Laurenta nietrudno było oczarować swoją osobą. Były jednak takie osoby, które rzucały czar o wiele silniejszy od innych.
Czasem nie wiesz, czego się spodziewać, kiedy idziesz do kogoś w gościnę. Nie wiesz, jak się przyszykować, jaka to będzie okazja, co przynieść w swoich dłoniach, bo przecież nie wypadało stawić się bez żadnego prezentu. Mimo to jednocześnie nie wiesz, co w kupnie byłoby najlepsze - uświęcone przez kowen świece, słoik dobrej herbaty, czy może jednak wino, które było najbardziej neutralnym prezentem, jaki można było wybrać w dzisiejszych czasach. Ostatecznie stanęło na czarnej herbacie z drobinami suszonych płatków dyptamu, fiołków i figi abysyńskiej. Nie był nawet pewien, czy w tym niesamowitym umyśle Daegberhta było miejsce na opary procentowe, czy może tylko na opium. Na końcu nawet gotów był uwierzyć, że całe swoje życie marynarz pozostawał trzeźwy - a upijał go tylko wiatr i oceaniczne fale. Więc tutaj nie wiedział, czego się spodziewać, a mimo to - czuł się zaskoczony. Na jakiej zasadzie ten proces działał? Jesteś gotów na wszystko, a kiedy już docierasz to okazuje się, że na nic nie byłeś gotowy. Lazur jego oczu opływał już różne wnętrze - te bardziej gustowne i te bardziej... charakterystyczne. Za każdym jednak razem, kiedy widział bałagan, nie był pewien, co ma zrobić. Czy to komentować? Nie wypada. Zostawić więc dla siebie? Byle wtedy ostrożnie się poruszać, bo nie wiadomo było, na co trafisz w kolejnym kroku, ani do czego mogły się przylepić twoje buty... wszystko jednak po kolei.
Na początku był czar silniejszy od innych.
Delikatność urody Flinta opisana była tym, co kochał najbardziej - tchnieniem wiatru i morskiej piany. I choć fale nie kojarzyły się z łagodnością, to bardzo trafnie kojarzyły się z siłą charakteru. W tej delikatności nie brakowało tego, co sprawiało, że wbijał się w umysł jak herbaciana łyżeczka w płynny miód. Jak miód zadziałał i na selkie, która uśmiechnęła się niewinnie, jak speszona, zagarnęła kosmyk włosów za ucho (a nawet nie było czego zagarniać) i przekroczyła próg tajemniczo opisanego domostwa. Mieszkania? Do kogokolwiek należało to miejsce. Bo chyba nie było tak, że Flint się tutaj włamał i mieszkał na krzywą... twarz, prawda?
- Jak dobrze cię widzieć... - Odparł ciepło, wyciągając elegancki pakuneczek ze słoiczkiem herbaty wewnątrz. - Dla ciebie. - Tak, jakby to nie było oczywiste... ale przy Flincie niewiele rzeczy było oczywistych. Tymczasem Laurent zatrzymał się przy tych drzwiach, niepewny co do dalszych kroków i próbując tak wyczuć otoczenie, jak i samego gospodarza. Zrozumieć oczekiwania wobec niego i zasady tego miejsca, które nie zostały podane na tacy. Może parzone były właśnie w herbacie..? Powoli ściągnął buty i starał się... podążać śladami Flinta. - Och... to jest... piękne. - Zalśniły mu oczy, kiedy wyobraźnia powiodła go bardzo dosłownie śladami marynarza - tym razem tymi morskimi. Tknęło go przy tym to, jak sam... niewiele miejsc widział i odwiedził, a jak już odwiedzał to rzadko tylko dlatego, że po prostu... mógł, chciał, bo był na to czas. Rozejrzał się po wnętrzu, w którym dla niego panował zupełny chaos i miał ochotę zapytać, dlaczego skrzat tutaj nie posprząta, albo on sam... ale nie zrobił tego. Więc jak to działało, że Edward tak wiele mówił, że pieniądze świat kupują - ale jakoś nie kupiły tych miejsc na mapie. Wrócił oczyma do mapy, żeby spojrzeć, w jaki punkt teraz Flint wbił swój triumf, gdzie odcisnął swój ślad. - Mam nadzieję, że będę miał okazję usłyszeć o twojej ostatniej przygodzie.