29.11.2025, 22:38 ✶
Cóż mogli Helę obchodzić Blackowie i ich zdrajcy krwi? Niewiele. Helloise nigdy nie była w stanie zbyt długo skupiać uwagi na rozmowach prowadzonych przy stole, a gdy pojawiały się imiona i nazwiska odlatywała do zupełnie innego świata. Wpadały jej wszystkie personalia jednym uchem, wypadały drugim — zbyt była zajęta tropieniem wzrokiem trzaskających za oknem iskier z ogonów smoczogników, rwaniem w palcach serwetek i bujaniem się na krześle.
— Ta, nie jesteśmy w moim domu — mruknęła głucho i ponuro.
Chciała być w domu — tym domu, którym były górskie zbocza Snowdonii i zielone gaje. Nie chciała być w domu — tym domu, którym była rodowa rezydencja, gdzie wszyscy zaczęli na nią patrzeć inaczej.
Znów zachciało jej się płakać. Wstrząsnęła nią powracająca od miesięcy świadomość, że mogła bezpowrotnie stracić dom. Czy naprawdę już nigdy w życiu ojciec nie spojrzy na nią bez tego cienia wstrętu odbijającego się w oczach? Nigdy już nie będzie jego dziką i nieznośnie psotną, a jednocześnie najsłodszą, najweselszą spośród smoczej dziatwy córeczką?
Wzięła cukierka.
— To miło z twojej strony. — Odwinęła papierek i włożyła landrynkę do ust, ścisnęła w pięści kolorową folię po nim.
Milczała chwilę, skupiona na ssaniu cukierka. Walczyła ze zbierającym się szlochem. Nabrała w tym wprawy. Pierwsze tygodnie po wydostaniu się z Nokturnu płakała niemal bez przerw. Tamte dni zapisały się w jej pamięci szarą, rozmytą łzami plamą. Te łzy były, zdaje się, zasobem skończonym, bo z czasem leciało ich coraz mniej. Teraz również opanowała je, mimo że od środka dusiła ją rozpacz.
— Racja, beznadzieja — przytaknęła w końcu chłopcu głosem wygodnie zniekształconym przez cukierka. Było coś pociesznego w jego obecności, takiej szczerej i niewinnej. — To co? Mieszkasz tu na jakiejś farmie za miastem? Tata ma sady może? — wypytywała o cokolwiek, bo nie do końca wiedziała, o czym rozmawiać z dzieckiem, a jednocześnie nie chciała go puszczać. Był jak zwierzątko, w tym najlepszym sensie: nie mógł jej ocenić, okazywał proste współczucie, bez tego obrzydliwego litowania się nad nią. — Mój tata ma mnóstwo ziemi. Wielkie hektary. Mam własne góry i lasy. Całe tylko dla mnie. Prawie.
— Ta, nie jesteśmy w moim domu — mruknęła głucho i ponuro.
Chciała być w domu — tym domu, którym były górskie zbocza Snowdonii i zielone gaje. Nie chciała być w domu — tym domu, którym była rodowa rezydencja, gdzie wszyscy zaczęli na nią patrzeć inaczej.
Znów zachciało jej się płakać. Wstrząsnęła nią powracająca od miesięcy świadomość, że mogła bezpowrotnie stracić dom. Czy naprawdę już nigdy w życiu ojciec nie spojrzy na nią bez tego cienia wstrętu odbijającego się w oczach? Nigdy już nie będzie jego dziką i nieznośnie psotną, a jednocześnie najsłodszą, najweselszą spośród smoczej dziatwy córeczką?
Wzięła cukierka.
— To miło z twojej strony. — Odwinęła papierek i włożyła landrynkę do ust, ścisnęła w pięści kolorową folię po nim.
Milczała chwilę, skupiona na ssaniu cukierka. Walczyła ze zbierającym się szlochem. Nabrała w tym wprawy. Pierwsze tygodnie po wydostaniu się z Nokturnu płakała niemal bez przerw. Tamte dni zapisały się w jej pamięci szarą, rozmytą łzami plamą. Te łzy były, zdaje się, zasobem skończonym, bo z czasem leciało ich coraz mniej. Teraz również opanowała je, mimo że od środka dusiła ją rozpacz.
— Racja, beznadzieja — przytaknęła w końcu chłopcu głosem wygodnie zniekształconym przez cukierka. Było coś pociesznego w jego obecności, takiej szczerej i niewinnej. — To co? Mieszkasz tu na jakiejś farmie za miastem? Tata ma sady może? — wypytywała o cokolwiek, bo nie do końca wiedziała, o czym rozmawiać z dzieckiem, a jednocześnie nie chciała go puszczać. Był jak zwierzątko, w tym najlepszym sensie: nie mógł jej ocenić, okazywał proste współczucie, bez tego obrzydliwego litowania się nad nią. — Mój tata ma mnóstwo ziemi. Wielkie hektary. Mam własne góry i lasy. Całe tylko dla mnie. Prawie.
dotknij trawy