25.11.2025, 18:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2025, 18:39 przez Benjy Fenwick.)
W tym mieszkaniu było duszno, cholernie, absurdalnie, do granic możliwości duszno - nie dlatego, że brakowało tu powietrza, wręcz przeciwnie, okno było nieszczelne, a chłód z ulicy sączył się powoli do środka, ale dlatego, że każde jej słowo sprawiało wrażenie, jakby rozpychało się w mojej klatce piersiowej, próbowało zrobić tam dla siebie miejsce, wyciskając ze mnie resztki tlenu. A ja byłem zbyt wściekły, zbyt zmęczony, zbyt rozłożony na części, żeby temu zapobiec. Nie od razu wiedziałem, gdzie mam patrzeć. Jej głos rozcinał powietrze w tej klaustrofobicznej klitce, jak skalpel, a ja stałem naprzeciw niej, cały w napięciu, z obolałą ręką i krwią pulsującą mi w skroniach. Każde kolejne zdanie, które wypowiadała, trafiało we mnie jak cios, chociaż wypowiadała je takim tonem, jakby odczytywała raport z sekcji zwłok - spokojnie, sucho, rzeczowo. Właśnie to doprowadzało mnie do szału bardziej niż cała treść - ta jej pozorna równowaga, odcięcie, obwarowanie, które teraz pękało, ale nadal próbowała je utrzymać jak tarczę. A ja, kurwa, nie miałem już siły na jej tarcze. W tej jednej chwili czułem się nagi, rozbrojony, bezbronny jak dzieciak, którego pierwszy raz ktoś popchnął w błoto. Mówiła tym tonem, którego nienawidziłem w niej najbardziej - wyuczonym, chłodnym, perfekcyjnie kontrolowanym, takim, jakiego używała do przekazywania rodzinom pacjentów, że ich bliscy nie przeżyli zabiegu. Tym tonem, który był jak sterylne narzędzie - bezpieczny, gładki, obojętny, martwy. Kiedy wyciągała go wobec mnie, zawsze miałem wrażenie, że wkłada między nas szybę, przez którą będę musiał walić pięściami, żeby się do niej dostać. A walczyłem już dzisiaj wystarczająco, z kimś innym, z własną głową, z tym, co we mnie siedziało. Nie miałem siły na walkę z nią, a jednak słuchałem, nic innego mi nie pozostało.
Nie mogłem jej jednak przerwać, nawet kiedy chciałem, a chciałem, kurwa, co drugie zdanie, bo każde uderzało we mnie jak strzałka w żywą tarczę - precyzyjnie, celnie, tak boleśnie, że aż czułem to w kościach. Stała przede mną i mówiła tym swoim idealnie wyważonym tonem, jakby opisywała sekcję zwłok, a ja czułem, jakbym sam właśnie był tym ciałem, ale nie mogłem jej przerwać, miała do tego prawo, bo ja ją do tego prawa doprowadziłem.
A potem kot.
Kot, który urósł jej do metafory końca świata. Wystarczył, by uwierzyła, iż ją zostawiłem, bo była niewystarczająca, wszystko inne było ważniejsze od niej, znowu była tłem dla lepszych wyborów - musiałem odwrócić wzrok, chociaż nawet nie pomyślałem, że to robię. Zrobiłem to instynktownie, jak zwierzę, które musiało uciec od zbyt mocnego światła. Zacisnąłem rozwaloną dłoń, aż ból wreszcie wydobył ze mnie zawieszone powietrze. Symbol - tak łatwo było jej to ułożyć w głowie, tak naturalnie, jakby wszystkie klocki już dawno do siebie pasowały, tylko ja byłem na tyle głupi, żeby nie widzieć, że wchodzę w z góry przegraną konfigurację. Wciągnąłem powietrze, gwałtownie, jakby ktoś zatopił mnie pod wodą i dopiero teraz wypuścił. Włosy opadły mi na twarz, odsunąłem je gwałtownie, zirytowany samym sobą.
- Ja… - Zacząłem, ale głos mi ugrzązł, zamiast tego przesunąłem językiem po zębach i zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż mnie zabolało. Ona miała rację - spirala, w której tkwiłem przez te tygodnie, była moją winą, nawet jeśli ktoś inny ją zapoczątkował, to ja zostawiłem ją samą z tymi wszystkimi interpretacjami - i nic dziwnego, że ułożyła je po swojemu.
Kurwa, Fenwick, ogarnij się.
Spróbowałem jeszcze raz.
- Nie ufałem sobie. - Powiedziałem w końcu, niskim, ochrypłym głosem. - Nie tobie. Nigdy nie tobie. - Wziąłem gwałtowny oddech, mając wrażenie, że powietrze w mieszkaniu zrobiło się jeszcze bardziej ciężkie, gęste. Przez sekundę wydawało mi się, że Romulus stoi za mną, opiera mi łokcie o ramiona, szepcze wprost do ucha. „Najebał mi w głowie” brzmiało prosto, a to nie było proste - nie było, kurwa, nawet blisko prostoty.
Przed oczami miałem ognisko, zapach dymu, jej twarz w tamtym świetle, jego, stojącego naprzeciwko mnie, z wahadełkiem, jakby trzymał mnie na niewidzialnej smyczy.
„Dlaczego mi nie powiedziałeś?”
„Dlaczego nie zaufałeś?”
„Dlaczego uważałeś, że nie powinnam tego słuchać?”
Bo był powód, jeden z tych powodów, które nie mieszczą się w gardle, i same ich koncepcje wystarczają, żeby zrobić komuś krzywdę. Przez sekundę nie umiałem nawet oddychać. Bo jak miałem jej to wytłumaczyć? Jak miałem powiedzieć to kobiecie, dla której byłem bezpiecznym miejscem, że tamtego poranka, pierwszy raz po kochaniu się z nią, jak wariat, jak dzieciak, jak największy farciarz na świecie, wypowiedziałem sam do siebie rzeczy, które brzmiały jak manifest pierdolonego Śmierciożercy? Jak miałem wytłumaczyć, że to nie byłem ja, że to nie była moja myśl, że to nie była moja cholerna wola, że to było obce, zimne, wślizgające się jak trucizna pod skórę? Wypuściłem drżący oddech i spojrzałem na nią tak, jakby jedno z nas miało pójść w płomienie.
- Nie chciałem, szebyś spojszała na mnie i zobaczyła wlogość, któlą plóbował mi wcisnąś. Jusz dostatesznie się na nią napatszyłaś. - Powiedziałem szorstko. - Nie chciałem, szebyś się bała, sze ja… Ja… Bo… - Zaciąłem się. - Bo nie mogłem patsześ ci w oczy i pszyznawać się, sze mój własny pszyjaciel plóbował zlobiś ze mnie piepszone naszędzie zemsty za coś, czego mu nawet nie zlobiłaś - Powiedziałem to w końcu. - Słyszałem swoją chujową welsję. - Powiedziałem i wcale nie zdziwiło mnie, że mój głos zabrzmiał niżej, ciężej. - Nie jego. Swoją. Aloysiusa jebanego Benjamina Lookwooda. Szeszy, któlych nigdy bym telas nie powiedział, nawet pod glośbą. Szeszy, któle bszmiały jakbym miał w głowie czyjś obcy ton, ton człowieka, któlym nie jestem, tego, któlym powinienem zostaś, złoszony s jego ideologii, jego obsesji, jego bludów. - Wciągnąłem powietrze gwałtownie, jakby bolało. - Lomulus wsadził mi w głowę szeczy, któle bszmiały jak ideały jebanych Śmielcioszelców. Czystość klwi. Hielalchie. Nadludzie i podludzie. Zwieszęta i szlachetni. To było jak Impelius, nie hipnosa. Nie taki, któly kasze ci tańczyś, tylko taki, któly nakłania cię do… - Przełknąłem ślinę, która miała smak rdzy. - Na tym ognisku… Pamiętasz, kulwa, pamiętasz. Byłaś tam. Wszyscy byli. - Wychrypiałem, zacisnąłem dłoń i prawie zawyłem pod nosem, bo kości bolały mnie żywym ogniem. - Nie mógł znieść tego, sze wyblałem ciebie. Bo ja… Kulwa… Wyblałem cię. Znacznie wcześniej nisz wtedy, tylko skulwiol był ślepy. - Wyplułem to w końcu, za późno, ale jednak. Zrobiłem krok, potem drugi, słuchałem jej dalej, ale czułem, jak całe wnętrze przewracało mi się na drugą stronę.
- Nie chciałem pszyjść do ciebie i bledziś jak popieldolony fanatyk. Nie chciałem, szebyś zobaczyła mnie w takiej welsji. Nie chciałem tego na tobie powiesiś. To wszystko. - Wiedziałem, że ona nie wierzy w takie „to wszystko”, i miała rację - to nie było wszystko, ale było prawdziwe. Tak prawdziwe, że aż czułem, jak mnie skręcało od środka.
- Tak, wiem. - Mruknąłem, ale zabrzmiało to jak ponura kpina. Zaśmiałem się cicho, szorstko, prawie rozpaczliwie. - Wiem. Kulwa, wiem. Ale ja… - Pokręciłem głową. - Ja nigdy nie miałem nikogo, komu mógłbym powiedzieś w ten sposób, sze coś jest nie tak. Nigdy. Zlosum to. Więc jak, do chuja, miałem nagle zacząś mówiś tobie? Jak miałem uwieszyś, sze mogę ci pokazaś tę stlonę? Całe szycie, Sun, całe jebane szycie byłem uczony, sze jeśli coś jest nie tak, to zaciskasz zęby i idziesz dalej. A jeśli potrzebujesz pomocy, to jesteś słaby. A jeśli powiesz za duszo, ktoś to wykoszysta. Więc tak, spieldolę, zanim powiem za duszo. To mój odluch walunkowy. Ja nie chcę, szebyś była pszy mnie, kiedy jest źle. - Wyrzuciłem, pękając na pół. - Bo kiedy jest źle… Wtedy jestem najgolszy. Wtedy mówię szeszy, któoych nie chcę. Nie chcę, szebyś poznała mnie w tej welsji. A poznasz. - A niebo wie, że tego bym sobie nie wybaczył - nigdy.
A potem przyszła lawina - jej wyznanie o domu, o tym, że już to robiłem, dawałem jej ciepło. Ale zamiast ulgi, poczułem coś, czego się nie spodziewałem - strach. Ten sam, który czułem, gdy pierwszy raz zobaczyłem trupa nie tam, gdzie powinien leżeć. Ten sam, który czai się, gdy patrzysz na klątwę i wiesz, że jeśli zrobisz jeden zły ruch, eksplodujesz. Mimo to, tylko uśmiechnąłem się gorzko, chyba pierwszy raz od początku rozmowy.
- Tak. - Mruknąłem. - Pieldolę, Sun… Oczywiście, sze tak. - Spojrzałem jej w oczy.
- Wiesz, gdzie to łószko było. I blat, stół, kanapa… - To zabrzmiało jak wyznanie głupca, ale taka była prawda - dotyk naszych ciał był zawsze bliski katastrofy, bo w nim kryła się cała pęknięta historia.
W mieszkaniu panował półmrok, powietrze było ciężkie, wypełnione napięciem, które czułem w kościach, w karku, w rozpieprzonej dłoni. Stała naprzeciwko mnie, po tym wszystkim, co wylała z siebie, jej słowa wciąż we mnie buzowały, krążyły we krwi jak trucizna i lekarstwo jednocześnie. Zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż coś chrupnęło.
- A co, jeśli zasłuszyłem jusz dawno na coś golszego? - Odpowiedziałem bez namysłu. - To nie jest fałszywa pokola. To fakt. Mam na sumieniu szeszy, za któle powinienem wisieś. - Zaciąłem się, bo słowo, które przyszło pierwsze, było zbyt brzydkie, żeby powiedzieć je na głos. Torba przesunęła się po podłodze, ciężka, wypchana rzeczami, które prawdopodobnie nie powinny nigdy znajdować się w jednym pomieszczeniu z normalnymi ludźmi. Jej wzrok powędrował za nią, ale natychmiast wrócił do mnie.
Byłem wściekły, byłem zmęczony, byłem rozbity, ale stałem jak pojebany i słuchałem, jak rozkładała przede mną każdy swój strach, każdą swoją ranę, każde swoje „nie jestem wystarczająca”, i nie wiedziałem, czy bardziej chciałem rozwalić ścianę, czy sam siebie.
„Tak, ja nie jestem wystarczająca.” - To, to jedno, to mnie znowu rozerwało na dwie części.
- Nie. Pieldol się s tym. Nie. Nie będziesz mówiś, sze nie jesteś wystalszająca. Nigdy, kulwa, nie mów, sze jesteś niewystalszająca. - Wyrzuciłem ostro, jakby ktoś mnie ciął od środka, nadałem temu ton zbyt niski, zbyt złamany, żebym mógł go później odszczekać. - To, sze otoczenie miało jebane wymagania, któlym nikt by nie splostał, nie znaczy, sze ty zawiodłaś. To znaczy, sze oni byli ślepi. - Fuknąłem, wskazując gdzieś w pustkę, gdzie zalegały wszystkie jej duchy, wszyscy ludzie, którzy ją zawiedli. Przeszedłem dwa kroki w jedną stronę, potem dwa w drugą, jak zwierzę w za ciasnej klatce. - Nie śmiałabyś tego powiedzieś, gdybyś widziała, jak ja na ciebie patszę. - Wychrypiałem. - Nigdy, pszenigdy. Bo ja… Ja nie znam nikogo, kto miałby w sobie tyle ognia. Ty się tylko nauczyłaś pszyklywaś go tym jebanym lodem. - Chciałem brzmieć ostro, wyszło, jakbym się dławił.
A potem powiedziała:
„Nikt mnie nigdy nie dotykał tak jak ty.”
I było po mnie, nie wiedziałem, gdzie mam patrzeć, kiedy skończyła mówić - to było jak oberwanie w mordę czymś tępym i ciężkim, takim, co najpierw ogłusza, a dopiero potem zaczyna boleć. To zdanie trafiło we mnie z taką mocą, że nawet nie próbowałem się przed nim uchylić, to nie była pochwała, nie była tęsknota, nie była erotyczna nuta - to była prawda, surowa, obnażająca, jedna z tych prawd, które albo człowieka budują, albo niszczą, a ja poczułem, jakby ktoś nagle wyciągnął mi powietrze z płuc.
- Ja nie mogę byś domem. - Moje słowa były chropowate, drżące, jakbym przełykał je z wysiłkiem. - Mój dom płonie ślednio sześć lasy na kwaltał, Sun. - Przymknąłem powieki. - Tym nie buduje się pszyszłości. Tym lujnuje się cudze. - Wyrwało mi się cicho, z takim jadem, że aż mnie samego zaskoczyło. - To jest moje szycie. Altefakty, klątwy, kontlabanda, zlecenia od popieldoleńców, tlup za tlupem. Właśnie takie gówno mam ci do zaofelowania. Nic więcej. - I to był pierwszy moment, kiedy mój głos zupełnie się załamał.
„Nie jesteś jedynym, który robi rzeczy za które można trafić do Azkabanu.”
- Ale ja lobię je legulalnie. - Powiedziałem to głośniej, niż chciałem. - I za pieniądze, nie s ideologii. To tesz nie jest powód do dumy. Splowadzam cię na ten sam tol, co… - Urwałem, dławiąc to w sobie. - Na samotność we dwoje. - Potarłem twarz dłonią, tą zdrową, bo druga pulsowała jakby ktoś wbił mi w śródręcze rozżarzony gwóźdź. - I jeśli mam wybielaś… Wolę byś sam za nas dwoje, nisz szebyś ty miała byś samotna obok mnie.
Bo przecież już przez to przeszła, prawda? Opowiedziała o nim. O idealnym panu aurorze. O narzeczonym, który pasował do zdjęć, do ramek, do rodzinnych obiadów, do ludzi, którzy patrzyli na nią jak na okaz muzealny. O tym, że umierała, dopasowując się. O pierścionku, który był tarczą. O żałobie, którą wygodnie było nosić, bo trzymała ludzi na dystans. Coś we mnie się zacięło, ale nie puściło. Nie czułem ulgi, jak powinienem - bo i tak zjebałem.
- Więc zamiast ideału wzięłaś sobie mnie. - Powiedziałem powoli, z gorzką ironią. Poczułem gorąco pod skórą - ból i gniew, ale nie na nią, na siebie. Na to, że myślałem, że ona była wierna duchowi, byłem na niego zazdrosny, wyobrażałem sobie, że nigdy nie będę mu dorównywał, byłem tak pewny, że przegrywam z martwym mężczyzną, że nawet nie zapytałem. Wystarczyło mi kilka słów zupełnie kogoś innego.
- Tak. Muszę. Bo jeśli mam twoją miłość, to muszę dać coś w zamian. - Pokręciłem głową. - Nie mogę blaś i znikaś. - Zrobiłem kolejny krok, już naprawdę blisko. Tak, że mogłem czuć jej oddech - jej zapach, ten charakterystyczny, który zawsze rozwalał mi głowę bardziej niż jakikolwiek alkohol czy inne używki. - Bo jeśli to, co ci dałem, było najlepsze… To znaczy, sze nigdy nie dostałaś tego, na co naplawdę zasługujesz. - Roześmiałem się tak słabo, tak pusto, że aż mnie zabolało.
I wtedy przestałem myśleć, po prostu podszedłem. Objąłem ją tak, jakby ktoś wyrwał mi serce i kazał je trzymać w dłoniach - ostrożnie, ale desperacko. Przyciągnąłem ją do piersi, mocno, tak mocno, jakbym mógł ją w ten sposób skleić, jakbym mógł skleić siebie. Pachniała jesienią, kurzem z Nokturnu, kostnicą, którą niosła w spojrzeniu, i sobą. Tą cholerną sobą, której nie potrafiłem przestać chcieć.
Oparłem czoło o jej skroń.
Ramiona mi drżały.
Serce waliło jak młot.
Oddychałem w jej włosy, w przestrzeń za jej uchem, w ciepło jej skóry. Pachniała jak coś znajomego… I cholernie niebezpiecznego. Minuta, dwie - dopiero wtedy zacząłem mówić, głosem zachrypniętym, niestabilnym, wyciągniętym z miejsca we mnie, które zazwyczaj było zamknięte na cztery spusty.
- Nie uciekłem pszed tobą. - Zacząłem cicho, ale każde słowo było jak kolejny gwóźdź w barykadzie, którą odgradzałem się od tego wyznania. - Uciekłem przed tym, co mogę ci zlobiś. Pszed tym, sze wszystko, czego dotykam, plędzej czy póśniej się piepszy. Pszed tym, sze jestem, kim jestem i tego nie zmienię. - Odsunąłem się od niej odrobinę, na tyle, by zobaczyć jej twarz, ale nie na tyle, by puścić. Moje dłonie nadal trzymały ją przy mnie, tak jakby wypuszczenie jej miało rozwalić cały ten moment.
- Myślisz, sze nie chciałem tego wszystkiego? - Zapytałem, nie czekając na odpowiedź. - Myślisz, sze nie chciałem budziś się obok ciebie? Myślisz, sze nie chciałem cholelnego kota, któly chodzi nam po domu? - Mój głos się urwał, uwięzły w nim rzeczy, których nigdy nie powiedziałem. - Nie umiem daś ci bespieczeństwa, bo ludzie tacy jak ja… - Utrzymałem kontakt wzrokowy, nie chcąc patrzeć na jej reakcję, ale musząc to zrobić. - Nie chcę byś kolejnym duchem w twoim szyciu. - I chociaż odtrącałem ją tymi słowami, mówiłem jej wprost, że nie umiem jej dać tego, czego chce, trzymałem ją jednocześnie tak mocno, jakby była jedynym punktem zaczepienia w świecie, który tylko czekał, żeby nas połknąć. Moje ciało mówiło jedno - nie puszczę. Moje słowa - coś zupełnie odwrotnego.
Ironia.
Udręka.
Prawda.
A ona była w środku tego wszystkiego, w moich ramionach, bliska, zbyt bliska, tak cholernie bliska, że czułem bicie jej serca na własnej piersi, i wiedziałem, że nic na świecie nie jest proste.
Nie z nią.
Nie ze mną.
I nigdy nie będzie.
Ale nie puszczałem.
Nie w tej chwili.
Nie po tych słowach.
Nie po tym, co nam się rozpadło i co, mimo wszystko, jeszcze żyło.
Wierzyła, życie ją nauczyło, że zawsze jest druga, nigdy pierwsza - „wnioski nasuwają się same”.
Nie, kurwa, nie nasuwają się same.
One zostały jej zaszczepione przez lata pieprzonych oczekiwań i ludzi, którzy nie mieli pojęcia, kim jest, a chcieli ją ustawić pod siebie.
A ja?
Byłem tylko kolejnym idiotą, który dorzucił cegłę do jej przekonania, że jak tylko otworzy serce, to ktoś je wyrwie i rzuci w błoto.
Romulus wtedy, na ognisku próbował zwrócić mnie przeciw niej. A ja - nie od razu, ale kurwa mać - pozwoliłem, żeby jego głos wszedł mi do głowy. Pierdolona retoryka o tym, kto powinien z kim się zadawać, o tym, że „ludzie jej sortu tylko ściągną cię na dno”, te wszystkie słowa, których nienawidziłem, których nigdy nie chciałem mieć w ustach ani na nich, które były jak trupi odór po latach wojny z samym sobą, by coś zmienić w życiu.
I nagle były w mojej głowie.
A potem - na moim języku.
Nie pamiętałem ich wszystkich, tylko urywki, ale pamiętałem uczucie - jakby ktoś trzymał mi czaszkę w dłoniach i obracał nią powoli, nieznośnie, aż wszystko zaczęło się rozsypywać.
Próbował mnie od niej odciąć.
Zmusić, żebym ją zobaczył jak zagrożenie.
Bo jej nienawidził.
Bo zawsze nienawidził.
Bo potrafił.
A ja?
Ja stałem wtedy obok niej, nie pozwoliłem jej skrzywdzić, ale pozwoliłem mu posadzić w mojej głowie ziarno, które potem rosło, rosło i rosło, aż zaczęło psuć wszystko, czego się dotknąłem.
Dlatego wyszedłem.
Dlatego odsunąłem się.
Dlatego przestałem spać.
Dlatego w końcu spakowałem się i zwiałem do Rumunii, jakby wyjazd kiedykolwiek rozwiązywał problemy.
Bo jak miałem jej powiedzieć, że ledwo trzymam się rzeczywistości?
Że mówiłem na głos pierdolone treści ideologii, której nienawidziłem od dziecka?
Jak miałem jej powiedzieć, że chwilami nie wiedziałem, czy to ja, czy echo po czyichś zaklęciach?
A ona nadal patrzyła na mnie tymi oczami, jakby chciała mnie rozebrać z każdej warstwy obronnej, jedną po drugiej.
„Wystarczyłoby, żebyś spróbował być moim domem.”
Była jedyną osobą, która naprawdę mogła to powiedzieć i kurwa - mówiła to szczerze.
Ale ja wiedziałem, jak to się kończy.
Zawsze kończy się tak samo.
„Czy ty naprawdę myślisz, że musisz mi coś dawać? Już dałeś.”
Nie dałem.
Dałem jej tylko chaos, mrok i niepewność.
Dałem jej głowę pełną pytań i żadnych odpowiedzi.
Dałem jej kota.
Pierdolonego kota, który był pierwszą rzeczą, jaką przygarnąłem w życiu „wspólnie z kimś”.
I zostawiłem ją z nim jak ostatni skurwiel.
- Ou sé soley simityè mwen. - Przycisnąłem ją do siebie jeszcze mocniej, tak blisko, że moje czoło oparło się o jej skroń, a włosy zasłoniły mi pół świata. Oddychałem ciężko, nierówno, jak ktoś, kto od lat nie pozwolił sobie na nic, co drżało pod żebrami - powietrze grzęzło mi w gardle - próbowałem nie myśleć o tym, że może zaraz spróbuje się wyrwać, instynktownie odsunie się ode mnie tak, jak ja odsunąłem się od niej słowami.
Nie mogłem jej jednak przerwać, nawet kiedy chciałem, a chciałem, kurwa, co drugie zdanie, bo każde uderzało we mnie jak strzałka w żywą tarczę - precyzyjnie, celnie, tak boleśnie, że aż czułem to w kościach. Stała przede mną i mówiła tym swoim idealnie wyważonym tonem, jakby opisywała sekcję zwłok, a ja czułem, jakbym sam właśnie był tym ciałem, ale nie mogłem jej przerwać, miała do tego prawo, bo ja ją do tego prawa doprowadziłem.
A potem kot.
Kot, który urósł jej do metafory końca świata. Wystarczył, by uwierzyła, iż ją zostawiłem, bo była niewystarczająca, wszystko inne było ważniejsze od niej, znowu była tłem dla lepszych wyborów - musiałem odwrócić wzrok, chociaż nawet nie pomyślałem, że to robię. Zrobiłem to instynktownie, jak zwierzę, które musiało uciec od zbyt mocnego światła. Zacisnąłem rozwaloną dłoń, aż ból wreszcie wydobył ze mnie zawieszone powietrze. Symbol - tak łatwo było jej to ułożyć w głowie, tak naturalnie, jakby wszystkie klocki już dawno do siebie pasowały, tylko ja byłem na tyle głupi, żeby nie widzieć, że wchodzę w z góry przegraną konfigurację. Wciągnąłem powietrze, gwałtownie, jakby ktoś zatopił mnie pod wodą i dopiero teraz wypuścił. Włosy opadły mi na twarz, odsunąłem je gwałtownie, zirytowany samym sobą.
- Ja… - Zacząłem, ale głos mi ugrzązł, zamiast tego przesunąłem językiem po zębach i zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż mnie zabolało. Ona miała rację - spirala, w której tkwiłem przez te tygodnie, była moją winą, nawet jeśli ktoś inny ją zapoczątkował, to ja zostawiłem ją samą z tymi wszystkimi interpretacjami - i nic dziwnego, że ułożyła je po swojemu.
Kurwa, Fenwick, ogarnij się.
Spróbowałem jeszcze raz.
- Nie ufałem sobie. - Powiedziałem w końcu, niskim, ochrypłym głosem. - Nie tobie. Nigdy nie tobie. - Wziąłem gwałtowny oddech, mając wrażenie, że powietrze w mieszkaniu zrobiło się jeszcze bardziej ciężkie, gęste. Przez sekundę wydawało mi się, że Romulus stoi za mną, opiera mi łokcie o ramiona, szepcze wprost do ucha. „Najebał mi w głowie” brzmiało prosto, a to nie było proste - nie było, kurwa, nawet blisko prostoty.
Przed oczami miałem ognisko, zapach dymu, jej twarz w tamtym świetle, jego, stojącego naprzeciwko mnie, z wahadełkiem, jakby trzymał mnie na niewidzialnej smyczy.
„Dlaczego mi nie powiedziałeś?”
„Dlaczego nie zaufałeś?”
„Dlaczego uważałeś, że nie powinnam tego słuchać?”
Bo był powód, jeden z tych powodów, które nie mieszczą się w gardle, i same ich koncepcje wystarczają, żeby zrobić komuś krzywdę. Przez sekundę nie umiałem nawet oddychać. Bo jak miałem jej to wytłumaczyć? Jak miałem powiedzieć to kobiecie, dla której byłem bezpiecznym miejscem, że tamtego poranka, pierwszy raz po kochaniu się z nią, jak wariat, jak dzieciak, jak największy farciarz na świecie, wypowiedziałem sam do siebie rzeczy, które brzmiały jak manifest pierdolonego Śmierciożercy? Jak miałem wytłumaczyć, że to nie byłem ja, że to nie była moja myśl, że to nie była moja cholerna wola, że to było obce, zimne, wślizgające się jak trucizna pod skórę? Wypuściłem drżący oddech i spojrzałem na nią tak, jakby jedno z nas miało pójść w płomienie.
- Nie chciałem, szebyś spojszała na mnie i zobaczyła wlogość, któlą plóbował mi wcisnąś. Jusz dostatesznie się na nią napatszyłaś. - Powiedziałem szorstko. - Nie chciałem, szebyś się bała, sze ja… Ja… Bo… - Zaciąłem się. - Bo nie mogłem patsześ ci w oczy i pszyznawać się, sze mój własny pszyjaciel plóbował zlobiś ze mnie piepszone naszędzie zemsty za coś, czego mu nawet nie zlobiłaś - Powiedziałem to w końcu. - Słyszałem swoją chujową welsję. - Powiedziałem i wcale nie zdziwiło mnie, że mój głos zabrzmiał niżej, ciężej. - Nie jego. Swoją. Aloysiusa jebanego Benjamina Lookwooda. Szeszy, któlych nigdy bym telas nie powiedział, nawet pod glośbą. Szeszy, któle bszmiały jakbym miał w głowie czyjś obcy ton, ton człowieka, któlym nie jestem, tego, któlym powinienem zostaś, złoszony s jego ideologii, jego obsesji, jego bludów. - Wciągnąłem powietrze gwałtownie, jakby bolało. - Lomulus wsadził mi w głowę szeczy, któle bszmiały jak ideały jebanych Śmielcioszelców. Czystość klwi. Hielalchie. Nadludzie i podludzie. Zwieszęta i szlachetni. To było jak Impelius, nie hipnosa. Nie taki, któly kasze ci tańczyś, tylko taki, któly nakłania cię do… - Przełknąłem ślinę, która miała smak rdzy. - Na tym ognisku… Pamiętasz, kulwa, pamiętasz. Byłaś tam. Wszyscy byli. - Wychrypiałem, zacisnąłem dłoń i prawie zawyłem pod nosem, bo kości bolały mnie żywym ogniem. - Nie mógł znieść tego, sze wyblałem ciebie. Bo ja… Kulwa… Wyblałem cię. Znacznie wcześniej nisz wtedy, tylko skulwiol był ślepy. - Wyplułem to w końcu, za późno, ale jednak. Zrobiłem krok, potem drugi, słuchałem jej dalej, ale czułem, jak całe wnętrze przewracało mi się na drugą stronę.
- Nie chciałem pszyjść do ciebie i bledziś jak popieldolony fanatyk. Nie chciałem, szebyś zobaczyła mnie w takiej welsji. Nie chciałem tego na tobie powiesiś. To wszystko. - Wiedziałem, że ona nie wierzy w takie „to wszystko”, i miała rację - to nie było wszystko, ale było prawdziwe. Tak prawdziwe, że aż czułem, jak mnie skręcało od środka.
- Tak, wiem. - Mruknąłem, ale zabrzmiało to jak ponura kpina. Zaśmiałem się cicho, szorstko, prawie rozpaczliwie. - Wiem. Kulwa, wiem. Ale ja… - Pokręciłem głową. - Ja nigdy nie miałem nikogo, komu mógłbym powiedzieś w ten sposób, sze coś jest nie tak. Nigdy. Zlosum to. Więc jak, do chuja, miałem nagle zacząś mówiś tobie? Jak miałem uwieszyś, sze mogę ci pokazaś tę stlonę? Całe szycie, Sun, całe jebane szycie byłem uczony, sze jeśli coś jest nie tak, to zaciskasz zęby i idziesz dalej. A jeśli potrzebujesz pomocy, to jesteś słaby. A jeśli powiesz za duszo, ktoś to wykoszysta. Więc tak, spieldolę, zanim powiem za duszo. To mój odluch walunkowy. Ja nie chcę, szebyś była pszy mnie, kiedy jest źle. - Wyrzuciłem, pękając na pół. - Bo kiedy jest źle… Wtedy jestem najgolszy. Wtedy mówię szeszy, któoych nie chcę. Nie chcę, szebyś poznała mnie w tej welsji. A poznasz. - A niebo wie, że tego bym sobie nie wybaczył - nigdy.
A potem przyszła lawina - jej wyznanie o domu, o tym, że już to robiłem, dawałem jej ciepło. Ale zamiast ulgi, poczułem coś, czego się nie spodziewałem - strach. Ten sam, który czułem, gdy pierwszy raz zobaczyłem trupa nie tam, gdzie powinien leżeć. Ten sam, który czai się, gdy patrzysz na klątwę i wiesz, że jeśli zrobisz jeden zły ruch, eksplodujesz. Mimo to, tylko uśmiechnąłem się gorzko, chyba pierwszy raz od początku rozmowy.
- Tak. - Mruknąłem. - Pieldolę, Sun… Oczywiście, sze tak. - Spojrzałem jej w oczy.
- Wiesz, gdzie to łószko było. I blat, stół, kanapa… - To zabrzmiało jak wyznanie głupca, ale taka była prawda - dotyk naszych ciał był zawsze bliski katastrofy, bo w nim kryła się cała pęknięta historia.
W mieszkaniu panował półmrok, powietrze było ciężkie, wypełnione napięciem, które czułem w kościach, w karku, w rozpieprzonej dłoni. Stała naprzeciwko mnie, po tym wszystkim, co wylała z siebie, jej słowa wciąż we mnie buzowały, krążyły we krwi jak trucizna i lekarstwo jednocześnie. Zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż coś chrupnęło.
- A co, jeśli zasłuszyłem jusz dawno na coś golszego? - Odpowiedziałem bez namysłu. - To nie jest fałszywa pokola. To fakt. Mam na sumieniu szeszy, za któle powinienem wisieś. - Zaciąłem się, bo słowo, które przyszło pierwsze, było zbyt brzydkie, żeby powiedzieć je na głos. Torba przesunęła się po podłodze, ciężka, wypchana rzeczami, które prawdopodobnie nie powinny nigdy znajdować się w jednym pomieszczeniu z normalnymi ludźmi. Jej wzrok powędrował za nią, ale natychmiast wrócił do mnie.
Byłem wściekły, byłem zmęczony, byłem rozbity, ale stałem jak pojebany i słuchałem, jak rozkładała przede mną każdy swój strach, każdą swoją ranę, każde swoje „nie jestem wystarczająca”, i nie wiedziałem, czy bardziej chciałem rozwalić ścianę, czy sam siebie.
„Tak, ja nie jestem wystarczająca.” - To, to jedno, to mnie znowu rozerwało na dwie części.
- Nie. Pieldol się s tym. Nie. Nie będziesz mówiś, sze nie jesteś wystalszająca. Nigdy, kulwa, nie mów, sze jesteś niewystalszająca. - Wyrzuciłem ostro, jakby ktoś mnie ciął od środka, nadałem temu ton zbyt niski, zbyt złamany, żebym mógł go później odszczekać. - To, sze otoczenie miało jebane wymagania, któlym nikt by nie splostał, nie znaczy, sze ty zawiodłaś. To znaczy, sze oni byli ślepi. - Fuknąłem, wskazując gdzieś w pustkę, gdzie zalegały wszystkie jej duchy, wszyscy ludzie, którzy ją zawiedli. Przeszedłem dwa kroki w jedną stronę, potem dwa w drugą, jak zwierzę w za ciasnej klatce. - Nie śmiałabyś tego powiedzieś, gdybyś widziała, jak ja na ciebie patszę. - Wychrypiałem. - Nigdy, pszenigdy. Bo ja… Ja nie znam nikogo, kto miałby w sobie tyle ognia. Ty się tylko nauczyłaś pszyklywaś go tym jebanym lodem. - Chciałem brzmieć ostro, wyszło, jakbym się dławił.
A potem powiedziała:
„Nikt mnie nigdy nie dotykał tak jak ty.”
I było po mnie, nie wiedziałem, gdzie mam patrzeć, kiedy skończyła mówić - to było jak oberwanie w mordę czymś tępym i ciężkim, takim, co najpierw ogłusza, a dopiero potem zaczyna boleć. To zdanie trafiło we mnie z taką mocą, że nawet nie próbowałem się przed nim uchylić, to nie była pochwała, nie była tęsknota, nie była erotyczna nuta - to była prawda, surowa, obnażająca, jedna z tych prawd, które albo człowieka budują, albo niszczą, a ja poczułem, jakby ktoś nagle wyciągnął mi powietrze z płuc.
- Ja nie mogę byś domem. - Moje słowa były chropowate, drżące, jakbym przełykał je z wysiłkiem. - Mój dom płonie ślednio sześć lasy na kwaltał, Sun. - Przymknąłem powieki. - Tym nie buduje się pszyszłości. Tym lujnuje się cudze. - Wyrwało mi się cicho, z takim jadem, że aż mnie samego zaskoczyło. - To jest moje szycie. Altefakty, klątwy, kontlabanda, zlecenia od popieldoleńców, tlup za tlupem. Właśnie takie gówno mam ci do zaofelowania. Nic więcej. - I to był pierwszy moment, kiedy mój głos zupełnie się załamał.
„Nie jesteś jedynym, który robi rzeczy za które można trafić do Azkabanu.”
- Ale ja lobię je legulalnie. - Powiedziałem to głośniej, niż chciałem. - I za pieniądze, nie s ideologii. To tesz nie jest powód do dumy. Splowadzam cię na ten sam tol, co… - Urwałem, dławiąc to w sobie. - Na samotność we dwoje. - Potarłem twarz dłonią, tą zdrową, bo druga pulsowała jakby ktoś wbił mi w śródręcze rozżarzony gwóźdź. - I jeśli mam wybielaś… Wolę byś sam za nas dwoje, nisz szebyś ty miała byś samotna obok mnie.
Bo przecież już przez to przeszła, prawda? Opowiedziała o nim. O idealnym panu aurorze. O narzeczonym, który pasował do zdjęć, do ramek, do rodzinnych obiadów, do ludzi, którzy patrzyli na nią jak na okaz muzealny. O tym, że umierała, dopasowując się. O pierścionku, który był tarczą. O żałobie, którą wygodnie było nosić, bo trzymała ludzi na dystans. Coś we mnie się zacięło, ale nie puściło. Nie czułem ulgi, jak powinienem - bo i tak zjebałem.
- Więc zamiast ideału wzięłaś sobie mnie. - Powiedziałem powoli, z gorzką ironią. Poczułem gorąco pod skórą - ból i gniew, ale nie na nią, na siebie. Na to, że myślałem, że ona była wierna duchowi, byłem na niego zazdrosny, wyobrażałem sobie, że nigdy nie będę mu dorównywał, byłem tak pewny, że przegrywam z martwym mężczyzną, że nawet nie zapytałem. Wystarczyło mi kilka słów zupełnie kogoś innego.
- Tak. Muszę. Bo jeśli mam twoją miłość, to muszę dać coś w zamian. - Pokręciłem głową. - Nie mogę blaś i znikaś. - Zrobiłem kolejny krok, już naprawdę blisko. Tak, że mogłem czuć jej oddech - jej zapach, ten charakterystyczny, który zawsze rozwalał mi głowę bardziej niż jakikolwiek alkohol czy inne używki. - Bo jeśli to, co ci dałem, było najlepsze… To znaczy, sze nigdy nie dostałaś tego, na co naplawdę zasługujesz. - Roześmiałem się tak słabo, tak pusto, że aż mnie zabolało.
I wtedy przestałem myśleć, po prostu podszedłem. Objąłem ją tak, jakby ktoś wyrwał mi serce i kazał je trzymać w dłoniach - ostrożnie, ale desperacko. Przyciągnąłem ją do piersi, mocno, tak mocno, jakbym mógł ją w ten sposób skleić, jakbym mógł skleić siebie. Pachniała jesienią, kurzem z Nokturnu, kostnicą, którą niosła w spojrzeniu, i sobą. Tą cholerną sobą, której nie potrafiłem przestać chcieć.
Oparłem czoło o jej skroń.
Ramiona mi drżały.
Serce waliło jak młot.
Oddychałem w jej włosy, w przestrzeń za jej uchem, w ciepło jej skóry. Pachniała jak coś znajomego… I cholernie niebezpiecznego. Minuta, dwie - dopiero wtedy zacząłem mówić, głosem zachrypniętym, niestabilnym, wyciągniętym z miejsca we mnie, które zazwyczaj było zamknięte na cztery spusty.
- Nie uciekłem pszed tobą. - Zacząłem cicho, ale każde słowo było jak kolejny gwóźdź w barykadzie, którą odgradzałem się od tego wyznania. - Uciekłem przed tym, co mogę ci zlobiś. Pszed tym, sze wszystko, czego dotykam, plędzej czy póśniej się piepszy. Pszed tym, sze jestem, kim jestem i tego nie zmienię. - Odsunąłem się od niej odrobinę, na tyle, by zobaczyć jej twarz, ale nie na tyle, by puścić. Moje dłonie nadal trzymały ją przy mnie, tak jakby wypuszczenie jej miało rozwalić cały ten moment.
- Myślisz, sze nie chciałem tego wszystkiego? - Zapytałem, nie czekając na odpowiedź. - Myślisz, sze nie chciałem budziś się obok ciebie? Myślisz, sze nie chciałem cholelnego kota, któly chodzi nam po domu? - Mój głos się urwał, uwięzły w nim rzeczy, których nigdy nie powiedziałem. - Nie umiem daś ci bespieczeństwa, bo ludzie tacy jak ja… - Utrzymałem kontakt wzrokowy, nie chcąc patrzeć na jej reakcję, ale musząc to zrobić. - Nie chcę byś kolejnym duchem w twoim szyciu. - I chociaż odtrącałem ją tymi słowami, mówiłem jej wprost, że nie umiem jej dać tego, czego chce, trzymałem ją jednocześnie tak mocno, jakby była jedynym punktem zaczepienia w świecie, który tylko czekał, żeby nas połknąć. Moje ciało mówiło jedno - nie puszczę. Moje słowa - coś zupełnie odwrotnego.
Ironia.
Udręka.
Prawda.
A ona była w środku tego wszystkiego, w moich ramionach, bliska, zbyt bliska, tak cholernie bliska, że czułem bicie jej serca na własnej piersi, i wiedziałem, że nic na świecie nie jest proste.
Nie z nią.
Nie ze mną.
I nigdy nie będzie.
Ale nie puszczałem.
Nie w tej chwili.
Nie po tych słowach.
Nie po tym, co nam się rozpadło i co, mimo wszystko, jeszcze żyło.
Wierzyła, życie ją nauczyło, że zawsze jest druga, nigdy pierwsza - „wnioski nasuwają się same”.
Nie, kurwa, nie nasuwają się same.
One zostały jej zaszczepione przez lata pieprzonych oczekiwań i ludzi, którzy nie mieli pojęcia, kim jest, a chcieli ją ustawić pod siebie.
A ja?
Byłem tylko kolejnym idiotą, który dorzucił cegłę do jej przekonania, że jak tylko otworzy serce, to ktoś je wyrwie i rzuci w błoto.
Romulus wtedy, na ognisku próbował zwrócić mnie przeciw niej. A ja - nie od razu, ale kurwa mać - pozwoliłem, żeby jego głos wszedł mi do głowy. Pierdolona retoryka o tym, kto powinien z kim się zadawać, o tym, że „ludzie jej sortu tylko ściągną cię na dno”, te wszystkie słowa, których nienawidziłem, których nigdy nie chciałem mieć w ustach ani na nich, które były jak trupi odór po latach wojny z samym sobą, by coś zmienić w życiu.
I nagle były w mojej głowie.
A potem - na moim języku.
Nie pamiętałem ich wszystkich, tylko urywki, ale pamiętałem uczucie - jakby ktoś trzymał mi czaszkę w dłoniach i obracał nią powoli, nieznośnie, aż wszystko zaczęło się rozsypywać.
Próbował mnie od niej odciąć.
Zmusić, żebym ją zobaczył jak zagrożenie.
Bo jej nienawidził.
Bo zawsze nienawidził.
Bo potrafił.
A ja?
Ja stałem wtedy obok niej, nie pozwoliłem jej skrzywdzić, ale pozwoliłem mu posadzić w mojej głowie ziarno, które potem rosło, rosło i rosło, aż zaczęło psuć wszystko, czego się dotknąłem.
Dlatego wyszedłem.
Dlatego odsunąłem się.
Dlatego przestałem spać.
Dlatego w końcu spakowałem się i zwiałem do Rumunii, jakby wyjazd kiedykolwiek rozwiązywał problemy.
Bo jak miałem jej powiedzieć, że ledwo trzymam się rzeczywistości?
Że mówiłem na głos pierdolone treści ideologii, której nienawidziłem od dziecka?
Jak miałem jej powiedzieć, że chwilami nie wiedziałem, czy to ja, czy echo po czyichś zaklęciach?
A ona nadal patrzyła na mnie tymi oczami, jakby chciała mnie rozebrać z każdej warstwy obronnej, jedną po drugiej.
„Wystarczyłoby, żebyś spróbował być moim domem.”
Była jedyną osobą, która naprawdę mogła to powiedzieć i kurwa - mówiła to szczerze.
Ale ja wiedziałem, jak to się kończy.
Zawsze kończy się tak samo.
„Czy ty naprawdę myślisz, że musisz mi coś dawać? Już dałeś.”
Nie dałem.
Dałem jej tylko chaos, mrok i niepewność.
Dałem jej głowę pełną pytań i żadnych odpowiedzi.
Dałem jej kota.
Pierdolonego kota, który był pierwszą rzeczą, jaką przygarnąłem w życiu „wspólnie z kimś”.
I zostawiłem ją z nim jak ostatni skurwiel.
- Ou sé soley simityè mwen. - Przycisnąłem ją do siebie jeszcze mocniej, tak blisko, że moje czoło oparło się o jej skroń, a włosy zasłoniły mi pół świata. Oddychałem ciężko, nierówno, jak ktoś, kto od lat nie pozwolił sobie na nic, co drżało pod żebrami - powietrze grzęzło mi w gardle - próbowałem nie myśleć o tym, że może zaraz spróbuje się wyrwać, instynktownie odsunie się ode mnie tak, jak ja odsunąłem się od niej słowami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)