Wiedziała, że bal ma się odbyć, ale kiedy dzień już nadszedł, to i tak była zaskoczona, że to już. Była jednak przygotowana, nigdy nie pozostawiała takich spraw przypadkom.
Na dzisiaj wybrała suknię, którą uszył dla niej Christopher – dostała ją co prawda dwa dni temu, ale gdy ją zobaczyła, to już wiedziała dokładnie, co z nią zrobić. Czarny, zwiewny materiał otulał jej ciało, podkreślając każdą krągłość, a strategiczne rozcięcie aż do uda, pozwalało wyciągnąć zgrabną nóżkę; dekolt miała całkowicie odkryty, bez ramiączek, które pewnie trzymały się przedramion, pozwalając by długi materiał spływał z nich aż do ziemi, gdzie łączył się z resztą sukienki miękką falą. Krawędzie wyszyte były złotym haftem układającym się w lilie królewskie. Victoria na tę okazję zostawiła swoje niemalże czarne włosy w większości rozpuszczone, zaplecione miała za to dwa warkocze, które zaczynały się tuż przy skroniach i związane były z tyłu głowy tak, jakby imitowały koronę, a by dopełnić efektu, miała weń powtykane złote gałązki. Rozpuszczone włosy nie były przypadkowe: miały zakrywać bliznę na jej plecach, odsłoniętą przez sukienkę. Za to te, które mogły być widoczne na rękach, przykryte były rękawiczkami do łokci, choć po prawdzie ubrała je głównie dlatego, by Chris nie musiał czuć jej lodowatego zimna.
Maskę miała złotą, komponującą się z akcentami na sukni i we włosach. Była delikatnie zdobiona w kwietny wzór (a w środki kwiatów powtykane były czarne kryształy), którego dopełniały węże po jej bokach. Zakrywała połowę jej twarzy, pozwalając by pociągnięte bordową szminką usta były widoczne – Victoria nie czuła potrzeby, by zakrywać całą twarz, poza tym wyobrażała sobie, że to cholernie niepraktyczne.
– To głównie twoja zasługa – odparła, nie zamierzając pomijać faktu, że gdyby nie zdolności Rosiera i jego wizja artystyczna, ale też estetyczna – mogło to być zupełnie inaczej. – Dziękuję – dodała zaraz, uśmiechając się przy tym lekko, bo nie uszło jej uwadze, że jego strój kolorystycznie również mocno pasował do tego, co sama miała na sobie, choć podkreślał jej w liście, że zrozumie, jeśli to nie tę suknię założy na dzisiejszy wieczór.
Ściągnęła maskę na moment, pozwalając ochroniarzom rozpoznać się w pełni, i za chwilę już przekraczali wejście do wiekowej rezydencji, w której ostatnimi czasy była dość częstym gościem.
– Nie jestem pewna, kto to wymyślił prawdę mówiąc – czy pomysłodawcą był ojciec Louvaina? Bardzo w to wątpiła, możliwe że pomysł był rzuconym przelotnie komentarzem na wesele u Blacków, że zrobiliby to lepiej i ktoś to podłapał i… oto byli, dwa miesiące później. – Nie sądzę, żeby próbował – nie była pewna, na ile Christopher rozumiał zawiłe relacje rodzinne Lestrange, w tym rodzeństwa Louvaina. – Ale myślę, że może przyjść. Może tym razem już z synem.
Chris mógł wyczuć lekko mocniej zaciśnięte palce Victorii na jego ramieniu, gdy spojrzała na wyciągane w ich kierunku fiolki z jakąś kolorową zawartością. Nie przepadała za takimi rzeczami, a na weselu Blacków nawet nie tknęła tego doprawionego czymś dziwnym szampana, ale z drugiej strony… była przecież w domu, wśród swoich. Co złego mogło się stać? Wahała się przez moment, nim z westchnieniem wzięła do ręki fiolkę, nie będąc wcale w pełni przekonana, czy to aby na pewno dobry pomysł i po chwili zawahania wypiła jej zawartość, prowadząc Chrisa do środka sali, wprost w mleczną mgłę sunącą gdzieś po podłodze.
!eliksiry