25.11.2025, 12:01 ✶
Przed laty uważał się za doskonałego czytelnika sceny. Każdy nastrój, każde krzywe spojrzenie, rozsmakowywał się w atmosferze dworu podobnie jak w arystokratycznej krwi, dobieranej podług tego bukietu. Lata niewoli i dziesięciolecia przystosowania się do nowych warunków przytępiły nieco jego zmysł społeczny, nie na tyle jednak, by w końcu, pomimo spektakularnej wtopy z samego początku, gdy zakładał, że są w mieszkaniu sami, zaczął nie tylko widzieć otoczenie, ale je widzieć.
Myśleć musiał szybko, mentalnie więc pozbierał wszystkie barwne koraliki ostatnich dwóch miesięcy i rozsypał je przed sobą, jak wróżowie rozsypywali kości zdobione runami. Gospodarz, kuzyn, chrześniak i wampir, jakoś trzeba było to zgrzebnie ułożyć. Wampir, kuzyn, chrześniak, gospodarz? Chrześniak, wampir… kuzyn, gospodarz?
Dawał sobie czas, wziął szkło dla Jonathana, aby go obsłużyć, nie szczędząc przy tym szarmancji i rytualnych gestów, nawyku atencji, ulubionego kieliszka, ilości trunku, o którą nie musiał pytać.
- Sprowadza mnie rzecz życia i śmierci, zaiste.. - podjął wędrując do Hannibala, znacząc dywan mokrymi śladami wytracanej deszczowej wilgoci. Chłód mu nie przeszkadzał, nie czuł go za bardzo, ale rzeczywiście niósł ze sobą chłodną aurę utopca, dopiero chłonąc ciepłotę pokoju. Ostatecznie i tak, jego ciało nie miałoby więcej niż 20 stopni. Nie w takich warunkach. Nie robiąc sobie za bardzo z tego stanu, usiadł na ramieniu fotela, zakładając w nonszalancji noga na nogę, wsparł się też wolną ręką o oparcie, drugą zaś nalewając koniaku Hannibalowi.
- Tak bowiem się stało, że chrześniak Jonathana, ten który siedzi obok Ciebie, bo przecież oczywiście, że nie mogło chodzić o Ciebie drogi Hannibalu, został zaatakowany przez wampira jakiś czas temu. Była pewna obawa w Twoim kuzynie, bo przecież nie w ojcu chrzestnym, że to moja sprawka, co niemalże przekreśliło nasze jakże wyśmienitą koleżeńską relację. Tymczasem! - zagrzmiał wznosząc butlę, niby do toastu - Z powodu tychże ataków, pomówień i bardzo niemiłego ciągu skojarzeń skierowanych w moją stronę, nasłano na mnie zabójcę, przekonanego, że jestem wszystkiemu winien. - Ten koralik wspomnień wyglądał nieco inaczej: zabójca nasłał sam siebie i był raczej samobójcą, bo zakładał, że w walce Gabriel bez trudu pozbawi go istnienia. w obecnym rozkładzie kart na stole nie miało to jednak większego znaczenia. Kier czy pik, dla niektórych te karty wyglądały bardzo podobnie zaś refleksję nad ciasnymi splotami przeznaczenia hrabia spłukał z gardła pijąc bardzo nie po hrabiowsku z tak zwanego gwinta.
- Podjąłem więc trop tych parszywych oskarżeń, i prowadzę obecnie śledztwo w sprawie podłego doppelgangera podszywającego się pode mnie. W końcu każdy kto mnie zna choć trochę, wiedziałby, że w przypadku magów zawsze pytam wpierw o zgodę. Mogą to potwierdzić nawet Ci wasi sędziowie Wizengamotu, a na pewno jeden, którego miałem szansę spotkać całkiem niedawno. W każdym razie… zanim przejdziemy do meritum… - Czy mu się zdawało, czy dostrzegł bliznę pod białym kołnierzem koszuli młodego artysty? Na moment zwiesił się, być może z poziomu abordażu na fotel zbyt długo poświęcając temu czasu. Być może chłodna kropla z lekko zakręconego jasnego kosmyka spadła na ludzką skórę, zupełnie jak kostki lodu potrafiły ochłodzić prawdziwą ambrozję, która zdecydowanie u Jonathana nie przebywała w barku. Mimowolnie oblizał wargi, podejmując próbę powrotu do sznura kamyczków przeróżnych okoliczności, które ułożył sobie od nowa, całkiem ładnie, choć chronologia zdarzeń nie do końca się spinała.
- Hannibalu, Jessie, musicie przyznać, że ta szafka jest paskudna, bez względu na to czy pozostaje w lokalnej modzie czy nie. - upił znów koniak, dochodząc do wniosku, że przebywanie na oparciu fotela młodszego z Selwynów to może nie był najlepszy pomysł, bo w realizacji nowego planu zbyt mocno go to dekoncentrowało.
Myśleć musiał szybko, mentalnie więc pozbierał wszystkie barwne koraliki ostatnich dwóch miesięcy i rozsypał je przed sobą, jak wróżowie rozsypywali kości zdobione runami. Gospodarz, kuzyn, chrześniak i wampir, jakoś trzeba było to zgrzebnie ułożyć. Wampir, kuzyn, chrześniak, gospodarz? Chrześniak, wampir… kuzyn, gospodarz?
Dawał sobie czas, wziął szkło dla Jonathana, aby go obsłużyć, nie szczędząc przy tym szarmancji i rytualnych gestów, nawyku atencji, ulubionego kieliszka, ilości trunku, o którą nie musiał pytać.
- Sprowadza mnie rzecz życia i śmierci, zaiste.. - podjął wędrując do Hannibala, znacząc dywan mokrymi śladami wytracanej deszczowej wilgoci. Chłód mu nie przeszkadzał, nie czuł go za bardzo, ale rzeczywiście niósł ze sobą chłodną aurę utopca, dopiero chłonąc ciepłotę pokoju. Ostatecznie i tak, jego ciało nie miałoby więcej niż 20 stopni. Nie w takich warunkach. Nie robiąc sobie za bardzo z tego stanu, usiadł na ramieniu fotela, zakładając w nonszalancji noga na nogę, wsparł się też wolną ręką o oparcie, drugą zaś nalewając koniaku Hannibalowi.
- Tak bowiem się stało, że chrześniak Jonathana, ten który siedzi obok Ciebie, bo przecież oczywiście, że nie mogło chodzić o Ciebie drogi Hannibalu, został zaatakowany przez wampira jakiś czas temu. Była pewna obawa w Twoim kuzynie, bo przecież nie w ojcu chrzestnym, że to moja sprawka, co niemalże przekreśliło nasze jakże wyśmienitą koleżeńską relację. Tymczasem! - zagrzmiał wznosząc butlę, niby do toastu - Z powodu tychże ataków, pomówień i bardzo niemiłego ciągu skojarzeń skierowanych w moją stronę, nasłano na mnie zabójcę, przekonanego, że jestem wszystkiemu winien. - Ten koralik wspomnień wyglądał nieco inaczej: zabójca nasłał sam siebie i był raczej samobójcą, bo zakładał, że w walce Gabriel bez trudu pozbawi go istnienia. w obecnym rozkładzie kart na stole nie miało to jednak większego znaczenia. Kier czy pik, dla niektórych te karty wyglądały bardzo podobnie zaś refleksję nad ciasnymi splotami przeznaczenia hrabia spłukał z gardła pijąc bardzo nie po hrabiowsku z tak zwanego gwinta.
- Podjąłem więc trop tych parszywych oskarżeń, i prowadzę obecnie śledztwo w sprawie podłego doppelgangera podszywającego się pode mnie. W końcu każdy kto mnie zna choć trochę, wiedziałby, że w przypadku magów zawsze pytam wpierw o zgodę. Mogą to potwierdzić nawet Ci wasi sędziowie Wizengamotu, a na pewno jeden, którego miałem szansę spotkać całkiem niedawno. W każdym razie… zanim przejdziemy do meritum… - Czy mu się zdawało, czy dostrzegł bliznę pod białym kołnierzem koszuli młodego artysty? Na moment zwiesił się, być może z poziomu abordażu na fotel zbyt długo poświęcając temu czasu. Być może chłodna kropla z lekko zakręconego jasnego kosmyka spadła na ludzką skórę, zupełnie jak kostki lodu potrafiły ochłodzić prawdziwą ambrozję, która zdecydowanie u Jonathana nie przebywała w barku. Mimowolnie oblizał wargi, podejmując próbę powrotu do sznura kamyczków przeróżnych okoliczności, które ułożył sobie od nowa, całkiem ładnie, choć chronologia zdarzeń nie do końca się spinała.
- Hannibalu, Jessie, musicie przyznać, że ta szafka jest paskudna, bez względu na to czy pozostaje w lokalnej modzie czy nie. - upił znów koniak, dochodząc do wniosku, że przebywanie na oparciu fotela młodszego z Selwynów to może nie był najlepszy pomysł, bo w realizacji nowego planu zbyt mocno go to dekoncentrowało.