Geraldine skorzystała z okazji, zazwyczaj nie robiła takich rzeczy, ale ten dzień sam w sobie był dziwny, więc postanowiła uczynić go jeszcze dziwniejszym. Wróżby ze skórek jabłka... nie do końca były w jej stylu, przez bardzo długi czas w ogóle gardziła wróżbiarstwem jako dziedziną magii, z czasem zaczęła podchodzić do niej nieco inaczej, to nigdy jednak nie było coś, czemu potrafiła ufać. Wydawało jej się, iż większość wróżbitów robi hajs na biednych ludziach, którzy szukali drogowskazów, próbowali ogarnąć swoje życie i byli w stanie sięgnąć w tym po każdą, możliwą pomoc. Tymczasem dzisiaj, rzucała obierką przez ramię, bo mogła, nawet dostrzegła w tej wróżbie to co chciała, no dziwny dzień.
Nie liczyło się pismo, a treść, czuła, że Benjy wypluwał z siebie przez te runy naprawdę wiele, i mimo, że nie widziała, co tam tworzył, to wydawało jej się, że było to dla niego ważne. Alkohol pozwolił mu sięgnąć po słowa, których nie chciał wypowiedzieć, przed którymi się bronił. Trochę namówiła go do tego, uważała, że to jest mu potrzebne, zrzucenie z siebie tego ciężaru, podzielenie się nim z kimś, a przede wszystkim poinformowanie o tym, co w nim siedziało tę osobę, kobietę, której to dotyczyło. Powinna wiedzieć. Być może dzięki temu ominą tę część z bardzo długim dystansem i unikaniem siebie nawzajem, ona z Ambroisem nie mieli tyle szczęścia, umierali sobie powoli, każde gdzieś indziej, chociaż to wcale nie było konieczne.
Uniosła spojrzenie znad jabłka, spojrzała na Fenwicka, nie mogła powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Wyobraziła sobie jego rysującego drobne, urocze serduszka... nie mogła z tym walczyć, parsknęła śmiechem. - Nie mów, że nie chciałeś narysować chociaż jednego, malutkiego? - Podpuszczała go, ale bawiła ją ta wizja. - Może na tym, co teraz piszesz dorysuj? - Pociągnęła temat, ale gdy to mówiła odchyliła się nieco w bok, obawiając się, że za sam ten pomysł może trzepnąć ją w ramię.
- Z tego co pamiętam, kiedyś byłeś bardziej zabawny, mniej poważny, i nie miałeś tego wzroku mordercy. - Ich drogi przecięły się w Hogwarcie, stamtąd wspominała go całkiem przyjemnie, grali razem w drużynie qudditcha, lubiła jego towarzystwo, chociaż była dużo młodsza i nie spędzali ze sobą wiele czasu. - Nie spodziewałam się jednak tego, że wtedy miałeś w sobie tak wiele uczuć, i że sięgałeś po takie romantyczne gesty. - Nabijała się z niego, ale tylko odrobinę, musiał jej to wybaczyć, ale ta cała sytuacja, niewyspanie powodowało, że i Geraldine miała dzisiaj dziwny nastrój, śmiała się, chociaż nie powinna, dostała jakiejś głupawki.
- Czekaj, czekaj, to by było jakoś tak, wysoki, groźny nieznajomy wyłonił się z mroku. - Zdecydowanie nadawał się na głównego bohatera powieści, nie widział w tym potencjału, a szkoda, gdyby ktoś to dobrze napisał, to ta historia mogłaby mieć naprawdę wielu odbiorców. - Och, oczywiście, że serce. - Zmrużyła oczy, próbowała się nieco uspokoić, ale trudno jej było to zrobić. Śmiała się jak pojebana, zakryła sobie usta dłonią, aby nieco stłumić ten dźwięk, wolałaby nie zwracać na nich uwagi, ludzie mogli jeszcze chcieć pospać, godzina przecież była wczesna.
Wręczyła mu wreszcie butelkę, wydawało jej się, że dobrze mu zrobi nawet głupie przepłukanie ust wodą, po tym, co przeżył tej nocy... to mogło mu się przydać. Nie pił łapczywie, upił tylko odrobinę wody, co było całkiem rozsądnym podejściem, gdyby źle to ugryzł to mógłby po raz sama nie wiedziała który rzygnąć.
- Przynajmniej będziesz miał czyste sumienie. - Przestała się śmiać, teraz zrobiła się poważniejsza. Wydawało jej się, że naprawdę dobrze postępował, wylał z siebie wszystko, co siedziało mu na sercu, był szczery, a to mogło oczyścić atmosferę, może ta kobieta zrozumie jego podejście, jeśli nie to przynajmniej będzie wiedzieć, co nim kierowało, każdy zasługiwał na prawdę.
- No jasne, na przypale, albo wcale. - Pokiwała jeszcze głową, wierzyła, że skoro tak powiedział, to faktycznie to zrobi, nie po to szukała mu papieru i długopisu, nie po to z nim tutaj siedziała, żeby schował to co napisał gdzieś w kieszeni i udał, że tego nie zrobił.
- Obawiam się, że umiem gwizdać tylko na jastrzębie. - Od lat miała jednego, wspaniałego ptaka, którego sobie wytresowała, nie dość, że dostarczał listy, to jeszcze z nią polował, nie do końca wiedziała jak gwizdnąć na sowę. - Jakiego masz ptaka? - Zapytała, a po chwili dotarło do niej, że zabrzmiało to bardzo źle, ale skoro już to powiedziała to cóż... udawała, że wcale tak nie było.