03.12.2025, 20:37 ✶
Tak, jak uwielbiała noc i wszystko to, co ze sobą niosła, tak teraz tkwiła w niej obawa, że ta jedna może zmienić wszystko. Nie sądziła, że będzie w stanie zapomnieć o tym, co działo się w Londynie. Jak olbrzymia była to tragedia, jak wiele żyć zostało zakończonych przedwcześnie i jak ludzie zostali z niczym, płacząc na zgliszczach swoich domów. Jedyną dobrą rzeczą było to, że większość dzieciaków przebywała w Hogwarcie, a więc następne pokolenie czarodziejów było bezpieczne. Jej bliscy również, podobnie jak zwierzęta. I chociaż otrzymała odpowiedź od Hjalmara niemalże natychmiast, musiała sama się przekonać. A może po prostu go potrzebowała.
Chociaż widok jego kuźni był smutny, bo przecież wkładał w to całe serce, to wciąż był tylko budynek, który można było odbudować, wstawić nowe okna. Wnętrze nie prezentowało się na pierwszy rzut oka lepiej, ale widok tego, że były tu wykonane jakieś prace, trochę ją uspokajał. Bo to tym bardziej świadczyło o tym, że nic mu nie było, chociaż Pandora była skłonna uwierzyć to w dopiero, jak go zobaczy. Nie chciała go wcale straszyć, ale zupełnie nie panowała nad tą nagłą potrzebą znalezienia się blisko niego. Zacisnęła mocno palce, wzdrygając się nieco na odgłos upadających na podłogę przedmiotów, ale nie ruszyła się z miejsca. Gdy się obrócił, odchyliła nieco głowę i obdarzyła go przeciągłym, pełnym troski i czułości spojrzeniem.
- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. - rzuciła, starając się zachować lekkość i pogodę ducha, co wcale nie było łatwe. Uśmiechnęła się, przesuwając dłonie, aby wyciągnąć je do przodu i unieść do góry w stronę jego policzków. Objęła twarz mężczyzny palcami, przyglądając mu się uważnie. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę. Martwiłam się. Przepraszam, że nie mogłam przyjść wcześniej, musiałam pomóc w Londynie.
Zdążyła tylko wyjaśnić przepraszającym tonem, bo chwilę później uniósł ją i zamknął mocno w ramionach, na tyle, że nie mogła złapać tchu. Nie miała mu jednak tego za złe. Sama przymknęła oczy, pozwalając sobie westchnąć głęboko i z ulgą.
- Dużo było ofiar, to prawda.. - szepnęła tylko, nieco smutniejąc, bo obrazy zawalonych budynków, spalonych ciał i rozpaczy na twarzach szukających swoich bliskich zatańczyło jej przed oczami. Nie zamierzała jednak temu ulegać, nie było na to czasu. Zebrała się w sobie i znów uśmiechnęła, trzymając dłonie gdzieś na jego torsie, zaciskając w palcach materiał ubrania. Zmrużyła oczy na noski, mrużąc cicho. - I widzisz, wszystko od razu jest łatwiejsze i lepsze.
Taka była prawda. Drugi człowiek potrafił dać olbrzymie pokłady siły oraz optymizmu. Na Pandorę zawsze to działało najlepiej, gdy miała dla kogo się starać i walczyć o lepsze jutro. Pomoc innym ją motywowała, ale to powrót do bliskich pozwalał jej działać bez przerwy.
- Londyn wygląda jak przykryty szarym śniegiem. Popiół i pył jest absolutnie wszędzie, ciężko jest oddychać. - przyznała, rozglądając się zaraz po izbie, zanim chwilę później odnalazła spojrzenie Hjalmara. - Ty też nie miałeś lekko, co? Wszyscy są bezpieczni, mój kochany?
Zapytała cicho, jakby bała się usłyszeć odpowiedzi. To było trochę irracjonalne, bo większość jego rodziny i najbliższych znajomych tkwiła na Islandii, a tam było przecież wszystko dobrze. On też powinien tam wrócić, przynajmniej na jakiś czas, ale tego nie miała odwagi mu głośno powiedzieć, przynajmniej nie teraz. Znów się uśmiechnęła, nie komentując jednak głośno, a jedynie przysuwając się bliżej niego. Wspięła się na palce, podtrzymując się ramion mężczyzny i pocałowała go delikatnie, jedną z dłoni przesuwając po pogrążonych w nieładzie i popiele włosach. - Nie martw się, nic mi nie jest. - mruknęła cicho, odrywając się z niechęcią od jego warg, aby zaraz potem jeszcze raz dać mu przelotnego buziaka, zanim opadła na całe stopy. - Pomogę Ci zaraz tu posprzątać, powinniśmy też wypić kawę. Może dwie?
Chociaż widok jego kuźni był smutny, bo przecież wkładał w to całe serce, to wciąż był tylko budynek, który można było odbudować, wstawić nowe okna. Wnętrze nie prezentowało się na pierwszy rzut oka lepiej, ale widok tego, że były tu wykonane jakieś prace, trochę ją uspokajał. Bo to tym bardziej świadczyło o tym, że nic mu nie było, chociaż Pandora była skłonna uwierzyć to w dopiero, jak go zobaczy. Nie chciała go wcale straszyć, ale zupełnie nie panowała nad tą nagłą potrzebą znalezienia się blisko niego. Zacisnęła mocno palce, wzdrygając się nieco na odgłos upadających na podłogę przedmiotów, ale nie ruszyła się z miejsca. Gdy się obrócił, odchyliła nieco głowę i obdarzyła go przeciągłym, pełnym troski i czułości spojrzeniem.
- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. - rzuciła, starając się zachować lekkość i pogodę ducha, co wcale nie było łatwe. Uśmiechnęła się, przesuwając dłonie, aby wyciągnąć je do przodu i unieść do góry w stronę jego policzków. Objęła twarz mężczyzny palcami, przyglądając mu się uważnie. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę. Martwiłam się. Przepraszam, że nie mogłam przyjść wcześniej, musiałam pomóc w Londynie.
Zdążyła tylko wyjaśnić przepraszającym tonem, bo chwilę później uniósł ją i zamknął mocno w ramionach, na tyle, że nie mogła złapać tchu. Nie miała mu jednak tego za złe. Sama przymknęła oczy, pozwalając sobie westchnąć głęboko i z ulgą.
- Dużo było ofiar, to prawda.. - szepnęła tylko, nieco smutniejąc, bo obrazy zawalonych budynków, spalonych ciał i rozpaczy na twarzach szukających swoich bliskich zatańczyło jej przed oczami. Nie zamierzała jednak temu ulegać, nie było na to czasu. Zebrała się w sobie i znów uśmiechnęła, trzymając dłonie gdzieś na jego torsie, zaciskając w palcach materiał ubrania. Zmrużyła oczy na noski, mrużąc cicho. - I widzisz, wszystko od razu jest łatwiejsze i lepsze.
Taka była prawda. Drugi człowiek potrafił dać olbrzymie pokłady siły oraz optymizmu. Na Pandorę zawsze to działało najlepiej, gdy miała dla kogo się starać i walczyć o lepsze jutro. Pomoc innym ją motywowała, ale to powrót do bliskich pozwalał jej działać bez przerwy.
- Londyn wygląda jak przykryty szarym śniegiem. Popiół i pył jest absolutnie wszędzie, ciężko jest oddychać. - przyznała, rozglądając się zaraz po izbie, zanim chwilę później odnalazła spojrzenie Hjalmara. - Ty też nie miałeś lekko, co? Wszyscy są bezpieczni, mój kochany?
Zapytała cicho, jakby bała się usłyszeć odpowiedzi. To było trochę irracjonalne, bo większość jego rodziny i najbliższych znajomych tkwiła na Islandii, a tam było przecież wszystko dobrze. On też powinien tam wrócić, przynajmniej na jakiś czas, ale tego nie miała odwagi mu głośno powiedzieć, przynajmniej nie teraz. Znów się uśmiechnęła, nie komentując jednak głośno, a jedynie przysuwając się bliżej niego. Wspięła się na palce, podtrzymując się ramion mężczyzny i pocałowała go delikatnie, jedną z dłoni przesuwając po pogrążonych w nieładzie i popiele włosach. - Nie martw się, nic mi nie jest. - mruknęła cicho, odrywając się z niechęcią od jego warg, aby zaraz potem jeszcze raz dać mu przelotnego buziaka, zanim opadła na całe stopy. - Pomogę Ci zaraz tu posprzątać, powinniśmy też wypić kawę. Może dwie?