24.11.2025, 00:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 00:22 przez Benjy Fenwick.)
Nie miałem pojęcia, jakim cudem dalej trzymaliśmy się za ręce. Moja uszkodzona dłoń pulsowała jak cholerny bęben wojenny, a jej paznokcie wbijały się w skórę zdrowej tak mocno, że z pewnością zostawiały ślady, a jednak wciąż splataliśmy palce, jakbyśmy mogli zarżnąć się słowami, ale ręki już puścić nie - ironia, której nie byłem w stanie teraz strawić. Była w niej złość, była w niej gorycz, ale to, co przebijało się najbardziej, co cięło mnie jak cienki, cholernie ostry nóż, to ten jej ton - ten lodowaty, opanowany, brzmiący, jakby właśnie tłumaczyła pierwszorocznemu konsekwencje spóźnienia na lekcję. Nienawidziłem tego, nigdy tego w niej nie znosiłem, kontrolowanego chłodu, udawanego dystansu, dzięki któremu wyglądała na osobę, której nic nie ruszało, bo ja wiedziałem, że ją rusza. Wiedziałem, jak potrafiła płonąć, jak potrafiła mówić, kiedy naprawdę puszczają jej hamulce, a teraz dostawałem w twarz rozżażonym lodem. Słowa były rozpalone, pełne bólu i pretensji, ale jej ton był… Kurwa, jakby mówiła o tym, że zostawiłem naczynia w zlewie, nie o tym, co ją zraniło - to doprowadzało mnie do szału. To, co mówiła, bolało, ale to, jak mówiła - to doprowadzało mnie do cholery jasnej. Ten ton działał na mnie jak cholerna płachta na byka, to właśnie jej zimna samokontrola doprowadzała mnie do kurwicy, bo pod nią kryło się wszystko inne, co nawet teraz, praktycznie ani na moment, nie wydostało się ponad powierzchnię tej całej fasady. Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż poczułem metaliczny posmak krwi.
- Plue. - Syknąłem, czując, jak złość podchodzi mi aż pod skronie. - Nie masz bladego pojęcia, jak się wylasiłem, bo go nie pszeczytałaś. - Już nie wiedziałem, o którym liście mówiliśmy, o której kartce, o jakim dowodzie lub jego braku na to, że coś spektakularnie spierdoliłem. Chciałem się uspokoić, naprawdę, tylko że ona nie dawała mi nawet sekundy oddechu, a przecież byliśmy na Nokturnie, pośrodku ulicy, po bójce.
Ludzie wychodzili z baru, gapili się, szeptali, znałem już trzech, których spojrzenia powinniśmy omijać szerokim łukiem, bo inaczej skończyłoby się to mniej pokojowo niż tamta szarpanina. A ona? Ona stała tu ze mną, jak na jebanej interwencji terapeutycznej. Na Merlina, dlaczego musiało to być tu? Dlaczego, kurwa, teraz? Dlaczego ta rozmowa musiała odbywać się pośrodku zimnego, śmierdzącego Nokturnu, kilka metrów od miejsca, które mogło nas oboje wciągnąć z powrotem w kłopoty? Powinniśmy się rozdzielić, ale ona nie puściła mojej dłoni, ja też nie puściłem jej, to była jakaś chora pętla, której nie byłem w stanie złamać ani przerwać.
- Nie dostałaś listu. - Powtórzyłem po niej, ale tym razem ton mi zgasł, przesunął się z gniewu w coś głębszego. - Okej. Losumiem. - Nie rozumiałem, kurwa, oczywiście, że nie. - Ale cholela, to nie znaczy, sze masz plawo… urwałem, bo jej spojrzenie wbijało mi się prosto w klatkę piersiową - małymi, zimnymi, perfekcyjnie naostrzonymi szpileczkami - w te miejsca, których nie potrafiłem zakryć nawet gniewem.
- Aha. No, to świetnie, sze pszypadkiem pszyszłaś do jebanej Wiwelny, Plue. Selio, bo ja oczywiście planowałem siedzieś tu całą noc, szebyś mogła sobie zlobiś niespodziankę i znaleźć mnie między pijanym moczymoldą a złodziejem-kaleką. - Przymknąłem oczy, wciągając powietrze jak ktoś, kto musiał, ale nie umiał oddychać. - Melinie. - Dodałem, kręcąc głową. - Czy ty naplawdę uwaszasz, sze ja specjalnie się tu uklywałem? - Spojrzałem na nią tak, jakby właśnie próbowała wmówić mi, że ziemia jest płaska i westchnąłem głęboko, bo nie miałem już siły gryźć się w język. A kiedy zmieniła słowa, unikając tego jednego, jedynego, które naprawdę chciałem usłyszeć - coś we mnie eksplodowało. Cała jej zimna postawa nagle zaczęła mnie doprowadzać do granicy, tej cienkiej jak szkło, którą rozjebałem już dzisiaj raz własną ręką.
- Za kogo ty mnie masz? - Rzuciłem w powietrze, wciągając je nosem, ostro. - Ja mam, co? Zgadnąś s fusów, sze czegoś nie dostałaś? Sze coś do ciebie nie dotalło? Mam pisaś ci listy w kilku kopiach? - Uniósłem brwi w sposób, który absolutnie nie był elegancki. - To sze go nie dostałaś - Odetchnąłem tak ostro, że aż mnie zabolało w żebrach. - nie znaczy, żego nie było.
Ten jej ton, ten pieprzony ton - zimny, spokojny, wyważony, jakby omawiała grafik dyżurów, a nie to, że właśnie wyciągnęła mnie z bójki i rozwaliłem sobie dłoń, a jednocześnie próbowaliśmy rozmawiać o czymś, co absolutnie nie nadawało się na miejsce, gdzie wszystko i wszyscy mieli oczy. Jej palce nadal tkwiły w mojej dłoni, a ja nadal ich nie puszczałem, mimo że pół minuty temu prosiłem ją, żeby mnie puściła. Odetchnąłem ostro, czując, jak dłoń zaczyna mi drżeć - ta rozwalona. Ból wystrzelił do łokcia, ale nie dałem po sobie poznać. Bardziej bolało mnie co innego. Ten ton nie miał prawa istnieć, kiedy rzucała we mnie słowami, które wbijały się głębiej niż jakiekolwiek zaklęcie.
- Przestań. - Powiedziałem tak ostro, że nawet ja się zdziwiłem, jak brzmiał mój głos. Zbliżyłem się o krok, mimo że całe moje ciało rwało się do odejścia. Jej słowa uderzały we mnie jak kolejne fale, każda mocniejsza, każda celniejsza na tyle, bym czuł, jak moje nerwy zaczynają drżeć jak przeciągnięte struny. - Moszesz, do chuja, pszestaś mówiś w ten sposób? - Wychrypiałem. - Ton masz, jakbyś, kulwa, układała papiely w bibliotece. Jakbyś była ponad tym. Jakby to było… - Zamachnąłem się uszkodzoną ręką, szukając słowa i tłumiąc ból. - Proceduralne. Brakuje ci informacji? - Powtórzyłem powoli, nisko. - Brakuje ci informacji. Ty to słyszysz?
Potem poszło jeszcze gorzej.
- Sun, do chuja - syknąłem, tym razem instynktownie wracając do tamtej porzuconej formy - ja cię błagam - to „błagam” samo się wyrwało, nienawidziłem siebie za to - czy naprawdę musimy to lobiś tutaj? - Pierwszy raz przerwałem jej tonem, który powinien ją zatrzymać - no, ale to była ona - głębokim, ciężkim, takim, którym mówiłem tylko, kiedy stawałem na krawędzi. Chciałem ją puścić - naprawdę, wiedziałem, że powinienem, ale moja dłoń ani drgnęła. Zrobiłem krok w stronę bramy, zmuszając ją, żeby ruszyła razem ze mną.
- Plue. - Syknąłem, czując, jak złość podchodzi mi aż pod skronie. - Nie masz bladego pojęcia, jak się wylasiłem, bo go nie pszeczytałaś. - Już nie wiedziałem, o którym liście mówiliśmy, o której kartce, o jakim dowodzie lub jego braku na to, że coś spektakularnie spierdoliłem. Chciałem się uspokoić, naprawdę, tylko że ona nie dawała mi nawet sekundy oddechu, a przecież byliśmy na Nokturnie, pośrodku ulicy, po bójce.
Ludzie wychodzili z baru, gapili się, szeptali, znałem już trzech, których spojrzenia powinniśmy omijać szerokim łukiem, bo inaczej skończyłoby się to mniej pokojowo niż tamta szarpanina. A ona? Ona stała tu ze mną, jak na jebanej interwencji terapeutycznej. Na Merlina, dlaczego musiało to być tu? Dlaczego, kurwa, teraz? Dlaczego ta rozmowa musiała odbywać się pośrodku zimnego, śmierdzącego Nokturnu, kilka metrów od miejsca, które mogło nas oboje wciągnąć z powrotem w kłopoty? Powinniśmy się rozdzielić, ale ona nie puściła mojej dłoni, ja też nie puściłem jej, to była jakaś chora pętla, której nie byłem w stanie złamać ani przerwać.
- Nie dostałaś listu. - Powtórzyłem po niej, ale tym razem ton mi zgasł, przesunął się z gniewu w coś głębszego. - Okej. Losumiem. - Nie rozumiałem, kurwa, oczywiście, że nie. - Ale cholela, to nie znaczy, sze masz plawo… urwałem, bo jej spojrzenie wbijało mi się prosto w klatkę piersiową - małymi, zimnymi, perfekcyjnie naostrzonymi szpileczkami - w te miejsca, których nie potrafiłem zakryć nawet gniewem.
- Aha. No, to świetnie, sze pszypadkiem pszyszłaś do jebanej Wiwelny, Plue. Selio, bo ja oczywiście planowałem siedzieś tu całą noc, szebyś mogła sobie zlobiś niespodziankę i znaleźć mnie między pijanym moczymoldą a złodziejem-kaleką. - Przymknąłem oczy, wciągając powietrze jak ktoś, kto musiał, ale nie umiał oddychać. - Melinie. - Dodałem, kręcąc głową. - Czy ty naplawdę uwaszasz, sze ja specjalnie się tu uklywałem? - Spojrzałem na nią tak, jakby właśnie próbowała wmówić mi, że ziemia jest płaska i westchnąłem głęboko, bo nie miałem już siły gryźć się w język. A kiedy zmieniła słowa, unikając tego jednego, jedynego, które naprawdę chciałem usłyszeć - coś we mnie eksplodowało. Cała jej zimna postawa nagle zaczęła mnie doprowadzać do granicy, tej cienkiej jak szkło, którą rozjebałem już dzisiaj raz własną ręką.
- Za kogo ty mnie masz? - Rzuciłem w powietrze, wciągając je nosem, ostro. - Ja mam, co? Zgadnąś s fusów, sze czegoś nie dostałaś? Sze coś do ciebie nie dotalło? Mam pisaś ci listy w kilku kopiach? - Uniósłem brwi w sposób, który absolutnie nie był elegancki. - To sze go nie dostałaś - Odetchnąłem tak ostro, że aż mnie zabolało w żebrach. - nie znaczy, żego nie było.
Ten jej ton, ten pieprzony ton - zimny, spokojny, wyważony, jakby omawiała grafik dyżurów, a nie to, że właśnie wyciągnęła mnie z bójki i rozwaliłem sobie dłoń, a jednocześnie próbowaliśmy rozmawiać o czymś, co absolutnie nie nadawało się na miejsce, gdzie wszystko i wszyscy mieli oczy. Jej palce nadal tkwiły w mojej dłoni, a ja nadal ich nie puszczałem, mimo że pół minuty temu prosiłem ją, żeby mnie puściła. Odetchnąłem ostro, czując, jak dłoń zaczyna mi drżeć - ta rozwalona. Ból wystrzelił do łokcia, ale nie dałem po sobie poznać. Bardziej bolało mnie co innego. Ten ton nie miał prawa istnieć, kiedy rzucała we mnie słowami, które wbijały się głębiej niż jakiekolwiek zaklęcie.
- Przestań. - Powiedziałem tak ostro, że nawet ja się zdziwiłem, jak brzmiał mój głos. Zbliżyłem się o krok, mimo że całe moje ciało rwało się do odejścia. Jej słowa uderzały we mnie jak kolejne fale, każda mocniejsza, każda celniejsza na tyle, bym czuł, jak moje nerwy zaczynają drżeć jak przeciągnięte struny. - Moszesz, do chuja, pszestaś mówiś w ten sposób? - Wychrypiałem. - Ton masz, jakbyś, kulwa, układała papiely w bibliotece. Jakbyś była ponad tym. Jakby to było… - Zamachnąłem się uszkodzoną ręką, szukając słowa i tłumiąc ból. - Proceduralne. Brakuje ci informacji? - Powtórzyłem powoli, nisko. - Brakuje ci informacji. Ty to słyszysz?
Potem poszło jeszcze gorzej.
- Sun, do chuja - syknąłem, tym razem instynktownie wracając do tamtej porzuconej formy - ja cię błagam - to „błagam” samo się wyrwało, nienawidziłem siebie za to - czy naprawdę musimy to lobiś tutaj? - Pierwszy raz przerwałem jej tonem, który powinien ją zatrzymać - no, ale to była ona - głębokim, ciężkim, takim, którym mówiłem tylko, kiedy stawałem na krawędzi. Chciałem ją puścić - naprawdę, wiedziałem, że powinienem, ale moja dłoń ani drgnęła. Zrobiłem krok w stronę bramy, zmuszając ją, żeby ruszyła razem ze mną.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)