29.11.2025, 23:59 ✶
Zaciągnąłem powietrze, to wilgotne, lepkawe, z tym charakterystycznym posmakiem Nokturnu, który zawsze osiadał na języku, jak coś, czego człowiek nigdy nie zamawiał, a i tak dostawał w gratisie. Ten kontrast uderzył mnie znienacka i aż chciało mi się śmiać, cicho, pod nosem, z niedowierzania, że właśnie tutaj, w tym syfie, w tej wilgoci, wśród zapachu mrocznej magii i mokrego kamienia, miało się wydarzyć coś tak jasnego, jakby to parszywe miejsce postanowiło zrobić nam przysługę, choćby jedną w całym swoim zgniłym życiu. Dziś nie miałem w sobie nawet cienia obrzydzenia, ten syf pod butami, mokre cegły, migoczące światła latarni, stare, częściowo zabarykadowane okna łypiące jak oczy kogoś, kto wiedział o tobie za dużo - to wszystko zmieniało kontury, bo ona szła obok mnie, trzymając mnie tak pewnie, jakbyśmy już od dawna wiedzieli, że tym razem nie spadniemy. Ten wieczór uderzył mnie w klatkę piersiową jak grom, bez ostrzeżenia, bez uprzedzenia, a jednak wszystko w moim wnętrzu układało się spokojnie, jakby ktoś wreszcie dopasował ostatni puzzel w ukrytym obrazie.
Szliśmy razem, nasze kroki odbijały się od mokrych kamieni, a jej dłoń w mojej była miękka i stanowcza jednocześnie, ciepła jak obietnica. Prowadziłem, chociaż prawda była taka, że to ona trzymała mnie na właściwym torze, bo gdyby puściła, pewnie ruszyłbym prosto w ogień, żeby sobie udowodnić, że mogę. Z nią nie musiałem niczego udowadniać, już nie. Ten dzień, cholera…, ja też nie potrafiłem go objąć myślą. Nie istniało w moim słowniku nic, co byłoby na tyle szerokie, żeby pomieścić ten dziwny spokój, jaki we mnie wsiąkał od chwili, kiedy wzięła ode mnie ten nóż w tym małym mieszkanku. Symbol, nowy początek, nigdy nie wierzyłem w takie słowa, dopóki nie zobaczyłem, jak trzymała go w dłoni.
Wsunąłem jej palce między swoje trochę mocniej, prowadząc nas między zamglonymi uliczkami. Byłem cholernie zakochany, pierwszy raz pozwalając sobie na tę myśl bez potrzeby ukrywania tego, tak po prostu, tak idiotycznie, tak nienormalnie jak na kogoś, kto całe życie mówił, że nic go nie zatrzyma. A teraz szedłem do kogoś, kto miał powiedzieć, że jesteśmy związani na zawsze, bez świadków, bez kwiatów, bez fanfar, tylko my i noc - to było właściwe, czułem to w kościach. Ta decyzja była irracjonalna tylko dla tych, którzy nigdy nie stali na krawędzi razem z kimś, kogo kochają.
Była we mnie determinacja, taka, której nie byłem w stanie zdusić nawet, gdybym próbował. Po tej kłótni, po tym wszystkim, co między nami buzowało, zostawało już tylko jedno - zrobić to, co i tak od dawna wisiało nad nami. Bez świadków, bez plotek, bez tych wszystkich spojrzeń, które zawsze próbowały rozszarpać każdy związek, gdy tylko zaczynał wyglądać zbyt poważnie. Dziś miała zostać moją żoną, a ja jej mężem, to wszystko, całe to zaskoczenie, cała irracjonalność, cała wilgoć Nokturnu, wyglądały nagle jak najlogiczniejsza decyzja mojego życia. Zdecydowanie bardziej logiczna niż przechowywanie cudzych rąk w płaszczu, ale cóż, Sun je chciała, ja byłem tylko tymczasowym tragarzem.
- Jeśli pomylę lękę, to tylko dlatego, sze mam ich dzisiaj w asoltymencie tlochę więcej nisz pszeciętny naszeczony, ale spokojnie, twoja jest jedyną, któlą chcę zatszymaś. - To chyba nawet była całkiem romantyczna deklaracja? Miałem je przy sobie, te dwie zgubione łapy obcego idioty, nokturnowe pamiątki, absurd dnia, który i tak znikał pod innymi symbolami - jej spojrzeniem, tym nożem, który wzięła ode mnie jak coś wręcz intymnego, i obrączkami, które były do nas podobne - zniszczone czasem, ale uparte w swoim blasku.
Im dalej szliśmy, tym mocniej czułem, jak coś we mnie uspokaja się, paradoksalnie właśnie tu, gdzie sens i logika zwykle umierały pierwsze. Może dlatego, że to był ten moment, którego nigdy nie planowałem, a którego potrzebowałem jak tlenu. Szedłem pewnie, nie oglądałem się za siebie. Wiedziałem, gdzie iść. Nie myślałem, czy świat istnieje poza tym zakrętem, do którego ją prowadziłem, ale było mi to obojętne - wszystko, co miało się liczyć, było obok nas lub czekało zaraz przed nami.
Szliśmy razem, nasze kroki odbijały się od mokrych kamieni, a jej dłoń w mojej była miękka i stanowcza jednocześnie, ciepła jak obietnica. Prowadziłem, chociaż prawda była taka, że to ona trzymała mnie na właściwym torze, bo gdyby puściła, pewnie ruszyłbym prosto w ogień, żeby sobie udowodnić, że mogę. Z nią nie musiałem niczego udowadniać, już nie. Ten dzień, cholera…, ja też nie potrafiłem go objąć myślą. Nie istniało w moim słowniku nic, co byłoby na tyle szerokie, żeby pomieścić ten dziwny spokój, jaki we mnie wsiąkał od chwili, kiedy wzięła ode mnie ten nóż w tym małym mieszkanku. Symbol, nowy początek, nigdy nie wierzyłem w takie słowa, dopóki nie zobaczyłem, jak trzymała go w dłoni.
Wsunąłem jej palce między swoje trochę mocniej, prowadząc nas między zamglonymi uliczkami. Byłem cholernie zakochany, pierwszy raz pozwalając sobie na tę myśl bez potrzeby ukrywania tego, tak po prostu, tak idiotycznie, tak nienormalnie jak na kogoś, kto całe życie mówił, że nic go nie zatrzyma. A teraz szedłem do kogoś, kto miał powiedzieć, że jesteśmy związani na zawsze, bez świadków, bez kwiatów, bez fanfar, tylko my i noc - to było właściwe, czułem to w kościach. Ta decyzja była irracjonalna tylko dla tych, którzy nigdy nie stali na krawędzi razem z kimś, kogo kochają.
Była we mnie determinacja, taka, której nie byłem w stanie zdusić nawet, gdybym próbował. Po tej kłótni, po tym wszystkim, co między nami buzowało, zostawało już tylko jedno - zrobić to, co i tak od dawna wisiało nad nami. Bez świadków, bez plotek, bez tych wszystkich spojrzeń, które zawsze próbowały rozszarpać każdy związek, gdy tylko zaczynał wyglądać zbyt poważnie. Dziś miała zostać moją żoną, a ja jej mężem, to wszystko, całe to zaskoczenie, cała irracjonalność, cała wilgoć Nokturnu, wyglądały nagle jak najlogiczniejsza decyzja mojego życia. Zdecydowanie bardziej logiczna niż przechowywanie cudzych rąk w płaszczu, ale cóż, Sun je chciała, ja byłem tylko tymczasowym tragarzem.
- Jeśli pomylę lękę, to tylko dlatego, sze mam ich dzisiaj w asoltymencie tlochę więcej nisz pszeciętny naszeczony, ale spokojnie, twoja jest jedyną, któlą chcę zatszymaś. - To chyba nawet była całkiem romantyczna deklaracja? Miałem je przy sobie, te dwie zgubione łapy obcego idioty, nokturnowe pamiątki, absurd dnia, który i tak znikał pod innymi symbolami - jej spojrzeniem, tym nożem, który wzięła ode mnie jak coś wręcz intymnego, i obrączkami, które były do nas podobne - zniszczone czasem, ale uparte w swoim blasku.
Im dalej szliśmy, tym mocniej czułem, jak coś we mnie uspokaja się, paradoksalnie właśnie tu, gdzie sens i logika zwykle umierały pierwsze. Może dlatego, że to był ten moment, którego nigdy nie planowałem, a którego potrzebowałem jak tlenu. Szedłem pewnie, nie oglądałem się za siebie. Wiedziałem, gdzie iść. Nie myślałem, czy świat istnieje poza tym zakrętem, do którego ją prowadziłem, ale było mi to obojętne - wszystko, co miało się liczyć, było obok nas lub czekało zaraz przed nami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)