– Czyli, że jacy? – zapytała uśmiechnięta pod nosem, całkiem ciekawa tego, co Chris może powiedzieć na temat jej rodziny. O czym niby plotkowano, w czym byli tacy straszni? Wychowywano ich twardą ręką, to na pewno. Wpajano pewne wartości od dziecka. Victoria nie mogłaby powiedzieć, że miała w pełni szczęśliwe dzieciństwo, bo choć materialnie nigdy nic jej nie brakowało, zawsze miała najlepsze rzeczy, to najszczęśliwsza była z dala od domu: gdy siedziała w bibliotece, biła się z Aidanem, albo goniła za Brenną, gdy uciekały przed Morpheusem, albo wpadały na nowy genialny pomysł wspinania się na jakieś drzewa.
– Nie chcemy tu przecież kolejnego skandalu – było wiele rzeczy, które mogła tu powiedzieć, jak na przykład to, czy na wszystkich imprezach jest taki nieufny (lecz nie mogłaby go za to winić, u Blacków też uważała na to, co piła), albo czy bardziej ufał płonącym drinkom, niż winu z fontanny, wybrała jednak to. Zaskoczyło ją za to, gdy pocałował wierzch jej dłoni, a choć miała rękawiczkę, gest pozostawał gestem. Ręki jednak nie zabrała. – Czemu bym miała, przyszedłeś tu ze mną, to i na mnie jesteś skazany – choć w istocie brakowało jej szaleństwa niektórych innych dam, jak choćby ta, która wyznawała mu miłość, albo jego była – Victoria podejrzewała, że zapewne kręciła się tutaj gdzieś i być może szukała pod maską mężczyzny, który złamał jej serce, a może już dała sobie spokój?
Obserwowała fontannę i te krążące wokół kieliszki, gdy poczuła ściśnięcie dłoni i spojrzała na oranżerię. Ta martwiła ją ciągle, ale nie chciała się nią przejmować nawet podczas balu, miała to być jakaś tam odskocznia od pracy, a teraz po prostu patrzyła na nią… zupełnie niezaskoczona widokiem, jaki miała przed sobą: szklane panele pokryte były pajęczynką pęknięć, zupełnie nie tak, jak wyglądała na co dzień i wiedziała już, co za chwilę oboje zobaczą. Była tego świadkiem już zbyt wiele razy i nie spodziewała się żadnego odstępstwa od „normy”.
– Tak, widzę – mruknęła i westchnęła lekko. – Dzieci mają przygotowany pokój na piętrze rezydencji, są tam z opiekunką – bo niektóre pary jednak chciały zabrać dzieci ze sobą, a nie zostawiać ich w domu. Rozumiała to. – Może któreś zaczęło przejawiać magiczne zdolności i jakoś uciekło? – podsunęła, ale po prawdzie wcale w to nie wierzyła. Była pewna, że w środku nie zastaną nikogo, że natkną się tylko na samotną różę w bardzo starej donicy, mokrą, jakby ktoś dopiero co ją podlewał, choć w pobliżu nie widzieli zupełnie nikogo. Tak czy siak… trzeba to było sprawdzić, upewnić się, że to jednak nie było dziecko, ruszyła więc w stronę wejścia do oranżerii.