18.12.2025, 12:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2025, 13:00 przez Anthony Shafiq.)
To nie był najlepszy rok dla Anthony’ego J. Shafiq’a. Mógł lekką ręką stwierdzić, że plasował się na zaszczytnym podium najgorszych lat jego życia. Z pozoru dostatnie i szczęśliwe - pomimo zawieruchy wojennej - życie, pulsowało wewnętrznym rozedrganiem i utratą tego, co Anthony cenił sobie w życiu najbardziej: kontroli. Spalona noc była zwieńczeniem, ostatecznym upadkiem, który spopielił jego duszę. Rozbity związek, utracone przyjaźnie, spalony Londyn i sieć, jego ukochana sieć kontaktów, która teraz naciągnięta do granic możliwości domagała się jego uwagi wszędzie, na raz i w tym samym momencie.
Były jednak jaśniejsze momenty. Przebłyski, sugerujące mu, że może nad tymi ruinami zalśnią gwiazdy, wzejdzie księżyc, po którym przyjdzie czas na pełne i ciepłe słońce. Morpheus z którym oficjalnie nie utrzymywał kontaktów przez 20 ostatnich lat, poprosił go o towarzyszenie w wizytowaniu sąsiadów. Wcześniejsza umowa, mająca zapewnić im spokój i dostatek ciążyła Anthony’emu od dawna i teraz w końcu przestała obowiązywać.
- Tak bywa gdy poddajemy się błędom poznawczym i jedną porażkę rozlewamy na doświadczenie całego życia. - odpowiedział nieco zmęczonym tonem, w którym jednak pobrzmiewało ciepło zarezerwowane dla wieloletniego przyjaciela, któremu gotów był powierzyć najskrytsze tajemnice swojej duszy, mimo, że ten nie otoczył swojego umysłu barierą oklumencji.
Zaraz potem westchnął, poprawiając mankiety koszuli eleganckiego, choć codziennego stroju. Sweter z egipskiej wełny, perfekcyjnie skrojone spodnie - ludzie tacy jak on nie mogli sobie pozwolić na choćby szczyptę niechlujności. - Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? W zeszłym roku jak spacerowałem w tych okolicach słyszałem krzyki, które mroziły krew w żyłach. Takie karczemne awantury… Poddałem wtedy jakiekolwiek próby socjalizacji z nowymi sąsiadami. - przyznał się, choć w jego głosie nie słychać było obawy. Raczej rozbawienie, że oto stali na progu cudzego domu, ramię w ramię, z ciasteczkami, które były cudowne z samego faktu, że ktoś taki jak Morpheus Longbottom był w stanie je zrobić i nie spalić całej kuchni. - I o czym będziemy z nimi rozmawiać? O Jeszui z Nazaretu? - zdążył dodać, nim uchylone zostały drzwi, a na twarzy polityka nie pozostało ni grama kpiny, za to rozkwitł w pełni uśmiech ćwiczony latami publicznych wystąpień. Nie zamierzał sabotować planów swojego najdroższego przyjaciela. Ani teraz, ani nigdy.
Były jednak jaśniejsze momenty. Przebłyski, sugerujące mu, że może nad tymi ruinami zalśnią gwiazdy, wzejdzie księżyc, po którym przyjdzie czas na pełne i ciepłe słońce. Morpheus z którym oficjalnie nie utrzymywał kontaktów przez 20 ostatnich lat, poprosił go o towarzyszenie w wizytowaniu sąsiadów. Wcześniejsza umowa, mająca zapewnić im spokój i dostatek ciążyła Anthony’emu od dawna i teraz w końcu przestała obowiązywać.
- Tak bywa gdy poddajemy się błędom poznawczym i jedną porażkę rozlewamy na doświadczenie całego życia. - odpowiedział nieco zmęczonym tonem, w którym jednak pobrzmiewało ciepło zarezerwowane dla wieloletniego przyjaciela, któremu gotów był powierzyć najskrytsze tajemnice swojej duszy, mimo, że ten nie otoczył swojego umysłu barierą oklumencji.
Zaraz potem westchnął, poprawiając mankiety koszuli eleganckiego, choć codziennego stroju. Sweter z egipskiej wełny, perfekcyjnie skrojone spodnie - ludzie tacy jak on nie mogli sobie pozwolić na choćby szczyptę niechlujności. - Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? W zeszłym roku jak spacerowałem w tych okolicach słyszałem krzyki, które mroziły krew w żyłach. Takie karczemne awantury… Poddałem wtedy jakiekolwiek próby socjalizacji z nowymi sąsiadami. - przyznał się, choć w jego głosie nie słychać było obawy. Raczej rozbawienie, że oto stali na progu cudzego domu, ramię w ramię, z ciasteczkami, które były cudowne z samego faktu, że ktoś taki jak Morpheus Longbottom był w stanie je zrobić i nie spalić całej kuchni. - I o czym będziemy z nimi rozmawiać? O Jeszui z Nazaretu? - zdążył dodać, nim uchylone zostały drzwi, a na twarzy polityka nie pozostało ni grama kpiny, za to rozkwitł w pełni uśmiech ćwiczony latami publicznych wystąpień. Nie zamierzał sabotować planów swojego najdroższego przyjaciela. Ani teraz, ani nigdy.