30.11.2025, 03:28 ✶
Całe życie patrzyłem na przeznaczenie jak na bajkę dla ludzi, którzy bali się własnych decyzji, za dużo widziałem, zbyt wiele osób zrzucało winę na los, kiedy po prostu nie mieli odwagi ruszyć czegokolwiek własną ręką, ale kiedy szła obok mnie, ta wiara, że świat od dawna pchał nas w jedną stronę… Cholera, może coś w tym było, a może po prostu nie chciałem tego deptać - ja, który zawsze brałem nogi za pas, kiedy coś zaczynało pachnieć stabilnością, zawsze stojący okrakiem między wolnością a spierdoloną potrzebą bliskości, teraz prowadziłem ją do ślubu o drugiej w nocy na Nokturnie i czułem się bardziej sobą niż kiedykolwiek. Ta decyzja może i została podjęta w gniewie, ale była podparta prawdą, która była między nami od dawna, chociaż oboje mieliśmy talent do chowania jej za maskami, lodem i ogniem, słowami, żartami, walką, wszystkim. Była w tym, jak potrafiliśmy się zranić, jak potrafiliśmy się uleczyć, i jak potrafiliśmy się znaleźć w pół kroku między jednym a drugim upadkiem, ale nigdy w sposób, który przekroczyłby ostateczną granicę, ona stała sztywno.
Prawda była taka, że ten ktoś, kto przewinął mi się przez myśl, raczej nigdy nie planował zostać „kapłanką”, to był jej dodatkowy fach. Nokturnowi zawsze przydawał się ktoś, kto potrafił zawiązać więź magiczną, nawet jeśli zazwyczaj robił to dla pokątnych układów, nie dla miłości, ale dzisiaj, przez te kilka minut, być może miał związać coś dla nas. Ludzie od „porządnych, boskich rytuałów” o tej godzinie spali w pomieszczeniach pachnących kowenowym kadzidłem, ona raczej niekoniecznie, a nawet jeśli, prawdopodobnie śmierdziała mocno, intensywnie, słodko aż do bólu głowy, maskowaną czarną magią, niczym miłym, niczym przyjemnym dla nosa, niczym zbożnym. Nie przejmowało mnie to jakoś szczególnie.
Nigdzie indziej o tej porze nie znaleźlibyśmy nikogo, kto udzieli nam ślubu - kowen spał, ministerialni spali, cały świat spał. A Nokturn? Nokturn żył. Czasem cuchnął, czasem zabijał, czasem podsuwał komuś w dłonie dwie odłączone ręce, ale nigdy nie spał. Był domem dla desperatów, dla tych, którzy chcieli załatwić coś szybko, po cichu i bez gadania, dzisiejszej nocy należeliśmy do tej drugiej kategorii. Świat zewnętrzny odpoczywał, zgaszony, czysty, przepisowy, a my potrzebowaliśmy czegoś, co działa po ciemku, cicho, bez zbędnych pytań, bez świadków. Czegoś, co nie oceni, bo samo nie ma prawa oceniać nikogo. Tak, byliśmy z tej części miasta, nawet jeśli tylko pośrednio. Nie planowaliśmy nic, nie mieliśmy świadków, dekoracji, zapowiedzi, niczego, a mimo to czułem, jakbyśmy przygotowywali się do tego całe życie. Zobaczyłem w niej wszystko, co chciałem mieć przy sobie, a czego przez lata odpychałem od siebie jak ogień.
Zatrzymałem się na sekundę, tylko po to, żeby popatrzeć na nią, na tę jej twarz pełną światła, które nijak nie pasowało do brudnych szyb i mroku wokół. Świat mógł się walić, Nokturn mógł nas otaczać swoim brudem, ale mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy - siebie, obrączki, tę cholerną pewność, że wbrew rozsądkowi robiliśmy rzecz właściwą. Koniec jednego życia, początek drugiego, obok siebie, wspólnego.
- Nawet jeśli wszystkie te odcięte łapy technicznie są telas wspólną własnością, wiesz - plawo znalazcy, szadna nigdy nie wygla s twoją. Zlesztą, szadnej, jakiejkolwiek innej, maltwej czy nie, nie pozwolę dotknąś mnie w taki sposób, w jaki robi to ta jedna. - Wzruszyłem ramionami i dotknąłem kciukiem jej palców, to miało podkreślić wszystko, czego nie musiałem mówić na głos. Te konkretne chłodnawe dłonie - i nie tylko - odpowiadały mi za bardzo, żebym chciał rozważać jakąkolwiek konkurencję, odłączoną czy nie, były wszystkim, czego chciałem - nawet prosząc ją o drugą, martwą rękę.
Nie miałem pojęcia, skąd się wzięły tamte dwie nieszczęsne kończyny, czemu były ciepłe, czemu nie było właściciela. Szemrane miejsca lubiły zostawiać ludziom dziwne prezenty, jeśli nie uważało się na kroki, chociaż ten był całkiem specyficzny, jedyny w swoim rodzaju, ale to nie był czas, żeby o tym myśleć - teraz mieliśmy jeden cel. Nie kazałem jej czekać na odpowiedź ani sekundy, nachyliłem się lekko, żeby mówić tylko do niej, głosem niższym, pewniejszym, takim, który miał jej pokazać, że nie tylko ona czuła ten dreszcz pod skórą. Mogła to usłyszeć w moim tonie, nie było tam wątpliwości, ani dystansu, ani tego głupiego oporu, który zdarzał mi się czasem, gdy rzeczy zaczynały być zbyt… Prawdziwe.
- Ja tesz nie. Cholelnie. - Żadnych podchodów, żadnych żartów, żadnego chowania się za zgrywą. Tej nocy nie uciekałem, tej nocy prowadziłem ją dokładnie tam, gdzie chciałem być. - Tszydzieści, mosze tszydzieści pięś kloków. - Dopowiedziałem po chwili, tym razem luźniej, raczej średnio udając powagę, jak wtedy w lesie, tuż nad jeziorem. - Sześćdziesiąt, jeśli pszeliczamy na twoje. - No, nie mogłem inaczej. Przyspieszyłem kroku, by zostało nam ich tylko kilkanaście, mgła zgęstniała, światła latarni przygasły, chociaż już nie zgasły całkiem, i nagle zostaliśmy tylko my, bruk pod stopami i wejście, które wyglądało jak coś pomiędzy herbaciarnią staruszki a szulernią. Szyld wisiał krzywo, światło nad wejściem drgało, jakby lampka próbowała umrzeć, ale nie była pewna, czy już pora.
Magdalene Vane nie była żadną świętą kobietą od błogosławieństw, miała serce twardsze niż bruk pod naszymi stopami i dłonie, które pamiętały więcej przekleństw niż modlitw. Znała rytuały jak rzemieślnik znał narzędzia, nie jak kapłanka znała sacrum. Nazywali ją czasem babcią Vane, mimo że nie miała ani wnuków, ani dzieci, ani nawet kota, który by przy niej wytrzymał. Mówili też, że kiedyś rozwiązała małżeństwo, które istniało już tylko na papierze, jednym szybkim ruchem noża, a potem powtórzyła to dla paru innych osób, już na odległość, chociaż w moim odczuciu było to przesadzone - pogłoska, plotka, makabryczna legenda, nie fakt. Z drugiej strony osobiście podejrzewałem, że gdyby kazano jej udzielać ślubów codziennie, to zaczęłaby pobierać opłaty w duszach pierworodnych, nie w galeonach, ale dzisiaj była nam potrzebna, dokładnie taka, jaka była - nieprzyjemna, skuteczna i czujna jak szczur w kanałach.
Zatrzymałem się tuż przed progiem, wziąłem oddech, pełen wilgoci i tego maskowanego słodyczą swądu czarnej magii, i miałem ochotę parsknąć śmiechem, bo to wszystko było tak niedorzecznie właściwe. Trochę makabryczne, mroczne, otulone wilgocią Nokturnu, ale nasze wspólne.
- To tutaj. - Powiedziałem cicho, ściskając jej dłoń tak, jakby wypuszczenie jej mogło odwrócić los. - Gotowa? - Zapytałem, chociaż wiedziałem, że była, była gotowa od chwili, w której rzuciliśmy w siebie tym samym, tylko innymi słowami. Nie musieliśmy nawet pukać, drzwi otworzyły się same - skrzypnęły, jakby ktoś ich od wieków nie oliwił, chociaż wiedziałem, że to tylko efekt iluzji, którą Magdalene lubiła rzucać, żeby ludzie czuli się bardziej nieswojo - takie jej prywatne poczucie humoru, a może sposób na to, żeby każdy, kto przekraczał jej próg, pamiętał, że robi to na jej zasadach, nie swoich. Wnętrze pachniało jak przeterminowane eliksiry, spalona mirra i ciasto, które ktoś zapomniał wyjąć z pieca - idealna kombinacja dla zaklinaczki, która ponoć potrafiła pokazać, jak związać duszę z przedmiotem, jeśli klient przyniósł odpowiednią ilość złota. Mogliśmy zrobić krok dalej - ten ostateczny, nie było, na co czekać.
Prawda była taka, że ten ktoś, kto przewinął mi się przez myśl, raczej nigdy nie planował zostać „kapłanką”, to był jej dodatkowy fach. Nokturnowi zawsze przydawał się ktoś, kto potrafił zawiązać więź magiczną, nawet jeśli zazwyczaj robił to dla pokątnych układów, nie dla miłości, ale dzisiaj, przez te kilka minut, być może miał związać coś dla nas. Ludzie od „porządnych, boskich rytuałów” o tej godzinie spali w pomieszczeniach pachnących kowenowym kadzidłem, ona raczej niekoniecznie, a nawet jeśli, prawdopodobnie śmierdziała mocno, intensywnie, słodko aż do bólu głowy, maskowaną czarną magią, niczym miłym, niczym przyjemnym dla nosa, niczym zbożnym. Nie przejmowało mnie to jakoś szczególnie.
Nigdzie indziej o tej porze nie znaleźlibyśmy nikogo, kto udzieli nam ślubu - kowen spał, ministerialni spali, cały świat spał. A Nokturn? Nokturn żył. Czasem cuchnął, czasem zabijał, czasem podsuwał komuś w dłonie dwie odłączone ręce, ale nigdy nie spał. Był domem dla desperatów, dla tych, którzy chcieli załatwić coś szybko, po cichu i bez gadania, dzisiejszej nocy należeliśmy do tej drugiej kategorii. Świat zewnętrzny odpoczywał, zgaszony, czysty, przepisowy, a my potrzebowaliśmy czegoś, co działa po ciemku, cicho, bez zbędnych pytań, bez świadków. Czegoś, co nie oceni, bo samo nie ma prawa oceniać nikogo. Tak, byliśmy z tej części miasta, nawet jeśli tylko pośrednio. Nie planowaliśmy nic, nie mieliśmy świadków, dekoracji, zapowiedzi, niczego, a mimo to czułem, jakbyśmy przygotowywali się do tego całe życie. Zobaczyłem w niej wszystko, co chciałem mieć przy sobie, a czego przez lata odpychałem od siebie jak ogień.
Zatrzymałem się na sekundę, tylko po to, żeby popatrzeć na nią, na tę jej twarz pełną światła, które nijak nie pasowało do brudnych szyb i mroku wokół. Świat mógł się walić, Nokturn mógł nas otaczać swoim brudem, ale mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy - siebie, obrączki, tę cholerną pewność, że wbrew rozsądkowi robiliśmy rzecz właściwą. Koniec jednego życia, początek drugiego, obok siebie, wspólnego.
- Nawet jeśli wszystkie te odcięte łapy technicznie są telas wspólną własnością, wiesz - plawo znalazcy, szadna nigdy nie wygla s twoją. Zlesztą, szadnej, jakiejkolwiek innej, maltwej czy nie, nie pozwolę dotknąś mnie w taki sposób, w jaki robi to ta jedna. - Wzruszyłem ramionami i dotknąłem kciukiem jej palców, to miało podkreślić wszystko, czego nie musiałem mówić na głos. Te konkretne chłodnawe dłonie - i nie tylko - odpowiadały mi za bardzo, żebym chciał rozważać jakąkolwiek konkurencję, odłączoną czy nie, były wszystkim, czego chciałem - nawet prosząc ją o drugą, martwą rękę.
Nie miałem pojęcia, skąd się wzięły tamte dwie nieszczęsne kończyny, czemu były ciepłe, czemu nie było właściciela. Szemrane miejsca lubiły zostawiać ludziom dziwne prezenty, jeśli nie uważało się na kroki, chociaż ten był całkiem specyficzny, jedyny w swoim rodzaju, ale to nie był czas, żeby o tym myśleć - teraz mieliśmy jeden cel. Nie kazałem jej czekać na odpowiedź ani sekundy, nachyliłem się lekko, żeby mówić tylko do niej, głosem niższym, pewniejszym, takim, który miał jej pokazać, że nie tylko ona czuła ten dreszcz pod skórą. Mogła to usłyszeć w moim tonie, nie było tam wątpliwości, ani dystansu, ani tego głupiego oporu, który zdarzał mi się czasem, gdy rzeczy zaczynały być zbyt… Prawdziwe.
- Ja tesz nie. Cholelnie. - Żadnych podchodów, żadnych żartów, żadnego chowania się za zgrywą. Tej nocy nie uciekałem, tej nocy prowadziłem ją dokładnie tam, gdzie chciałem być. - Tszydzieści, mosze tszydzieści pięś kloków. - Dopowiedziałem po chwili, tym razem luźniej, raczej średnio udając powagę, jak wtedy w lesie, tuż nad jeziorem. - Sześćdziesiąt, jeśli pszeliczamy na twoje. - No, nie mogłem inaczej. Przyspieszyłem kroku, by zostało nam ich tylko kilkanaście, mgła zgęstniała, światła latarni przygasły, chociaż już nie zgasły całkiem, i nagle zostaliśmy tylko my, bruk pod stopami i wejście, które wyglądało jak coś pomiędzy herbaciarnią staruszki a szulernią. Szyld wisiał krzywo, światło nad wejściem drgało, jakby lampka próbowała umrzeć, ale nie była pewna, czy już pora.
Magdalene Vane nie była żadną świętą kobietą od błogosławieństw, miała serce twardsze niż bruk pod naszymi stopami i dłonie, które pamiętały więcej przekleństw niż modlitw. Znała rytuały jak rzemieślnik znał narzędzia, nie jak kapłanka znała sacrum. Nazywali ją czasem babcią Vane, mimo że nie miała ani wnuków, ani dzieci, ani nawet kota, który by przy niej wytrzymał. Mówili też, że kiedyś rozwiązała małżeństwo, które istniało już tylko na papierze, jednym szybkim ruchem noża, a potem powtórzyła to dla paru innych osób, już na odległość, chociaż w moim odczuciu było to przesadzone - pogłoska, plotka, makabryczna legenda, nie fakt. Z drugiej strony osobiście podejrzewałem, że gdyby kazano jej udzielać ślubów codziennie, to zaczęłaby pobierać opłaty w duszach pierworodnych, nie w galeonach, ale dzisiaj była nam potrzebna, dokładnie taka, jaka była - nieprzyjemna, skuteczna i czujna jak szczur w kanałach.
Zatrzymałem się tuż przed progiem, wziąłem oddech, pełen wilgoci i tego maskowanego słodyczą swądu czarnej magii, i miałem ochotę parsknąć śmiechem, bo to wszystko było tak niedorzecznie właściwe. Trochę makabryczne, mroczne, otulone wilgocią Nokturnu, ale nasze wspólne.
- To tutaj. - Powiedziałem cicho, ściskając jej dłoń tak, jakby wypuszczenie jej mogło odwrócić los. - Gotowa? - Zapytałem, chociaż wiedziałem, że była, była gotowa od chwili, w której rzuciliśmy w siebie tym samym, tylko innymi słowami. Nie musieliśmy nawet pukać, drzwi otworzyły się same - skrzypnęły, jakby ktoś ich od wieków nie oliwił, chociaż wiedziałem, że to tylko efekt iluzji, którą Magdalene lubiła rzucać, żeby ludzie czuli się bardziej nieswojo - takie jej prywatne poczucie humoru, a może sposób na to, żeby każdy, kto przekraczał jej próg, pamiętał, że robi to na jej zasadach, nie swoich. Wnętrze pachniało jak przeterminowane eliksiry, spalona mirra i ciasto, które ktoś zapomniał wyjąć z pieca - idealna kombinacja dla zaklinaczki, która ponoć potrafiła pokazać, jak związać duszę z przedmiotem, jeśli klient przyniósł odpowiednią ilość złota. Mogliśmy zrobić krok dalej - ten ostateczny, nie było, na co czekać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)