26.11.2025, 21:21 ✶
Julian zawsze powtarzał, że mężczyźni rzadko nadawali się do takich rzeczy. W jego własnym domu to ona była tą, do której córki przychodziły z problemami. On natomiast stał z boku trochę niezgrabnie, próbując zrozumieć, czego właściwie potrzeba. Jo miała w sobie tę łagodność połączoną z pragmatyzmem, który potrafił każde dziecięce zmartwienie rozłożyć na części pierwsze i poskładać na powrót w coś lżejszego do udźwignięcia.
Oczywiście, była to czysta, matczyna troska, ale właśnie to wspomnienie jako pierwsze podsunęło mu skojarzenie, gdy siedział naprzeciw Anthony’ego. Niezupełnie czuł się w tych sprawach tak biegły jak ona.
Co więcej, auror rzadko tracił rezon. Nawet kiedy wściekłość przeciskała mu się między zębami, nawet kiedy duma wbijała mu się w kręgosłup, pozostawał nienaruszony. Jednakże nie mógł nie wspomnieć o pewnej kłótni z jego przyjacielem w geście wsparcia swojego gospodarza…
— Kiedyś pokłóciłem się tak, że… nie wiedziałem, czy było do czego wracać, ale jeśli zapytasz mnie dlaczego, odpowiedź będzie żałośnie prosta — odezwał się, kończąc wino jednym płynnym ruchem. — On znał mnie lepiej niż ja sam siebie znałem. Powiedział mi wtedy prosto w twarz dokładnie to, co próbowałem udawać, że nie istniało... Może po prostu próbował cię chronić? — zaczął spokojnie Juluś. Absolutnie najgorsze miało dopiero nadejść. Mężczyzna dopiero się rozkręcał. — To że ktoś nie przychodzi do ciebie w dobie kryzysu, nie znaczy jeszcze, że ma cię gdzieś. Czasem ludzie wybierają tych… mniej ważnych, bo przy nich własna porażka boli odrobinę mniej. To nie jest miara twojej wartości, Anthony.
Prawdę mówiąc, mężczyzna nie zastanawiał się nad naturą ich relacji. Sprawy międzyludzkie, o ile nie kończyły się rozlewem krwi, dało się wyprostować rozmową. W jego półprzytomnym umyśle, zajętym pysznym mięsiwem niż subtelnościami emocjonalnymi, trudno było uchwycić, co Anthony naprawdę próbował powiedzieć.
A Julian oferował to, co pierwsze przyszło mu na myśli. Przyszło mu to, co sam by zrobił.
— Może myślał, że odsuwając cię od siebie, uchroni cię przed popełnieniem jego własnych błędów — dodał i zmarszczył brwi. — To że ktoś się pogubił, nie odbiera ci wartości. Ani lojalności, którą mu do tej pory dawałeś. I nie odbiera ci prawa do bycia wkurwionym. Masz prawo tego od niego wymagać, jeśli rzeczywiście była to relacja, którą… jeśli była to osoba, o której myślałeś, że się do ciebie zwróci z pomocą — poprawił się. Prawo, prawo, prawo. Zastanawiał się, czy jego słowa miały jakikolwiek sens.
Oczywiście, była to czysta, matczyna troska, ale właśnie to wspomnienie jako pierwsze podsunęło mu skojarzenie, gdy siedział naprzeciw Anthony’ego. Niezupełnie czuł się w tych sprawach tak biegły jak ona.
Co więcej, auror rzadko tracił rezon. Nawet kiedy wściekłość przeciskała mu się między zębami, nawet kiedy duma wbijała mu się w kręgosłup, pozostawał nienaruszony. Jednakże nie mógł nie wspomnieć o pewnej kłótni z jego przyjacielem w geście wsparcia swojego gospodarza…
— Kiedyś pokłóciłem się tak, że… nie wiedziałem, czy było do czego wracać, ale jeśli zapytasz mnie dlaczego, odpowiedź będzie żałośnie prosta — odezwał się, kończąc wino jednym płynnym ruchem. — On znał mnie lepiej niż ja sam siebie znałem. Powiedział mi wtedy prosto w twarz dokładnie to, co próbowałem udawać, że nie istniało... Może po prostu próbował cię chronić? — zaczął spokojnie Juluś. Absolutnie najgorsze miało dopiero nadejść. Mężczyzna dopiero się rozkręcał. — To że ktoś nie przychodzi do ciebie w dobie kryzysu, nie znaczy jeszcze, że ma cię gdzieś. Czasem ludzie wybierają tych… mniej ważnych, bo przy nich własna porażka boli odrobinę mniej. To nie jest miara twojej wartości, Anthony.
Prawdę mówiąc, mężczyzna nie zastanawiał się nad naturą ich relacji. Sprawy międzyludzkie, o ile nie kończyły się rozlewem krwi, dało się wyprostować rozmową. W jego półprzytomnym umyśle, zajętym pysznym mięsiwem niż subtelnościami emocjonalnymi, trudno było uchwycić, co Anthony naprawdę próbował powiedzieć.
A Julian oferował to, co pierwsze przyszło mu na myśli. Przyszło mu to, co sam by zrobił.
— Może myślał, że odsuwając cię od siebie, uchroni cię przed popełnieniem jego własnych błędów — dodał i zmarszczył brwi. — To że ktoś się pogubił, nie odbiera ci wartości. Ani lojalności, którą mu do tej pory dawałeś. I nie odbiera ci prawa do bycia wkurwionym. Masz prawo tego od niego wymagać, jeśli rzeczywiście była to relacja, którą… jeśli była to osoba, o której myślałeś, że się do ciebie zwróci z pomocą — poprawił się. Prawo, prawo, prawo. Zastanawiał się, czy jego słowa miały jakikolwiek sens.
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings