Co miałaby ochotę ugotować… prawdę mówiąc było wiele takich rzeczy, ale jednocześnie próbować wybrać tę jedną było cholernie trudno, bo nagle Victoria miała w głowie pustkę. Zmarszczyła brwi w ewidentnym znaku, że faktycznie się nad tym zastanawia.
–Najbardziej to bym chciała upiec ciasto marchewkowe. Jadłabym je wtedy na śniadanie, obiad i kolację – przyznała w końcu i uniosła jeden kącik ust w górę, uśmiechając się w taki sposób, jakby nie mówiła do końca na poważnie. I do końca poważne faktycznie nie było, bo jednak starała się dbać o siebie chociaż pod względem normalnych posiłków, ale kto nie chciałby chociaż raz zrobić sobie dzień, w którym kompletnie niczym się nie przejmuje? – Haha, więc chodziło jej tylko o jemiołę? Bardzo interesownie.
Oczywiście, że pył źle wpływał na zdrowie… z początku Victoria myślała jedynie, że ma gardło podrażnione przez gryzący dym, który kłębił się w całym Londynie przez pożary, że nawdychała się po prostu różnych spalonych rzeczy – i kaszel i łzawiące oczy wydawały się całkowicie naturalną i normalną reakcją, jednak później ktoś w pracy podsunął jej artykuł w Czarownicy, gdzie wypowiadał się jej własny ojciec i przestała się oszukiwać, że to tylko dym. Mnóstwo ludzi miało teraz problem, i pewnie pół biedy jeśli byli na to wystawieni tylko przez chwilę, ale brygadziści, aurorzy, uzdrowiciele, ratownicy z czarodziejskiego pogotowia – oni byli wystawieni na działanie tego wszystkiego bardzo długo. Gdy ludzie szukali schronienia, oni wciąż byli na zewnątrz.
– To w sumie nie jest chyba takie złe zalecenie – nawet jeśli miasto zostało już jakoś… w miarę tam wysprzątane. – Tam, gdzie jest dużo drzew liściastych, powietrze jest dużo lepsze. One pochłaniają zanieczyszczenia – odparła, zastanawiając się nad tym zagadnieniem, a przecież znała się na roślinach bardzo dobrze. – Z kolei szeroko mówiąc choinki potrafią filtrować powietrze nawet w zimie i wydzielają takie olejki. Więc jeśli miałabym co coś zasugerować, to miejsce, gdzie jest dużo drzew… Na pewno nie zaszkodzi, a jeśli miałoby pomóc… – dodała i zastanowiła się nad jego kolejną wypowiedzią. – A nie lepiej poszukać jakiegoś magicznego? Z mugolami zawsze jest problem pod tym względem, trzeba się bardziej pilnować i tak dalej – i gapili się na czarodziei dziwnie, bo w ich mniemaniu zachowywali się jak dziwacy. Victoria przez to wszystko jakoś wolała unikać mugoli tak długo, jak tylko się dało.
Przyjęła herbatę z wdzięcznością, dosłodziła ją faktycznie jedną łyzeczką miodu, tak samo zresztą jak sokiem, gdy skrzat jej go podał. Uśmiechnęła się do niego krótko, a potem uraczyła kolejną porcją przepysznego puddingu. Dawno nie miała czasu i okazji zjeść tak dobrego.
– Nie miałam wtedy nic do gadania – wiedziała, że to żart i pomimo słów, które wypowiedziała, uśmiechnęła się do Chrisa. – Za drugim razem zresztą też nie – teraz było inaczej. Teraz już czara goryczy się przelała i Victoria powiedziała matce dobitnie, w Wielkiej kłótni po zerwanych zaręczynach z Rookwoodem, że to ostatni raz, kiedy układają jej życie, bo ewidentnie im to nie wychodzi i sama lepiej o siebie zadba. Nie zamierzała więc więcej słuchać tego, co wymyśli jej rodzina na temat ewentualnego zamążpójścia, teraz to miała być tylko i wyłącznie jej decyzja. Chociaż oczywiście wiedziała że gdyby związała się z osobą półkrwi, albo co gorsza z mugolakiem, to zabraliby jej najpewniej nazwisko (zwłaszcza przy mugolaku…). To jej chyba jednak nie groziło. – Zobacz, teraz nie musiałam się niczego domagać, sam to zaproponowałeś – i całkowicie dumna z siebie wpakowała sobie widelczyk do buzi.