24.12.2025, 13:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 13:34 przez Lorien Mulciber.)
W pierwszej chwili nie zauważyła nic nietypowego.
Może dlatego, że było wciąż jeszcze piekielnie rano, a Lorien nie miała okazji wypić nawet łyka kawy. Znaczy okazja była, bo czarownica nalała sobie pełen kubek, ale przed wypiciem uznała, że się jeszcze ogarnie. Po powrocie do kuchni zastała Le Chat wpatrującego się we własne odbicie, machającego nad kawą łapką. Zdążyła tylko warknąć “zostaw to!” po czym kocisko zrzuciło kubek… na stojącego pod stołem Kota. Jeden koci wrzask, parę zaklęć i skarcenie głównego winowajcy później… Pani Mulciber musiała już wychodzić do pracy.
Aaron odebrał ją spod ministerialnych kominków w Atrium, choć uparcie powtarzała mu przez dwukierunkowe lusterko, że “jeszcze drogę do swojego gabinetu zna” i “czy nie uważa, że podwójna zmiana zaraz po podwójnej zmianie to lekka przesada?” . Nie potrzebowała eskorty w Ministerstwie, ale eskorta była zawsze mile widziana. Ale… to było miłe. Wszystko to było miłe. Nawet jeśli nie rozmawiali o niczym szczególnym.
Zatrzymała się instynktownie, praktycznie wpadając w wyciągniętą rękę Aarona. Stali. Ale dlaczego? Nie spodziewała się, że zza rogu wyskoczy Lord Voldemort gotowy rzucić się na nich z klątwami. Nie. Chodziło tylko o jakieś kwiatki na suficie.
- Jemioła?
Zadarła głowę, przyglądając się zielonym listkom i jagodom, które porastały cały korytarz. Och tak, oczywiście. Historia naturalna i te sprawy. Lorien nigdy nie była wielką fanką zielarstwa. Każda podarowana jej roślina umierała a to z przelania, a to z przesuszenia, a to z depresji. Raz na lekcji zielarstwa prawie utopiła mandragorę, która nie chciała przestać się drzeć w jej rękach i gdyby nie szybka reakcja Helloise to Lorien dokonałaby pewnie pierwszego w historii tego typu morderstwa. Dziesięć ujemnych punktów i jedną profesorską tyradę o kompletnym braku instynktu macierzyńskiego później - roślinka została jej odebrana. Do jemioły nie żywiła podobnej nienawiści, ale i tak wolała, żeby jej tu nie było.
Słuchała opowiastki historycznie z równie niewielkim zainteresowaniem, co wtedy, gdy Aaron opowiadał jej o mugolskiej bostońskiej herbatce w Stanach Zjednoczonych, która jak się szybko okazało z herbatą miała niewiele wspólnego.
Ale nie podobało jej się, że zniszczona zaklęciem roślina… po prostu odrastała. Co to za dziadostwo! Jakiś żarcik
Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów?
– Nasi przodkowie nazywali jemiołę "wszechlekiem", napar z jej pędów miał być bowiem lekarstwem na wszelkie trucizny.
- Dlatego umierali nim dożyli stu pięćdziesięciu lat? Dobrze, że magimedycyna poszła do przodu i nie musimy już pić herbatek z tego zielska.
Gdy się nachylił, nie odsunęła się. Ale też nie zrobiła żadnego ruchu, co by Aarona do pocałunku zachęcić. Oczywiście, że chciała go pocałować. Tak jak wczoraj, jak w nocy po tej głupiej Ekstazie Merlina. Pocałować pod jemiołą, zupełnie jakby byli parą nastolatków kryjących się po kątach przed rodzicami. Ale nawet jeśli serce kołatało jej w piersiach, to przecież wiedziała, oboje wiedzieli, że to nie był czas ani miejsce na wymienianie pocałunków. Dlatego nie drgnął żaden mięsień w twarzy pani Mulciber, gdy trzymała w dłoniach bukiecik jemioły. Może minimalnie pokręciła głową. Nie tutaj.
Dementorek postanowił jednak przerwać tą jakże sielską anielską chwilę. Wyrwał się z kieszonki i poleciał wprost pod sufit. Przez chwilę patrzyła jak Aaron próbuje go przywołać. A potem dementorek zagrał mu na nosie, kompletnie ignorując wszelkie możliwe prośby i groźby.
- Dzieci też cię tak słuchają?- Parsknęła ze śmiechem, a w jej głosie pojawiła się dobrze mu znana nuta złośliwości, godnej takiego zwykłego, chamsko typowego hogwartowego bully. Złączyła ze sobą kciuk i palec wskazujący, po czym wsuneła je między wargi i… gwizdnęła. Na tyle głośno, żeby dźwięk rozlał się po korytarzu, odbijając od ścian i podłogi. Czy było to eleganckie? Nie. A przynajmniej skuteczne, bo dementorek zamarł z połową jagody w łapkach. Powisiał jeszcze chwilę pod sufitem, ewidentnie analizując wszelkie za i przeciw, po czym spłynął grzecznie na wyciągniętą dłoń właścicielki. Lorien ostrożnie starła z płaszczyka fioletowe plamy.
Zatrzymali się tuż przed jej gabinetem, który otworzyła prostym zaklęciem.
- Powiedz mi, że mam przywidzenia i to zielsko nie porasta mojego pokoju.- Powiedziała powoli. Bardzo powoli. Niebezpiecznie wręcz powoli. Zmarszczyła brwi, tylko na sekundę zajrzała do środka. Dementorek przysnął na jej dłoni, nieszczególnie przejęty panującym dookoła chaosem. Nie zdążył jednak nawet Aaron odpowiedzieć, bo Lorien już zatrzymała jakieś nieszczęsnego młodego BUMiarza, który biegł korytarzem cholernie spóźniony na swoją zmianę. Przeklinał cały świat, budziki i kolejki do sieci fiuu wcale nie patrząc czy ktoś jeszcze jest na korytarzu. Ale wyhamował tuż przy parze. Lorien pokręciła z dezaprobatą głową na widok jego krzywo zapiętego, nieuprasowanego munduru i fryzury jakby grzebienia nie widział od tygodni. Nawet poczekała aż biedak złapie oddech. Musiał biec całą drogę od Atrium.
- Panie...- zawiesiła głos, pozwalając mu wydyszeć swoje imię i nazwisko.- Będzie pan tak miły panie Finnigan i przejdzie się do Urzędu Niewłaści…
- Ale ja nie mogę!- Wydukał chłopaczyna, szukając oparcia w Moody’m. Zresztą wzrok miał wyjątkowo rozbiegany, bo zerkał to na aurora, to na sędzie, to na drzwi do Biura.- Ja mam obowiązki. Pan Moody na pewno wie, że teraz mamy dużo pracy i... w ogóle...
Oho. No tego to nie powinien był mówić... Lorien uśmiechnęła się cieplutko.
- No to pójdzie pan z panem Moody'm.
Może dlatego, że było wciąż jeszcze piekielnie rano, a Lorien nie miała okazji wypić nawet łyka kawy. Znaczy okazja była, bo czarownica nalała sobie pełen kubek, ale przed wypiciem uznała, że się jeszcze ogarnie. Po powrocie do kuchni zastała Le Chat wpatrującego się we własne odbicie, machającego nad kawą łapką. Zdążyła tylko warknąć “zostaw to!” po czym kocisko zrzuciło kubek… na stojącego pod stołem Kota. Jeden koci wrzask, parę zaklęć i skarcenie głównego winowajcy później… Pani Mulciber musiała już wychodzić do pracy.
Aaron odebrał ją spod ministerialnych kominków w Atrium, choć uparcie powtarzała mu przez dwukierunkowe lusterko, że “jeszcze drogę do swojego gabinetu zna” i “czy nie uważa, że podwójna zmiana zaraz po podwójnej zmianie to lekka przesada?” . Nie potrzebowała eskorty w Ministerstwie, ale eskorta była zawsze mile widziana. Ale… to było miłe. Wszystko to było miłe. Nawet jeśli nie rozmawiali o niczym szczególnym.
Zatrzymała się instynktownie, praktycznie wpadając w wyciągniętą rękę Aarona. Stali. Ale dlaczego? Nie spodziewała się, że zza rogu wyskoczy Lord Voldemort gotowy rzucić się na nich z klątwami. Nie. Chodziło tylko o jakieś kwiatki na suficie.
- Jemioła?
Zadarła głowę, przyglądając się zielonym listkom i jagodom, które porastały cały korytarz. Och tak, oczywiście. Historia naturalna i te sprawy. Lorien nigdy nie była wielką fanką zielarstwa. Każda podarowana jej roślina umierała a to z przelania, a to z przesuszenia, a to z depresji. Raz na lekcji zielarstwa prawie utopiła mandragorę, która nie chciała przestać się drzeć w jej rękach i gdyby nie szybka reakcja Helloise to Lorien dokonałaby pewnie pierwszego w historii tego typu morderstwa. Dziesięć ujemnych punktów i jedną profesorską tyradę o kompletnym braku instynktu macierzyńskiego później - roślinka została jej odebrana. Do jemioły nie żywiła podobnej nienawiści, ale i tak wolała, żeby jej tu nie było.
Słuchała opowiastki historycznie z równie niewielkim zainteresowaniem, co wtedy, gdy Aaron opowiadał jej o mugolskiej bostońskiej herbatce w Stanach Zjednoczonych, która jak się szybko okazało z herbatą miała niewiele wspólnego.
Ale nie podobało jej się, że zniszczona zaklęciem roślina… po prostu odrastała. Co to za dziadostwo! Jakiś żarcik
Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów?
– Nasi przodkowie nazywali jemiołę "wszechlekiem", napar z jej pędów miał być bowiem lekarstwem na wszelkie trucizny.
- Dlatego umierali nim dożyli stu pięćdziesięciu lat? Dobrze, że magimedycyna poszła do przodu i nie musimy już pić herbatek z tego zielska.
Gdy się nachylił, nie odsunęła się. Ale też nie zrobiła żadnego ruchu, co by Aarona do pocałunku zachęcić. Oczywiście, że chciała go pocałować. Tak jak wczoraj, jak w nocy po tej głupiej Ekstazie Merlina. Pocałować pod jemiołą, zupełnie jakby byli parą nastolatków kryjących się po kątach przed rodzicami. Ale nawet jeśli serce kołatało jej w piersiach, to przecież wiedziała, oboje wiedzieli, że to nie był czas ani miejsce na wymienianie pocałunków. Dlatego nie drgnął żaden mięsień w twarzy pani Mulciber, gdy trzymała w dłoniach bukiecik jemioły. Może minimalnie pokręciła głową. Nie tutaj.
Dementorek postanowił jednak przerwać tą jakże sielską anielską chwilę. Wyrwał się z kieszonki i poleciał wprost pod sufit. Przez chwilę patrzyła jak Aaron próbuje go przywołać. A potem dementorek zagrał mu na nosie, kompletnie ignorując wszelkie możliwe prośby i groźby.
- Dzieci też cię tak słuchają?- Parsknęła ze śmiechem, a w jej głosie pojawiła się dobrze mu znana nuta złośliwości, godnej takiego zwykłego, chamsko typowego hogwartowego bully. Złączyła ze sobą kciuk i palec wskazujący, po czym wsuneła je między wargi i… gwizdnęła. Na tyle głośno, żeby dźwięk rozlał się po korytarzu, odbijając od ścian i podłogi. Czy było to eleganckie? Nie. A przynajmniej skuteczne, bo dementorek zamarł z połową jagody w łapkach. Powisiał jeszcze chwilę pod sufitem, ewidentnie analizując wszelkie za i przeciw, po czym spłynął grzecznie na wyciągniętą dłoń właścicielki. Lorien ostrożnie starła z płaszczyka fioletowe plamy.
Zatrzymali się tuż przed jej gabinetem, który otworzyła prostym zaklęciem.
- Powiedz mi, że mam przywidzenia i to zielsko nie porasta mojego pokoju.- Powiedziała powoli. Bardzo powoli. Niebezpiecznie wręcz powoli. Zmarszczyła brwi, tylko na sekundę zajrzała do środka. Dementorek przysnął na jej dłoni, nieszczególnie przejęty panującym dookoła chaosem. Nie zdążył jednak nawet Aaron odpowiedzieć, bo Lorien już zatrzymała jakieś nieszczęsnego młodego BUMiarza, który biegł korytarzem cholernie spóźniony na swoją zmianę. Przeklinał cały świat, budziki i kolejki do sieci fiuu wcale nie patrząc czy ktoś jeszcze jest na korytarzu. Ale wyhamował tuż przy parze. Lorien pokręciła z dezaprobatą głową na widok jego krzywo zapiętego, nieuprasowanego munduru i fryzury jakby grzebienia nie widział od tygodni. Nawet poczekała aż biedak złapie oddech. Musiał biec całą drogę od Atrium.
- Panie...- zawiesiła głos, pozwalając mu wydyszeć swoje imię i nazwisko.- Będzie pan tak miły panie Finnigan i przejdzie się do Urzędu Niewłaści…
- Ale ja nie mogę!- Wydukał chłopaczyna, szukając oparcia w Moody’m. Zresztą wzrok miał wyjątkowo rozbiegany, bo zerkał to na aurora, to na sędzie, to na drzwi do Biura.- Ja mam obowiązki. Pan Moody na pewno wie, że teraz mamy dużo pracy i... w ogóle...
Oho. No tego to nie powinien był mówić... Lorien uśmiechnęła się cieplutko.
- No to pójdzie pan z panem Moody'm.