23.11.2025, 20:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2025, 20:41 przez Alexander Mulciber.)
Alexander zacisnął dłonie na trzymanych wciąż sztućcach. Widać było po nim, że dotknięto czułego tematu. Nie traktował tego jednak jako towarzyskiego uchybienia ze strony Richarda. Chyba. Trudno było powiedzieć, jak to traktował, bo milczał. Milczał, czekając, aż jego matka skończy mówić. Słowa, które padały z ust Seliny Ayers były mu w końcu świętością. Żył jej naukami, nawet jeżeli nie podążały za wykładnikami rozumu. Nawet jeżeli wystawiał się przez to na śmieszność. Mógł kpić sobie z czasem z Morpheusa i jego przesądów, ale słowem się nie odzywał, gdy starszy niewymowny wypunktowywał jego wiarę w cygańskie gusła. Jak na hipokrytę przystało, nie miał mu wówczas nic do powiedzenia. Słów jego matki nie wolno było nikomu kwestionować.
Zabrał głos dopiero wtedy, gdy upewnił się, że Selina nie ma nic więcej do dodania.
– Cóż – odpowiedział zmartwiałym głosem Alexander, utkwiwszy puste spojrzenie w pustym krześle u szczytu stołu. Tak samo pustymi były jego oczy, zapatrzone w przestrzeń. – Mój brat... Żyje. Wciąż jeszcze żyje. – Westchnął głęboko, zaczerpnąwszy powietrza nosem, a wypuściwszy drżącymi ustami. Zamrugał gwałtownie, zdążywszy jednak opanować głos. Niewiele zdołało się przedostać przez zaciśnięte zęby. Alexander zdawał się mówić wolniej, jak gdyby znalezienie odpowiednich słów nastręczało mu trudności. Głos go nie zdradził, twarz drgnęła jednak, jak gdyby w grymasie bólu, o którym zdążyło się już zapomnieć, przynajmniej dopóki ból nie zaczął dokuczać na nowo. Chyba po raz pierwszy od początku kolacji Alexander pozwolił pokazać po sobie jakieś ludzkie emocje. Być może wciąż takowe posiadał i odczuwał. Wydawały się jednak przytępiałe, podobnie jak i nóż, którym chwilę wcześniej uparcie piłował kawałek mięsa na talerzu.
O czym był sen, który śnili Mulciberowie? "Pomyśl, że to sen", powtarzali rodową dewizę, nigdy nie wyjaśniając, co właściwie znaczy. "Pomyśl, że to sen", mówili, osuwając się w objęcia wiecznego snu, jakim była śmierć. "Pomyśl, że to sen", szeptali sennie z ram swych portretów, zamknięci za drzwiami rodzinnej galerii. Kiedy miał się ziścić sen, o którym śnili od lat? Czy miał się kiedykolwiek ziścić? Jakimż to było bowiem straszliwym żartem i kpiną ze strony losu, że prawowity dziedzic rodu Mulciber trwał pogrążony we śnie, z którego nie miał się już nigdy wybudzić. Ale żył. Donald wciąż żył. Tylko czy naprawdę można nazwać to życiem?, zastanawiał się Alexander.
Cóż innego mogłby powiedzieć Richardowi, o czym ten by już nie wiedział? Opowiadać o materacach przeciwodleżynowych, bez których na ciele Donalda tworzyłyby się rany, coraz więcej ran? Że gdyby ktoś go codziennie nie przewracał na bok, zacząłby powolić gnić i rozkładać się w swoim własnym łóżku? A może miałby mówić o tym, że ktoś go musi myć i podcierać, jak dziecko? O codziennej rehabilitacji, która miała zapobiegać powstawaniu zaników mięśniowych? Że bez tego stawałoby się jego brata coraz mniej, i mniej, i mniej, aż całkiem by zniknął. Zostałyby tylko zaczarowane cewniki, które toczyły w niego wodę i specjalne preparaty żywieniowe, odprowadzając z krwi toksyny. Kiedy wielki Donald Mulciber stał się tak małym? Z tak potężnego, tak bezsilnym? Kto jest teraz wielkim człowiekiem w wielkim domu, Donaldzie?
Kto śni twój sen?
W pełni opanowany już Alexander skinął wcześniej z wdzięcznością głową, słysząc stanowczość w głosie Lorien. Nie posłyszał słów, jakie skierowała do Seliny, sądził jednak, że wdrożyła ją w przebieg rozmowy. Spojrzał na siostrę przelotnie, gdy głośno podziękowała Richardowi za jego troskę. Już dobrze. Zanim jednak Richard zdążył odpowiedzieć Lorien, Alexander dał znak, że chce mówić. Odchrząknął znacząco, na powrót zwracając na siebie uwagę wszystkich.
– Pożary nie dotknęły Lecznicy Dusz – przypomniał matce, choć zwracał się do przecież do wszystkich zgromadzonych. Sugerowało to, że musiał Selinie opowiadać o ostatnich wydarzeniach, jakie miały miejsce w Anglii. Jak wiele wiedziała o waszych poczynaniach stara prorokini? Zapewne wszystko. Nie wydawała się jednak specjalnie przejęta rozmową, nie zważała bowiem na słowa syna. Ale też Alexander nie wydawał się tym przejmować, więc wszystko musiało być w porządku. Czy tak właśnie wyglądało życie z jasnowidzami? – Nic więc nie burzy spokoju, jakiego brat mój do rekonwalescencji tak bardzo potrzebuje – powiedział powoli Alexander, przenosząc spojrzenie na Richarda.
Oderżnął wreszcie kawałek mięsa. Nie zauważył, że przepiłował przy tym nożem kość.
– Jest mi to pociechą, bo wiele strat ponieśliśmy w trakcie pożarów. Wróżby dla naszej rodziny okazują się ostatnio niepomyślnymi. Kamienica babci ocalała, ale zagrożenie było bliskim. Ogniem zajął się dom Lorien, o moim dotychczasowym lokum szkoda w ogóle mówić. Scarlett napomknęła mi też o klątwie, jaka spadła na waszą kamienicę, Richardzie. Liczę, że udało wam się coś ocalić z pożaru? Jak wasze... Interesy? – Wobec świeczkowego biznesu na Nokturnie, na którego wspomnienie ojciec zawsze wzdychał ciężko, przewracając oczami, Alexander użył wielce potrzebnego eufemizmu. – Nie dotarły do mnie żadne wieści na twój temat, Charlotte, więc założyłem, że pozostajesz w zdrowiu. To samo zakładałem jednak w sprawie Charlesa, przykro mi więc słyszeć o jego niedyspozycji. – A jednak nie wydawał się tym ani trochę zaskoczony ani też zasmucony. – Nawet oczy jasnowidza nie zawsze są widać w stanie dostrzec wszystko. Użyczcie mi więc swoich. Jak wygląda wasz Londyn po pożarach? – zwrócił się bezpośrednio do tych po lewej stronie stołu, tych, z którymi nie miał okazji rozmawiać na co dzień. Charlotte. Scarlett. Richard. Gdy jednak powiódł spojrzeniem wokół, patrzył również na tych, którzy siedzieli po jego prawicy. Mama. Lorien. Philomena.
Alexander był odległy. Tak odległy jak tylko jasnowidz może być odległym od ludzi. Tak, "odległy", to było właściwe słowo. Nawet jego oczy, chociaż wpatrywały się w wasze twarze, wydawały się patrzeć gdzieś w dal. Bo mimo, że przeżył to samo, co wy, był wobec tych przeżyć zwyczajnie... Obojętnym.
Słowa, które wypowiadał, nie pasowały do jego ust. Wychodziły spomiędzy warg pokulawione, pokoślawione. A chociaż wydawały się Alexandrowi właściwymi, nie brzmiały właściwie. Bo nie było w nich przejęcia ani też współczucia. Nie było w nich troski, nie było choćby krzty czułości, nawet takiej udawanej.
Nie, Alexander zdecydowanie nie umiał udawać. Nie kierowała nim bowiem troska, a poczucie obowiązku.
A jednak zapytał. Zapytał i odpowiedzi oczekiwał. Mogliście skłamać mu w twarz, licząc, że nie zostaniecie przyłapani na kłamstwie, mogliście wybrać szczerość, o którą was wprost poprosił. Jakikolwiek wybór podjęliście, mieliście potem poczucie, że zostanie zapamiętanym na długo. Rzadko bowiem Alexander zadawał pytania, na które rzeczywiście oczekiwał odpowiedzi.
Zabrał głos dopiero wtedy, gdy upewnił się, że Selina nie ma nic więcej do dodania.
– Cóż – odpowiedział zmartwiałym głosem Alexander, utkwiwszy puste spojrzenie w pustym krześle u szczytu stołu. Tak samo pustymi były jego oczy, zapatrzone w przestrzeń. – Mój brat... Żyje. Wciąż jeszcze żyje. – Westchnął głęboko, zaczerpnąwszy powietrza nosem, a wypuściwszy drżącymi ustami. Zamrugał gwałtownie, zdążywszy jednak opanować głos. Niewiele zdołało się przedostać przez zaciśnięte zęby. Alexander zdawał się mówić wolniej, jak gdyby znalezienie odpowiednich słów nastręczało mu trudności. Głos go nie zdradził, twarz drgnęła jednak, jak gdyby w grymasie bólu, o którym zdążyło się już zapomnieć, przynajmniej dopóki ból nie zaczął dokuczać na nowo. Chyba po raz pierwszy od początku kolacji Alexander pozwolił pokazać po sobie jakieś ludzkie emocje. Być może wciąż takowe posiadał i odczuwał. Wydawały się jednak przytępiałe, podobnie jak i nóż, którym chwilę wcześniej uparcie piłował kawałek mięsa na talerzu.
O czym był sen, który śnili Mulciberowie? "Pomyśl, że to sen", powtarzali rodową dewizę, nigdy nie wyjaśniając, co właściwie znaczy. "Pomyśl, że to sen", mówili, osuwając się w objęcia wiecznego snu, jakim była śmierć. "Pomyśl, że to sen", szeptali sennie z ram swych portretów, zamknięci za drzwiami rodzinnej galerii. Kiedy miał się ziścić sen, o którym śnili od lat? Czy miał się kiedykolwiek ziścić? Jakimż to było bowiem straszliwym żartem i kpiną ze strony losu, że prawowity dziedzic rodu Mulciber trwał pogrążony we śnie, z którego nie miał się już nigdy wybudzić. Ale żył. Donald wciąż żył. Tylko czy naprawdę można nazwać to życiem?, zastanawiał się Alexander.
Cóż innego mogłby powiedzieć Richardowi, o czym ten by już nie wiedział? Opowiadać o materacach przeciwodleżynowych, bez których na ciele Donalda tworzyłyby się rany, coraz więcej ran? Że gdyby ktoś go codziennie nie przewracał na bok, zacząłby powolić gnić i rozkładać się w swoim własnym łóżku? A może miałby mówić o tym, że ktoś go musi myć i podcierać, jak dziecko? O codziennej rehabilitacji, która miała zapobiegać powstawaniu zaników mięśniowych? Że bez tego stawałoby się jego brata coraz mniej, i mniej, i mniej, aż całkiem by zniknął. Zostałyby tylko zaczarowane cewniki, które toczyły w niego wodę i specjalne preparaty żywieniowe, odprowadzając z krwi toksyny. Kiedy wielki Donald Mulciber stał się tak małym? Z tak potężnego, tak bezsilnym? Kto jest teraz wielkim człowiekiem w wielkim domu, Donaldzie?
Kto śni twój sen?
W pełni opanowany już Alexander skinął wcześniej z wdzięcznością głową, słysząc stanowczość w głosie Lorien. Nie posłyszał słów, jakie skierowała do Seliny, sądził jednak, że wdrożyła ją w przebieg rozmowy. Spojrzał na siostrę przelotnie, gdy głośno podziękowała Richardowi za jego troskę. Już dobrze. Zanim jednak Richard zdążył odpowiedzieć Lorien, Alexander dał znak, że chce mówić. Odchrząknął znacząco, na powrót zwracając na siebie uwagę wszystkich.
– Pożary nie dotknęły Lecznicy Dusz – przypomniał matce, choć zwracał się do przecież do wszystkich zgromadzonych. Sugerowało to, że musiał Selinie opowiadać o ostatnich wydarzeniach, jakie miały miejsce w Anglii. Jak wiele wiedziała o waszych poczynaniach stara prorokini? Zapewne wszystko. Nie wydawała się jednak specjalnie przejęta rozmową, nie zważała bowiem na słowa syna. Ale też Alexander nie wydawał się tym przejmować, więc wszystko musiało być w porządku. Czy tak właśnie wyglądało życie z jasnowidzami? – Nic więc nie burzy spokoju, jakiego brat mój do rekonwalescencji tak bardzo potrzebuje – powiedział powoli Alexander, przenosząc spojrzenie na Richarda.
Oderżnął wreszcie kawałek mięsa. Nie zauważył, że przepiłował przy tym nożem kość.
– Jest mi to pociechą, bo wiele strat ponieśliśmy w trakcie pożarów. Wróżby dla naszej rodziny okazują się ostatnio niepomyślnymi. Kamienica babci ocalała, ale zagrożenie było bliskim. Ogniem zajął się dom Lorien, o moim dotychczasowym lokum szkoda w ogóle mówić. Scarlett napomknęła mi też o klątwie, jaka spadła na waszą kamienicę, Richardzie. Liczę, że udało wam się coś ocalić z pożaru? Jak wasze... Interesy? – Wobec świeczkowego biznesu na Nokturnie, na którego wspomnienie ojciec zawsze wzdychał ciężko, przewracając oczami, Alexander użył wielce potrzebnego eufemizmu. – Nie dotarły do mnie żadne wieści na twój temat, Charlotte, więc założyłem, że pozostajesz w zdrowiu. To samo zakładałem jednak w sprawie Charlesa, przykro mi więc słyszeć o jego niedyspozycji. – A jednak nie wydawał się tym ani trochę zaskoczony ani też zasmucony. – Nawet oczy jasnowidza nie zawsze są widać w stanie dostrzec wszystko. Użyczcie mi więc swoich. Jak wygląda wasz Londyn po pożarach? – zwrócił się bezpośrednio do tych po lewej stronie stołu, tych, z którymi nie miał okazji rozmawiać na co dzień. Charlotte. Scarlett. Richard. Gdy jednak powiódł spojrzeniem wokół, patrzył również na tych, którzy siedzieli po jego prawicy. Mama. Lorien. Philomena.
Alexander był odległy. Tak odległy jak tylko jasnowidz może być odległym od ludzi. Tak, "odległy", to było właściwe słowo. Nawet jego oczy, chociaż wpatrywały się w wasze twarze, wydawały się patrzeć gdzieś w dal. Bo mimo, że przeżył to samo, co wy, był wobec tych przeżyć zwyczajnie... Obojętnym.
Słowa, które wypowiadał, nie pasowały do jego ust. Wychodziły spomiędzy warg pokulawione, pokoślawione. A chociaż wydawały się Alexandrowi właściwymi, nie brzmiały właściwie. Bo nie było w nich przejęcia ani też współczucia. Nie było w nich troski, nie było choćby krzty czułości, nawet takiej udawanej.
Nie, Alexander zdecydowanie nie umiał udawać. Nie kierowała nim bowiem troska, a poczucie obowiązku.
A jednak zapytał. Zapytał i odpowiedzi oczekiwał. Mogliście skłamać mu w twarz, licząc, że nie zostaniecie przyłapani na kłamstwie, mogliście wybrać szczerość, o którą was wprost poprosił. Jakikolwiek wybór podjęliście, mieliście potem poczucie, że zostanie zapamiętanym na długo. Rzadko bowiem Alexander zadawał pytania, na które rzeczywiście oczekiwał odpowiedzi.
Proszę o odpisy do 30 listopada do godziny 23:59. You know the drill. 

Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat