24.12.2025, 08:58 ✶
– Wciąż nie wiecie, skąd się wzięły? – spytał Christopher, przystając przy posągu kobiety: być może była to Melphomene, bo unosiła ku twarzy maskę. Nie przypatrywał się jednak dziełu rzeźbiarza, a ciemnej róży, która zdawała się rozkwitać wprost z serca rzeźby, choć w istocie było to rzecz jasna tylko złudzenie. Kusiło go, aby sięgnąć ku ciemnym płatkom, może więc dobrze, że podał wcześniej Victorii ramię i nie mógł wejść głębiej między rośliny, by to zrobić. – Czy w tej baśni byłyby zaklęte, aby zaduszać rycerzy, którzy spróbują ocalić uwięzioną księżniczkę, czy cieszyłyby jej oczy, mroczny podarek od czarownika?
Może brzmiało to poetycko, ale w istocie pytanie było bardzo proste.
Spodziewali się po tych różach problemów, czy były stworzone po to, by odmienić Maida Vale? Alchemicy z Francji, o nieco mrocznej reputacji, których krewny stworzył kiedyś kamień filozoficzny, i o których krążyły różne opowieści. Teraz ten ogród, nietknięty przez popioły i pożogę, które spadły na Londyn, zdawał się w pewien sposób pasować do rodu Lestrange bardziej niż wcześniej.
Nie znał się na różach, nie wiedział, że potrzebują pielęgnacji i odżywiania, za to widział wyraźnie, że mogą wykradać światło i przestrzeń: sam myślał przed chwilą, że zdawały się zawłaszczać to miejsce.
– Próbowaliście je usuwać tam, gdzie rosną rzadsze rośliny? – zapytał z pewną ciekawością, a potem spojrzał na Victorię, trochę zakłopotany, gdy odparła, że jest jej cały czas zimno. To był jeden z tych momentów, gdy miał wrażenie, że nieważne, co powie, wyjdzie na idiotę. Powiedzieć, że mu przykro? Jakby to coś zmieniało. Przeprosić? Za co, w noc Beltane nie biegał w żadnych maskach, rzucając zaklęć w aurorów, nawet jeśli był winny grzechu zaniedbania, przymykania oczu czy wręcz odwracania spojrzenia w inną stronę, bo… bo nie chciał się w to mieszać. Bo póki sam omal nie udusił się dymem sądził, że go to nie dotyczy. Wciąż nie miał jednak w sobie dość samokrytyki, by był gotów przepraszać za to. Spytać, czy nie istniał sposób, by się tego pozbyć? Jeżeli tak, pewnie go eksplorowała. Spytać, co tam się stało? Czytał wywiad, a pewnie powtarzała to już pięć tysięcy razy. – Zakładam, że tym bardziej powinnaś uważać, skoro nie wyczuwasz tego momentu, w którym zmarzniesz za bardzo – powiedział w końcu, postanawiając się poświęcić, zachować jak dżentelmen i miał nadzieję wybrnąć z niezręcznej może sytuacji. Cofnął rękę, by zsunąć marynarkę i zaoferować ją Victorii. – To chyba jedyne miejsce w Londynie, z którego widać gwiazdy – dodał, gdy jego wzrok z róż przeniósł się na ściany porośniętej nimi oranżerii, a potem wyżej, wprost na Syriusza, najjaśniejszą z gwiazd jesiennego nieba.
Może brzmiało to poetycko, ale w istocie pytanie było bardzo proste.
Spodziewali się po tych różach problemów, czy były stworzone po to, by odmienić Maida Vale? Alchemicy z Francji, o nieco mrocznej reputacji, których krewny stworzył kiedyś kamień filozoficzny, i o których krążyły różne opowieści. Teraz ten ogród, nietknięty przez popioły i pożogę, które spadły na Londyn, zdawał się w pewien sposób pasować do rodu Lestrange bardziej niż wcześniej.
Nie znał się na różach, nie wiedział, że potrzebują pielęgnacji i odżywiania, za to widział wyraźnie, że mogą wykradać światło i przestrzeń: sam myślał przed chwilą, że zdawały się zawłaszczać to miejsce.
– Próbowaliście je usuwać tam, gdzie rosną rzadsze rośliny? – zapytał z pewną ciekawością, a potem spojrzał na Victorię, trochę zakłopotany, gdy odparła, że jest jej cały czas zimno. To był jeden z tych momentów, gdy miał wrażenie, że nieważne, co powie, wyjdzie na idiotę. Powiedzieć, że mu przykro? Jakby to coś zmieniało. Przeprosić? Za co, w noc Beltane nie biegał w żadnych maskach, rzucając zaklęć w aurorów, nawet jeśli był winny grzechu zaniedbania, przymykania oczu czy wręcz odwracania spojrzenia w inną stronę, bo… bo nie chciał się w to mieszać. Bo póki sam omal nie udusił się dymem sądził, że go to nie dotyczy. Wciąż nie miał jednak w sobie dość samokrytyki, by był gotów przepraszać za to. Spytać, czy nie istniał sposób, by się tego pozbyć? Jeżeli tak, pewnie go eksplorowała. Spytać, co tam się stało? Czytał wywiad, a pewnie powtarzała to już pięć tysięcy razy. – Zakładam, że tym bardziej powinnaś uważać, skoro nie wyczuwasz tego momentu, w którym zmarzniesz za bardzo – powiedział w końcu, postanawiając się poświęcić, zachować jak dżentelmen i miał nadzieję wybrnąć z niezręcznej może sytuacji. Cofnął rękę, by zsunąć marynarkę i zaoferować ją Victorii. – To chyba jedyne miejsce w Londynie, z którego widać gwiazdy – dodał, gdy jego wzrok z róż przeniósł się na ściany porośniętej nimi oranżerii, a potem wyżej, wprost na Syriusza, najjaśniejszą z gwiazd jesiennego nieba.