22.12.2025, 16:21 ✶
Las Wisielców pod Little Hangleton wyglądał dokładnie tak, jak powinno wyglądać miejsce, o którym krążyło naprawdę wiele różnych opowieści, zazwyczaj przerysowanych i wyimaginowanych, ale nie zawsze - te, które naprawdę się wydarzyły, w zupełności wystarczyły, by nadać mu właściwie makabryczną renomę, wznosząc go do rangi jednego z najbardziej nieprzyjaznych człowiekowi miejsc w całej Wielkiej Brytanii. Niezależnie od godziny, zawsze pachniało tu ziemią, gniciem i czymś starszym, co miało długą pamięć i krótką cierpliwość, ale teraz ta woń wydawała mi się bardziej intensywna niż zapamiętałem. Mogłem się mylić, w końcu ostatni raz, gdy zawędrowałem tu aż tak daleko byłem jeszcze szczylem.
Była głęboka noc, ta chwila, kiedy mrok jeszcze nie chce puścić, ale jasność już nieśmiało próbuje wcisnąć palce pod drzwi - godzina duchów, potworów i innych rzeczy, które wychodziły z kryjówek tylko wtedy, gdy były przekonane, że nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien już patrzeć, idealny moment na robotę, jeśli świat miałby kiedykolwiek przyznać się do swoich brudów, to właśnie teraz. Lato było już tylko wspomnieniem, jesień rozgościła się na dobre, bez pytania o zgodę. Księżyc wisiał wysoko, jego światło rozpraszało się na gęstej kopule z gałęzi, spadając do nas w strzępach. Ciemność mi nie przeszkadzała, oczy szybko się do niej przyzwyczaiły, ciało też, a resztę podpowiadał instynkt.
Gdzieś dalej coś pękło - gałąź albo kość - brzmiało bardziej jak to drugie, las nie zdradził, co wybrał. Uśmiechnąłem się pod nosem, zwalniając o ułamek sekundy, dokładnie tyle, ile trzeba było, potem powróciłem do dawnego tempa. Nie lekceważyłem miejsca, po prostu wiedziałem, że strach jest luksusem, na który można sobie pozwolić dopiero po robocie. Broń miałem pod ręką, różdżkę tam, gdzie zawsze, resztę zabawek tam, gdzie nie brzęczały i nie zdradzały obecności od razu, jeśli nie musiały tego robić. Mimo krótkiego czasu na przygotowanie, czułem się całkiem spokojny o powodzenie tego, co mieliśmy robić, w końcu nie byliśmy amatorami.
Piątek trzynastego miał swoje pięć minut w mojej głowie, przyznaję, nie z powodu strachu, raczej przez ten rodzaj ironii, który każe człowiekowi śmiać się w kułak. Później zupełnie o nim zapomniałem, skupiając się na otoczeniu, tym, co wokół nas, nie tylko przed nami. Spojrzałem przelotnie na Geraldine, szła spokojnie, skupiona, bez śladu zawahania, równo ze mną - bok w bok, tak blisko, że widziałem, kiedy przełączyła się w tryb terenowy, ale jednocześnie na tyle daleko, by nie wchodzić sobie w zasięg ruchu różdżki, który mógł być koniecznością praktycznie w każdej chwili. Znałem ten stan mobilizacji, jaki wkradł się w jej ruchy, sam w nim byłem, ciało pamiętało, co robić, myśli układały się w krótkie, praktyczne ciągi.
Dźwięki stawały się coraz bardziej przytłumione, im głębiej wchodziliśmy, to była ta część drogi, w której miejsce zaczynało bawić się głową, wiedziałem o tym. Las gęstniał, a odgłosy tłumiły się, rozpuszczały w mroku, nieliczne z nich wracały wykrzywione, nie do końca pod postacią rezonującego echa, tylko czegoś bardziej nienaturalnego, niekiedy mającego w sobie coś z szydery, jakby ktoś obserwował nas z nieokreślonego kierunku, śmiejąc się cicho sam do siebie. Wiedziałem, że to miejsce lubi igrać z głową, podsuwać szepty, których nie ma, i cienie, które ruszają się o ułamek sekundy za późno. Znałem ten typ okolicy - drzewa za blisko siebie, zbyt równe odstępy, ścieżki, które wyglądały znajomo tylko po to, żeby po chwili przestać takie być. Trzymałem więc rytm oddechu i kroków, nie pozwalając myślom się rozłazić.
Czułem narastające napięcie, to przyjemne, pulsujące gdzieś pod skórą - adrenalina zawsze przychodziła pierwsza, strach, jeśli w ogóle się pojawiał, stał w kolejce dużo dalej. To był dobry duet, my razem, jeszcze świeży, bez głębokich rys, ale obiecujący. Wiedziałem, że będę mógł na niej polegać, tak samo jak ona mogła liczyć na mnie, przynajmniej do momentu, w którym las postanowi zweryfikować te założenia.
!magicznedrzewa
Była głęboka noc, ta chwila, kiedy mrok jeszcze nie chce puścić, ale jasność już nieśmiało próbuje wcisnąć palce pod drzwi - godzina duchów, potworów i innych rzeczy, które wychodziły z kryjówek tylko wtedy, gdy były przekonane, że nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien już patrzeć, idealny moment na robotę, jeśli świat miałby kiedykolwiek przyznać się do swoich brudów, to właśnie teraz. Lato było już tylko wspomnieniem, jesień rozgościła się na dobre, bez pytania o zgodę. Księżyc wisiał wysoko, jego światło rozpraszało się na gęstej kopule z gałęzi, spadając do nas w strzępach. Ciemność mi nie przeszkadzała, oczy szybko się do niej przyzwyczaiły, ciało też, a resztę podpowiadał instynkt.
Gdzieś dalej coś pękło - gałąź albo kość - brzmiało bardziej jak to drugie, las nie zdradził, co wybrał. Uśmiechnąłem się pod nosem, zwalniając o ułamek sekundy, dokładnie tyle, ile trzeba było, potem powróciłem do dawnego tempa. Nie lekceważyłem miejsca, po prostu wiedziałem, że strach jest luksusem, na który można sobie pozwolić dopiero po robocie. Broń miałem pod ręką, różdżkę tam, gdzie zawsze, resztę zabawek tam, gdzie nie brzęczały i nie zdradzały obecności od razu, jeśli nie musiały tego robić. Mimo krótkiego czasu na przygotowanie, czułem się całkiem spokojny o powodzenie tego, co mieliśmy robić, w końcu nie byliśmy amatorami.
Piątek trzynastego miał swoje pięć minut w mojej głowie, przyznaję, nie z powodu strachu, raczej przez ten rodzaj ironii, który każe człowiekowi śmiać się w kułak. Później zupełnie o nim zapomniałem, skupiając się na otoczeniu, tym, co wokół nas, nie tylko przed nami. Spojrzałem przelotnie na Geraldine, szła spokojnie, skupiona, bez śladu zawahania, równo ze mną - bok w bok, tak blisko, że widziałem, kiedy przełączyła się w tryb terenowy, ale jednocześnie na tyle daleko, by nie wchodzić sobie w zasięg ruchu różdżki, który mógł być koniecznością praktycznie w każdej chwili. Znałem ten stan mobilizacji, jaki wkradł się w jej ruchy, sam w nim byłem, ciało pamiętało, co robić, myśli układały się w krótkie, praktyczne ciągi.
Dźwięki stawały się coraz bardziej przytłumione, im głębiej wchodziliśmy, to była ta część drogi, w której miejsce zaczynało bawić się głową, wiedziałem o tym. Las gęstniał, a odgłosy tłumiły się, rozpuszczały w mroku, nieliczne z nich wracały wykrzywione, nie do końca pod postacią rezonującego echa, tylko czegoś bardziej nienaturalnego, niekiedy mającego w sobie coś z szydery, jakby ktoś obserwował nas z nieokreślonego kierunku, śmiejąc się cicho sam do siebie. Wiedziałem, że to miejsce lubi igrać z głową, podsuwać szepty, których nie ma, i cienie, które ruszają się o ułamek sekundy za późno. Znałem ten typ okolicy - drzewa za blisko siebie, zbyt równe odstępy, ścieżki, które wyglądały znajomo tylko po to, żeby po chwili przestać takie być. Trzymałem więc rytm oddechu i kroków, nie pozwalając myślom się rozłazić.
Czułem narastające napięcie, to przyjemne, pulsujące gdzieś pod skórą - adrenalina zawsze przychodziła pierwsza, strach, jeśli w ogóle się pojawiał, stał w kolejce dużo dalej. To był dobry duet, my razem, jeszcze świeży, bez głębokich rys, ale obiecujący. Wiedziałem, że będę mógł na niej polegać, tak samo jak ona mogła liczyć na mnie, przynajmniej do momentu, w którym las postanowi zweryfikować te założenia.
!magicznedrzewa
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)