14.12.2025, 21:38 ✶
Nie ruszyłem się, kiedy szła w moją stronę, siedziałem spokojnie, plecami do ściany, obserwując, jak przecinała lokal tym swoim pewnym krokiem, jakby Dziurawy Kocioł był tylko kolejnym korytarzem, który należało przejść. Znałem ten sposób przemieszczania się, zawsze miała w sobie coś z pocisku wystrzelonego z bliskiej odległości, bez wahania, bez korekty toru. Uniosłem kącik ust, kiedy wspomniała o ewakuacji.
- Musiałabyś się naplawdę spóźniś. -Rzuciłem. - Albo musiałoby się tu wydaszyś coś spektakulalnie głupiego. Wtedy to fifty-fifty. Albo bym wyszedł, albo byłbym zamieszany. - Skomentowałem, tonem tak poważnym, że aż nie do końca. Small talk nie był jej domeną, moją zresztą też nie, więc ta wymiana zdań wystarczyła za całe towarzyskie wprowadzenie. Skinąłem tylko głową, przyjmując jej podziękowanie, jakby to była oczywistość, w gruncie rzeczy była.
Przesunąłem kubek w jej stronę i obserwowałem, jak chwyta go pewnie, jednym ruchem, jakby całe życie trenowała łapanie gorących naczyń w zatłoczonych spelunach. Zapach uderzył mocniej, nawet mnie na moment zakręciło w głowie od tej mieszanki miodu i przypraw. Uśmiechnąłem się krótko, kiedy skomentowała „wynalazki” - koleje życia robiły dziwne rzeczy z ludźmi, ale to było jedno z tych drobnych przesunięć, które akurat miały całkiem sporo sensu, były raczej naturalne.
Uniosłem brew i uśmiechnąłem się krzywo, tym uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy ktoś próbował zapewniać mnie o „mniej absorbującym” zleceniu. Nauczyłem się dawno temu, że to sformułowanie bywało zdradliwe. Dobrze było mieć ostrza pod ręką, świat ostatnio lubił przypominać, że nie jest przyjazny. Kiwnąłem, jakby to było najnaturalniejsze zdanie, jakie dziś usłyszałem. Zbrojownia w Little Hangleton nie zdziwiła mnie ani trochę, raczej utwierdziła w przekonaniu, że wszystko idzie dokładnie w tym kierunku, w którym powinno. Sięgnąłem po swoje wino, upiłem spokojny łyk, bez pośpiechu - białe było znośne, nawet jeśli grzane trochę za bardzo, jak wszystko w tym miejscu - odstawiłem kubek i zerknąłem znów na torbę przy jej nogach.
- Jedno pomieszczenie, wszystko pod lęką, szadnych komplomisów. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, uśmiechając się z aprobatą, chociaż tylko pod nosem. Skinąłem głową, powoli, jakbym w myślach próbował poukładać ostrza, pochwy i wszystkie te rzeczy w przestrzeni, która istniała głównie na papierze. Dom, przestrzeń, pokój, który można bez wyrzutów sumienia wypełnić ostrzami, amunicją i rzeczami, które nie powinny leżeć obok pościeli - to brzmiało naprawdę dobrze. - Maszenie. - Uśmiech jednak szybko zgasł, zastąpiony czymś bardziej przyziemnym. Oparłem się mocniej o krzesło, które jęknęło cicho pod moim ciężarem, w głowie zacząłem liczyć przestrzenie, kąty, szafy, których jeszcze nie było, a które musiałyby się pojawić, jeśli miałbym zrobić coś podobnego. Mieszkanko w Londynie było małe, za małe jak na moje skłonności do gromadzenia rzeczy, które tną, kłują albo wybuchają. Nie byłem typem kolekcjonera, ale przedmioty zawodowe miały tendencję do zostawania - noże, które miały wrócić do właścicieli, artefakty, które „na chwilę” lądowały u mnie, sprzęt, który mógł się jeszcze przydać. Już teraz zastanawiałem się, gdzie upchnąć własne żelastwo, skoro nagle przyszło mi funkcjonować w trybie… Siedliskowym. Małżeńskim. Myśl o tym, że musiałbym wybierać między szafą na ubrania a skrzynią z bronią, była niemal obraźliwa. A stolica? Nadal mnie drażniła, była za głośna, za ciasna, za bardzo przekonana o własnej wyjątkowości.
Przeniosłem spojrzenie z powrotem na nią, kącik ust nadal miałem uniesiony. Ciepło robiło swoje, a może to było zmęczenie, o którym nie mówiła wprost. Tym razem nie powstrzymałem śmiechu - krótki, niski dźwięk wyrwał mi się z gardła, widok jej miny, skrzywionej w szczerym, niczym nieskrępowanym obrzydzeniu, był wart każdego sykla wydanego na ten kubek - ta walka samej ze sobą, żeby jednak nie opluć stołu w Dziurawym Kotle…
- Widzisz. - Machnąłem ręką. - Lumuni pszynajmniej nie udawali, sze chcą komuś zlobiś pszyjemność degustacyjną. Tamto miało byś skuteczne, nie smaczne. To tutaj… To jest plóba oszustwa. - Poprawiłem się na krześle, zerkając na parujący kubek, który ewidentnie właśnie stracił w jej oczach rację bytu. - Daj mu chwilę. - Dodałem. - Albo zostaw. Gszaniec bez alkoholu to i tak bloń psychologiczna, nie napój. - Popatrzyłem na nią znad krawędzi kubka, potem na tłum w lokalu, na to całe londyńskie zamieszanie, które nigdy nie było mi szczególnie bliskie.
- Musiałabyś się naplawdę spóźniś. -Rzuciłem. - Albo musiałoby się tu wydaszyś coś spektakulalnie głupiego. Wtedy to fifty-fifty. Albo bym wyszedł, albo byłbym zamieszany. - Skomentowałem, tonem tak poważnym, że aż nie do końca. Small talk nie był jej domeną, moją zresztą też nie, więc ta wymiana zdań wystarczyła za całe towarzyskie wprowadzenie. Skinąłem tylko głową, przyjmując jej podziękowanie, jakby to była oczywistość, w gruncie rzeczy była.
Przesunąłem kubek w jej stronę i obserwowałem, jak chwyta go pewnie, jednym ruchem, jakby całe życie trenowała łapanie gorących naczyń w zatłoczonych spelunach. Zapach uderzył mocniej, nawet mnie na moment zakręciło w głowie od tej mieszanki miodu i przypraw. Uśmiechnąłem się krótko, kiedy skomentowała „wynalazki” - koleje życia robiły dziwne rzeczy z ludźmi, ale to było jedno z tych drobnych przesunięć, które akurat miały całkiem sporo sensu, były raczej naturalne.
Uniosłem brew i uśmiechnąłem się krzywo, tym uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy ktoś próbował zapewniać mnie o „mniej absorbującym” zleceniu. Nauczyłem się dawno temu, że to sformułowanie bywało zdradliwe. Dobrze było mieć ostrza pod ręką, świat ostatnio lubił przypominać, że nie jest przyjazny. Kiwnąłem, jakby to było najnaturalniejsze zdanie, jakie dziś usłyszałem. Zbrojownia w Little Hangleton nie zdziwiła mnie ani trochę, raczej utwierdziła w przekonaniu, że wszystko idzie dokładnie w tym kierunku, w którym powinno. Sięgnąłem po swoje wino, upiłem spokojny łyk, bez pośpiechu - białe było znośne, nawet jeśli grzane trochę za bardzo, jak wszystko w tym miejscu - odstawiłem kubek i zerknąłem znów na torbę przy jej nogach.
- Jedno pomieszczenie, wszystko pod lęką, szadnych komplomisów. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, uśmiechając się z aprobatą, chociaż tylko pod nosem. Skinąłem głową, powoli, jakbym w myślach próbował poukładać ostrza, pochwy i wszystkie te rzeczy w przestrzeni, która istniała głównie na papierze. Dom, przestrzeń, pokój, który można bez wyrzutów sumienia wypełnić ostrzami, amunicją i rzeczami, które nie powinny leżeć obok pościeli - to brzmiało naprawdę dobrze. - Maszenie. - Uśmiech jednak szybko zgasł, zastąpiony czymś bardziej przyziemnym. Oparłem się mocniej o krzesło, które jęknęło cicho pod moim ciężarem, w głowie zacząłem liczyć przestrzenie, kąty, szafy, których jeszcze nie było, a które musiałyby się pojawić, jeśli miałbym zrobić coś podobnego. Mieszkanko w Londynie było małe, za małe jak na moje skłonności do gromadzenia rzeczy, które tną, kłują albo wybuchają. Nie byłem typem kolekcjonera, ale przedmioty zawodowe miały tendencję do zostawania - noże, które miały wrócić do właścicieli, artefakty, które „na chwilę” lądowały u mnie, sprzęt, który mógł się jeszcze przydać. Już teraz zastanawiałem się, gdzie upchnąć własne żelastwo, skoro nagle przyszło mi funkcjonować w trybie… Siedliskowym. Małżeńskim. Myśl o tym, że musiałbym wybierać między szafą na ubrania a skrzynią z bronią, była niemal obraźliwa. A stolica? Nadal mnie drażniła, była za głośna, za ciasna, za bardzo przekonana o własnej wyjątkowości.
Przeniosłem spojrzenie z powrotem na nią, kącik ust nadal miałem uniesiony. Ciepło robiło swoje, a może to było zmęczenie, o którym nie mówiła wprost. Tym razem nie powstrzymałem śmiechu - krótki, niski dźwięk wyrwał mi się z gardła, widok jej miny, skrzywionej w szczerym, niczym nieskrępowanym obrzydzeniu, był wart każdego sykla wydanego na ten kubek - ta walka samej ze sobą, żeby jednak nie opluć stołu w Dziurawym Kotle…
- Widzisz. - Machnąłem ręką. - Lumuni pszynajmniej nie udawali, sze chcą komuś zlobiś pszyjemność degustacyjną. Tamto miało byś skuteczne, nie smaczne. To tutaj… To jest plóba oszustwa. - Poprawiłem się na krześle, zerkając na parujący kubek, który ewidentnie właśnie stracił w jej oczach rację bytu. - Daj mu chwilę. - Dodałem. - Albo zostaw. Gszaniec bez alkoholu to i tak bloń psychologiczna, nie napój. - Popatrzyłem na nią znad krawędzi kubka, potem na tłum w lokalu, na to całe londyńskie zamieszanie, które nigdy nie było mi szczególnie bliskie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)