Wkurwiony niepomiernie Lewis wtargnął do Wiwerna... Na paluszkach. Asena zarekwirowała kibel, Woody zajął się główną salą a on? Jego królestwem była zawsze kuchnia. Tam czuł się najpewniej, między parą unoszącą się znad garnków, a charakterystycznym dzwiękiem noża przecinającego warzywa, gdzie mógł choć na chwilę zapomnieć o zbyt małym budżecie, zbyt dużych marzeniach i jesiennym chłodzie wnikającym pod skórę. W kuchni wszystko było logiczne, a jeśli włożył w coś czas, serce i odrobinę odwagi, potrafił zamienić byle ziemniaka w coś, co choć przez moment smakowało jak luksus.
Czasem Lewis wyobrażał sobie, że gotuje dla kogoś innego niż goście Rejwachu, dla kogoś, kto doceni nuty tymianku i cierpliwie prażone ziarna. Że ktoś przyjdzie, usiądzie przy starej ławie i zamiast pytać o koszt porcji, zapyta, jak wpadł na to, żeby dodać do kapusty imbir. To były jego małe fantazje, bezpieczniejsze niż marzenia o homarach. Jednak rzeczywistość była prosta, trzeba było nakarmić ludzi, i to tanio.
I zajebać klientele Wiwernowi.
Dlatego wpadł do kuchni i zaczął rozglądać się za idealną szafką, która będzie nieszczególnie używana, aby butelka zbiła się dużo później, gdy ktoś ją otworzyć i szkło rozbije mu się na ryju.
Rzut na percepcje, żeby znaleźć idealne miejsce
Akcja nieudana
Niestety, nie znalazł niczego, co nadawało się dzieje jego planu, więc po prostu rzucił butelką w losowe miejsce w kuchni.
Rzut na aktywność fizyczną, rzut butelką
Slaby sukces...
Przynajmniej trafił do kuchni. Butelka się rozbiła, szkło rozsypało po całej kuchni, a duch zawył smętnie, rad z nowej wolności.