• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem

[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#3
02.01.2026, 10:50  ✶  
"Że kto?" Zapytałby normalnie Aaron Moody, gdy Lorien wypluła z siebie nazwisko, którego za żadne skarby Gringotta nie byłby w stanie powtórzyć. A jakby spróbował, to by ktoś jeszcze pomyślał, że wypił za dużo. A przecież kilka godzin temu z dyżuru zszedł! A może to jaki pseudonim? Dagienhardtio... Nie spytał jednak, kogo ma na myśli. Zamierzał sprawdzić to sam, zapisał sobie więc nazwisko delikwenta w pamięci. Jaką zbrodnię popełnił? Nieważne, wystarczyło, że przyciągnął uwagę pani sędziny. A nuż to kończył mu się wyrok, więc może trzeba będzie wygrzebać coś z archiwum, żeby wydłużyć jego odsiadkę w zakładzie penitencjarnym? Choćby miał to być tylko niezapłacony mandat, Moody nie zamierzał wybrzydzać. "Wszystkich prędzej czy później dosięgnie sprawiedliwość", mawiał. Wyobrażał sobie, jak Lorien zmarszczy nosek i przewróci oczami, gdy od niechcenia podsunie jej gazetę otwartą akurat na wzmiance o rewizji wyroku wspomianego przez nią przestępcy. Sprawiedliwość mogła mieć jej twarz, ale ręce... Jej ręce były rękami Aarona Moody'ego. Może dlatego zachował milczenie, unosząc tylko brwi, gdy Lorien obdarzyła go swym drapieżnym uśmiechem. Chociaż uśmiech nie należał do niej, a do obcej kobiety, wydawał się tak bardzo naturalnym. Tak bardzo znajomym. Aaron starał się uspokajać, że było tak tylko dlatego, że uparcie doszukiwał się w nim podobieństwa do prawdziwej Lorien. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, mimo że zdążyła już odwrócić od niego twarz.

Czasem trudno było powiedzieć, czy żartuje, czy jest w pełni poważny.

"Mógłbym wypożyczyć pani męża?", spytał ksiądz, jak gdyby Moody nie stał tuż obok. Już chciał zaprotestować, bo przecież nie mieli czasu, żeby mieszać się w mugolskie sprawy. Mógłby wymówić się, że najpierw musi podejść do swojego samochodu po narzędzia, że żonę do lekarza musi zaprowadzić... "Może go pan sobie nawet wziąć", odpowiedziała jednak Lorien, zanim Aaron zdążył w ogóle buzię otworzyć. Zamrugał, starając nie okazać zdziwienia. Et tu, Brute? Lorien nie do końca dogadywała się z ludźmi niemagicznymi, więc jej słowa były Aaronowi poniekąd zaskoczeniem. Miłym zaskoczeniem. Spodziewał się, że będzie wolała szybko skierować kroki w stronę domostw na sprzedaż, które mieli dzisiaj obejrzeć... Ale przecież eliksiru wystarczy im na cały dzień. Wciąż mieli też na zbyciu godzinkę albo i więcej przed spotkaniem z agentem nieruchomości. W Dolinie Godryka pojawili się grubo przed czasem.

– Co człowiek złączył, bóg niech nie rozdziela – huknął dziarsko Moody, na co ksiądz powoli pokiwał głową, widać biorąc jego słowa za lekkie przejęzyczenie. Myślami wciąż musiał być przy wizytacji ichniejszego arcykapłana, to znaczy, biskupa. Wyciągnął bowiem książeczkę do nabożeństwa i ołówek, jak gdyby oczekiwał, że Moody da mu wycenę za robociznę przy naprawie auta na okładce. A może rozrysuje przynajmniej, jak naprawić problem? Auror machnął tylko na to ręką. Lorien już widziała trybiki obracające się w głowie Moody'ego. Niewątpliwie był w swoim żywiole, gdy kalkulował, jak szybko naprawić zepsute części. Mógł załatwić problem magią, tylko będzie musiał odesłać księdza po jakieś narzędzia z przybudówki, żeby nie zobaczył, jak stuka różdżką w części pod maską. Czary były nietrwałe, więc wyśle go do mechanika... Powie, że to wszystko prowizorka, i rozwiązanie tymczasowe. Tak, pomyślał Moody, zakasując rękawy kubraka, właśnie tak zrobimy.
– Ale klucza będę potrzebował takiego specjalnego. Takiego trzpieniowego najlepiej, niech ksiądz poszuka. Jak nie ma, musi być. Pomodlić się, to się na pewno jakiś znajdzie!

Było w Aaronie coś kociego, gdy kroczył przez podwórze, odprowadzając wzrokiem Lorien. Stale zachowywana czujność, obecna w miękkich, acz tchnących pewnością siebie ruchach. Jego paranoja przypominała starą, nigdy niedoleczoną kontuzję. Moody oszczędzał swoje nerwy, tak jak gracze qudditcha oszczędzali kontuzjowane nogi. Polegał na z dawna wyrobionych nawykach, nie zawsze zdrowych, ale zdejmujących ciężar zmartwienia z jego barków. Na nawyku liczenia okien i drzwi, wyrysowywania w głowie planu domostwa, jak gdyby zwykła wizyta miała przerodzić się w potyczkę. Polegał na nawyku śledzenia cudzych spojrzeń. Kreślił portrety pamięciowe osób, które zdawały mu się podejrzane, notując w pamięci ich reakcje. Nie odpuszczał, choćby na chwilę, nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w pracy, a na zwykłym spacerze. Nawet wtedy, gdy trzymał w uścisku rękę żony – to znaczy, przyszłej żony – a nie różdżkę. Wypuścił ją ze swojej ręki równie niechętnie. Ale przecież nie pozwoliłby Lorien oddalić się, gdyby sądził, że miejsce jest niebezpiecznym.
– To nie zajmie długo – zawołał za nią, patrząc jak znika za gospodynią we wnętrzu plebanii. A potem podkręcił w zamyśleniu wąsisko, pochylając się nad otwartą maską. Nie robił tego przecież codziennie.

A gospodyni przedstawiła się jako Michałowa. Zaaferowana chciała już lecieć do wójta, żeby stamtąd zatelefonować na miejscową komendę policji, do kurii, wnuczka znającego się na samochodach... A jeżeli starczy czasu, jeszcze organy świętej inkwizycji powiadomić. Bo przecież mechanik trefny towar sprzedał księdzu, chociaż ten z własnej skromnej pensji odkładał, żeby auto parafii kupić! A przynajmniej tak żaliła się Lorien, po tym jak już zaprosiła ją na plebanię, żeby kobieta nie stała na zimnie. Zaopiekowała się nią najlepiej jak umiała, chociaż widać było, że wokół wrą przygotowania do wizyty kościelnego dostojnika. Plebania lśniła czystością, a z kuchni docierał zapach zamarynowanych w miodzie żeberek, specjalności gospodyni.

– ...A jego eskcelencja biskup też nie wiadomo co sobie wyobraża. Pan Jezus na osiołku do Jerozolimy wjechał, a nie na koniu, to i księżom koniom mechanicznym nie należy zawierzać... Chociaż mechanik mówił, że to wszystko sprawdzone, nie żadne oszustwo. Skłamał! W twarz słudze bożemu skłamał! Sama sutanna autorytetu widać teraz nie daje, nawet w społeczności takiej jak nasza. Sądu Ostatecznego się wcale ludzie nie boją, pani kochana! – zacietrzewiła się pani Michałowa, machnąwszy ręką w stronę wiszącego na ścianie obrazu: reprodukcji Sądu Ostatecznego z Kaplicy Sykstyńskiej, autorstwa Michała Anioła. – A przecież bać się powinni. Zapomnieli, że jak Jezus przyjdzie ponownie, to osądzi. – Twarz kobiety nieco złagodniała jednak, gdy postawiła obok Lorien tacę z herbatą. – A mleka może sobie pani życzy, albo miodu? Swoje to wszystko, zdrowe, a pani taka mizerna, chudziutka.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (2712), Lorien Mulciber (2257)




Wiadomości w tym wątku
[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem - przez Aaron Andrew Moody - 26.12.2025, 23:33
RE: [14.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem - przez Lorien Mulciber - 28.12.2025, 12:51
RE: [14.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem - przez Aaron Andrew Moody - 02.01.2026, 10:50
RE: [14.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem - przez Lorien Mulciber - 18.02.2026, 19:17
RE: [05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem - przez Aaron Andrew Moody - 11.04.2026, 16:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa