — Efekt jest znacznie lepszy, niż myślałam.
Kiedy jednak wiedźma ukończyła pracę i gotowy, płonący wieniec objawił się w pełnej krasie, z galopującym koniem miała wrażenie jakby już płonął, z dymem snującym się jak krew. Ceolsige patrzyła na niego z lekko otwartymi ustami. To było idealne odwzorowanie jej mrocznej wizji. Zbyt idealne. Wywoływało mieszankę ekscytacji i dziwnego, pełzającego po plecach niepokoju.
Wstała powoli.— Jest niepokojący... — szepnęła zafascynowana, nie mogąc oderwać wzroku od centrum, które jej umysł szybko wypełniał żarem. Szybko jednak pokręciła głową, przywołując się do porządku i spojrzała na Helloise z wdzięcznym, ciepłym uśmiechem. — Jest doskonały, Helloise. Przekroczyłaś moje, jak się obawiałam, zbyt śmiałe oczekiwania.
Pytanie o zwierzęcy totem skwitowała jedynie pobłażliwym, niemal leniwym uśmiechem, jakby odpowiedź była zbyt oczywista, by ją werbalizować. — Być może — odparła niedbale, z nonszalancją kogoś, kto zna swoje auty. — Potrafię skakać wysoko, moja droga. I nie boję się kilku poparzeń, jeśli wyzwanie jest tego warte. — Wierzyła w to. Wierzyła, że poradzi sobie z chaosem obecnych czasów tak, jak radziła sobie zawsze. Czasem tylko, w głębi ducha, zastanawiała się, jaki przyjdzie jej zapłacić za to rachunek.
Nagły, energiczny ruch Helloise wyrwał ją z tych rozważań. Ceolsige odchyliła się instynktownie, biorąc szybki wdech, ale zaraz potem na jej twarz wypłynął wyraz głębokiego zadowolenia. Nie zwykła cynicznie manipulować specjalistami. Jej wizja, choć mroczna, była szczera, i najwyraźniej trafiła na podatny grunt.
Gdy Helloise zabrała się do eksperymentów, Ceolsige wstała z krzesła. Splotła dłonie za plecami i podeszła bliżej, poruszając się cicho i zwinnie, by nie wejść w drogę gospodyni, ale widzieć każdy jej ruch. Obserwowanie mistrza przy pracy było dodatkowym benefitem całej wyprawy. Ten moment, gdy rzemiosło staje się sztuką. Śledziła mieszanie eliksirów i nakładanie ich na zioła z zainteresowaniem, które miała od dziecka. Był to też jeden z powodów przynależności do klubu.
Moment kiedy ogień ostatecznie objął testowe zioła wyrwał ją z obserwacji. Ceolsige stanęła nieco z boku, patrząc jak płomienie liżą testową wiązankę. Ogień nie był chaotyczny; był tresowany, prowadzony niewidzialną ręką eliksiru. Zacieśniał krąg. I wtedy, przez ułamek sekundy, w plątaninie czerniejących gałązek i czerwonego dymu, Ceolsige coś dostrzegła. Zdesperowaną, wykrzywioną bólem twarz, poczerniałą od sadzy, otoczoną koroną płomieni.
Jej własna twarz stężała, wyraz uprzejmego zainteresowania pierzchł na moment, odsłaniając ponurą, niemal gniewny wyraz w ściągniętych brwiach i ustach.
Trwało to jednak tylko mgnienie oka. Obraz rozpłynął się w dymie, a Ceolsige szybko przeniosła wzrok na Helloise. Czerwony refleks ognia tańczący w oczach wiedźmy i na jej bladej cerze przywrócił Burke do rzeczywistości. Na twarz szybko powrócił wyraz zdecydowanie lepiej dopasowany do okoliczności odwiedzin i obecnego towarzystwa.
Kiedy padło pytanie o jej opinię Ceolsige powróciła spojrzeniem do żaru i płomienia. Milczała przez chwilę, utrzymując powagę godną sędziego wydającego wyrok. — Nie — powiedziała sztywno, krótko. Zawiesiła głos, pozwalając niepewności wisieć w powietrzu przez sekundę, po czym jej usta rozciągnęły się w szerokim, zadowolonym uśmiechu. Zadowolone spojrzenie skierowała na twarz wiedźmy. — Efekt jest znacznie lepszy, niż myślałam.
Kiedy jednak wiedźma ukończyła pracę i gotowy, płonący wieniec objawił się w pełnej krasie, z galopującym koniem miała wrażenie jakby już płonął, z dymem snującym się jak krew. Ceolsige patrzyła na niego z lekko otwartymi ustami. To było idealne odwzorowanie jej mrocznej wizji. Zbyt idealne. Wywoływało mieszankę ekscytacji i dziwnego, pełzającego po plecach niepokoju.
Wstała powoli.— Jest niepokojący... — szepnęła zafascynowana, nie mogąc oderwać wzroku od centrum, które jej umysł szybko wypełniał żarem. Szybko jednak pokręciła głową, przywołując się do porządku i spojrzała na Helloise z wdzięcznym, ciepłym uśmiechem. — Jest doskonały, Helloise. Przekroczyłaś moje, jak się obawiałam, zbyt śmiałe oczekiwania.