30.11.2025, 14:06 ✶
Nie pochwyciła żadnego tropu ani przy bramie, a łańcuch, który ją zabezpieczał przed ciekawskimi mugolami, pozostawał nienaruszony, ani przy furtce, wychodzącej na ścieżkę do jeziora. Szukała jakiś czas śladów za domem, ale i tu nie odniosła sukcesu. Nie była pewna, czy dlatego, że nocą ciężko było coś zauważyć, a w posiadłości kręciło się wielu ludzi, czy po prostu faktycznie nikt nie kręcił się przy posiadłości nocą.
Sprawdziła jeziorko tak na wszelki wypadek, bo działy się tu nieraz dziwne rzeczy, ale jedyne, co się w nim odbijało to księżyc i gwiazdy, i nie było żadnych nowych tropów. Dobiegła wreszcie nawet pod opuszczony dom nekromantki, który zamierzała kupić, gdy ucichnie do końca cała sprawa – wątpiła, by znaleźli się inni chętni na tę nieruchomość, nawet przy tym, jak trudna stała się sytuacja w Londynie - ale w ogródku grasował tylko wiatr.
W końcu Brenna uspokojona uznała, że faktycznie zwyczajnie doznała bardzo dziwnego i nieprzyjemnego koszmaru. Znów sprowadził jej myśli na napastnika ze snów i pomyślała, że powinna sprawdzić czy nie wpłynęły jakieś nowe zgłoszenia… ale po prawdzie nawet jeśli tak było, prawdopodobnie zostały zapomniane, z powodu Spalonej Nocy. Brygadziści i aurorzy zajmowali się tym całym bałaganem, a Departament Tajemnic…
…cóż, Brenna chciała wierzyć, że Niewymowni faktycznie zajmowali się widmami, Polaną Ogni i skutkami Spalonej Nocy, a nie jakimiś swoimi tajemniczymi eksperymentami. Albo co gorsza zleceniami Voldemorta. Nikogo oprócz wuja nie była jednak szczególnie pewna.
Nigdzie nie było żadnego ognia, który mógłby wywołać jej panikę. Świece dawno pogaszono, a chociaż czasem ktoś palił w kominku w salonie, by ogrzać stare pomieszczenie, to teraz były w nim tylko popioły. W jej własnej sypialni, do której wreszcie wróciła, panował pewien ziąb, z którym walczyła głównie zaklęciami, bardzo grubą bluzą, pierzyną i kocem. Teraz jednak nie wróciła do łóżka: nawet jeśli to był tylko koszmar, to jakoś wzdrygała się przed powrotem na posłanie. Pomyślała, że może to irracjonalne, ale kiedy wróci tu potem, wymieni pościel. Jeśli to miało zapewnić jej większy komfort snu, to dlaczego nie…?
Dochodziła już szósta. Wprawdzie w pracy miała pojawić się dopiero na ósmą, ale skoro i tak nie spała, i była pewna, że nie zaśnie, przebrała się po prostu, w kuchni naszykowała śniadanie – jak zwykle w Stawie, gdy wstawała pierwsza, trochę więcej, resztę zostawiając w półmisku na stole – a potem teleportowała się do Ministerstwa Magii.
Może jeśli pojawi się wcześniej, znajdzie trochę czasu na sprawdzenie tych zgłoszeń.
Ot tak na wszelki wypadek.
Ale choć Brenna w końcu uwierzyła, że to tylko sen, a jej reakcja była przesadzona i podyktowana tym, że spotkała tego człowieka… czy tę istotę… w snach trzykrotnie, i znała innych, którzy też się na niego natknęli, a te spotkania kończyły się wyjątkowo krwawo, to wspomnienie koszmaru wciąż ją jakoś uwierało. I kolejnej nocy zasnęła na kanapie. Niby ze zmęczenia, ale chyba takie wyjaśnienie nie było do końca prawdziwe…
Sprawdziła jeziorko tak na wszelki wypadek, bo działy się tu nieraz dziwne rzeczy, ale jedyne, co się w nim odbijało to księżyc i gwiazdy, i nie było żadnych nowych tropów. Dobiegła wreszcie nawet pod opuszczony dom nekromantki, który zamierzała kupić, gdy ucichnie do końca cała sprawa – wątpiła, by znaleźli się inni chętni na tę nieruchomość, nawet przy tym, jak trudna stała się sytuacja w Londynie - ale w ogródku grasował tylko wiatr.
W końcu Brenna uspokojona uznała, że faktycznie zwyczajnie doznała bardzo dziwnego i nieprzyjemnego koszmaru. Znów sprowadził jej myśli na napastnika ze snów i pomyślała, że powinna sprawdzić czy nie wpłynęły jakieś nowe zgłoszenia… ale po prawdzie nawet jeśli tak było, prawdopodobnie zostały zapomniane, z powodu Spalonej Nocy. Brygadziści i aurorzy zajmowali się tym całym bałaganem, a Departament Tajemnic…
…cóż, Brenna chciała wierzyć, że Niewymowni faktycznie zajmowali się widmami, Polaną Ogni i skutkami Spalonej Nocy, a nie jakimiś swoimi tajemniczymi eksperymentami. Albo co gorsza zleceniami Voldemorta. Nikogo oprócz wuja nie była jednak szczególnie pewna.
Nigdzie nie było żadnego ognia, który mógłby wywołać jej panikę. Świece dawno pogaszono, a chociaż czasem ktoś palił w kominku w salonie, by ogrzać stare pomieszczenie, to teraz były w nim tylko popioły. W jej własnej sypialni, do której wreszcie wróciła, panował pewien ziąb, z którym walczyła głównie zaklęciami, bardzo grubą bluzą, pierzyną i kocem. Teraz jednak nie wróciła do łóżka: nawet jeśli to był tylko koszmar, to jakoś wzdrygała się przed powrotem na posłanie. Pomyślała, że może to irracjonalne, ale kiedy wróci tu potem, wymieni pościel. Jeśli to miało zapewnić jej większy komfort snu, to dlaczego nie…?
Dochodziła już szósta. Wprawdzie w pracy miała pojawić się dopiero na ósmą, ale skoro i tak nie spała, i była pewna, że nie zaśnie, przebrała się po prostu, w kuchni naszykowała śniadanie – jak zwykle w Stawie, gdy wstawała pierwsza, trochę więcej, resztę zostawiając w półmisku na stole – a potem teleportowała się do Ministerstwa Magii.
Może jeśli pojawi się wcześniej, znajdzie trochę czasu na sprawdzenie tych zgłoszeń.
Ot tak na wszelki wypadek.
Ale choć Brenna w końcu uwierzyła, że to tylko sen, a jej reakcja była przesadzona i podyktowana tym, że spotkała tego człowieka… czy tę istotę… w snach trzykrotnie, i znała innych, którzy też się na niego natknęli, a te spotkania kończyły się wyjątkowo krwawo, to wspomnienie koszmaru wciąż ją jakoś uwierało. I kolejnej nocy zasnęła na kanapie. Niby ze zmęczenia, ale chyba takie wyjaśnienie nie było do końca prawdziwe…
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.