– Wyłowię cię – odrzekła pogodnie, jakby to miało załatwić cały problem z topielcami i topieniem w sadzawce, bo Bulstrode miał jakąś tajemnicę, związaną z chęcią zamordowania pierwszego Lestrange’a jakiego zobaczy. – Poza tym nie masz na nazwisko Lestrange, więc chyba nie masz się o co martwić? – dodała jeszcze i zerknęła kątem oka na Brennę która nad nią górowała i to pomimo wysokich obcasów, jakie dobrała do sukienki. – Nie powiedziałabym, że dodają odwagi. Raczej odejmują poczucie wstydu – bo to były tylko maski, bez płaszczy. Ludzie nadal zachowywali swoją sylwetkę, kobiety można było odróżnić od mężczyzn, kolory włosów, wzrost i tak dalej.
Na wzmiankę o Szeptusze, Victoria skrzywiła się wyraźnie.
– Przepowiadanie przyszłości bez zgody powinno być karane przynajmniej mandatem – mruknęła pod nosem, patrząc w lustro, w którym widziała też odbicie Lyssy i Brenny. Miała na to akurat bardzo jasne zdanie, tym bardziej podbite właśnie przez Szeptuchę, której nikt nie pytał, a i tak gadała, jakby była do tego proszona. Milczenie naprawdę czasami było złotem.
Wyciągnęła puder i delikatnym puszkiem poklepała się po czole. Przeszła właśnie do policzka, kiedy padło pytanie Lyssy, na które zdążyła odpowiedzieć bardzo krótko:
– Mhm – nie była to żadna tajemnica. Lyssa jednak nie czekając na żadną większą reakcję, kontynuowała. Victoria oczywiście doskonale wiedziała, że to z Lyssą Aidan poszedł na randkę, bo jego matka, zdenerwowana na swojego syna, który (nie) wysyłał ogłoszenia do gazet, że szuka żony, postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce, a kuzyn napisał o tym Victorii, zupełnie nieświadomy, że to była jej zemsta. O której zresztą nawet go poinformowała, ale biedny nawet nie połączył kropek. Nieważne, bo i tak się nie dowie. Lyssa więc opowiadała, a Victoria słuchała, dodając tego pudru, aż ręka jej zamarła i po prostu patrzyła w lustrze w odbicie Lyssy. Trwała tak jeszcze chwilę nawet, gdy Dolohov skończyła, po czym nastąpiło ciche kliknięcie, gdy Victoria po prostu zamknęła swój puder i teraz już się odwróciła do dziewczyny, uśmiechając się na wpół współczująco, a na wpół… Brenna z pewnością znała ten uśmieszek. Nie oznaczał raczej nic dobrego i to najpewniej właśnie dla Aidana.
– Opowiadał ci o… – nie było sensu nawet powtarzać. – Musiałaś mu się bardzo spodobać, skoro poczuł się aż tak swobodnie – powiedziała niemalże bez wyrazu, ale można było dostrzec jak drży jej kącik ust. – Aidan czasami nie ma żadnego filtra do tego co mówi, a do tego ma niezwykle barwną wyobraźnię – co kończyło się… różnie. Victoria na ten przykład otrzymywała z tego powodu stos gadżetów z rybami i dostała też wyjca z piosenką autorstwa Aidana, co w ogóle rozpoczęło ten bajzel. – I sprawia w ten sposób pozór wyluzowanego gościa, co nie jest tak do końca prawdą – to był ten typ faceta, który głęboko ukrywał to, że tak naprawdę ma łeb jak sklep. Inaczej tiara w życiu nie przydzieliłaby go do Ravenclawu. Victoria miała całe życie doświadczenie z Aidanem, wiedziała więc do czego był zdolny. I był ten drugi osobnik, zachowujący się bardzo podobnie, który w ten sposób próbował ukryć swoje uczucia – zdążyła to już rozgryźć, gdy była z nim zaręczona, choć nie miało to teraz większego znaczenia, bo nie było ani zaręczyn, ani osobnika. – Porozmawiam sobie z nim. Sraka z 69 roku będzie najmniejszym z jego zmartwień – uśmiechnęła się uprzejmie. – Mam nadzieję, że poza tym zachowywał się przyzwoicie?