23.11.2025, 16:22 ✶
Wróżby ze skórek jabłka - Merlin mi świadkiem, gdybym był trzeźwy, to bym to skomentował, ale teraz… Teraz tylko patrzyłem, jak skórka leci za ławkę, jak ona odwraca się, patrzy… I coś w jej twarzy mięknie. Parsknąłem cicho - nieśmiesznie, bardziej zmęczonym powietrzem niż śmiechem - nie widziałem, co jej tam wyszło, ale widziałem jej minę, ten cień samozadowolenia, lekki błysk w oku, niby nic wielkiego, a jakby coś dobrego się pojawiło na horyzoncie. To mi się akurat spodobało, nawet jeśli mój żołądek przewrócił się w tym samym momencie jak śnięta ryba.
To „ładne szlaczki” siedziało mi w głowie bardziej, niż chciałem, zawsze miałem wrażenie, że runy wyglądały jak coś poważnego, starożytnego, mocnego, a teraz siedziałem tu, pijany jak bela, i wypisywałem nimi uczuciowe sraczki - piękny obrazek. Spojrzałem na runy na kartce, przechyliłem głowę, jakbym pierwszy raz je widział. Drżące, nierówne, ale… „Wyciągnąłem z tego, co najlepsze”, skrzywiłem się, ale nie zaprzeczyłem. Może dlatego, że nie miałem siły się kłócić, pijany mózg przestał przeprowadzać te swoje wieczne kontrataki, a może dlatego, że… Miała rację, umiejętności mi zostały, nazwiska nie potrzebowałem. A potem przyszedł ten fragment o liścikach - ten jej głos, to, jak to powtarzała - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, i przez moment bałem się, że ujrzę w jej twarzy coś, czego nie chciałem, ale ona tylko jadła jabłko. Wgryzała się w nie, jakby było czymś absolutnie naturalnym, że ja tu siedziałem, bełkotałem, wylewałem z siebie kawałki historii, normalny dzień - przewróciłem oczami tak ostentacyjnie, że aż mnie zabolało. „Pisaliście do siebie liściki? W tajemnicy?” Merlinie, gdybym był trzeźwy, to bym tego nie zdzierżył, ale teraz… teraz tylko westchnąłem, opierając łokcie o kolana, jęknąłem, potarłem twarz dłonią, jakby to miało mi pomóc przetrwać własne wyznanie.
- Mhm, „liściki”… - Słowo zabrzmiało ode mnie jak obelga wobec samego siebie. - Bszmi, jakbym jej zostawiał selduszka na malginesach, no weś mnie nie dobiaj. - Westchnąłem, krzywiąc usta tak, jakby samo to słowo było za słodkie, żeby przejść mi przez gardło.
Oparłem głowę o oparcie ławki, zamknąłem na moment oczy - nie zasnąć, Benjy, nie zasnąć - i wypuściłem z siebie powolny, zmęczony wydech. Jej obieranie jabłka, ten chrup, kiedy w nie wgryzła - to wszystko brzmiało jak coś z innego świata, normalność, coś, czego nie dotykały klątwy, rozstania i rzygowiny.
- Co, myślałaś, sze od zawsze byłem takim bezuczuciowym skulwielem? - Mruknąłem, kręcąc głową, chociaż z mojej perspektywy wyglądało to dużo mniej jak romantyzm, a dużo bardziej jak desperackie chwytanie czegokolwiek, co nie bolało. - Nie, nie byłem… Zawse… Taki… A telas… Telas piszę to gówno, bo mózg mi się cofa do ustawień fablysznych. - Prychnąłem i odchyliłem głowę do tyłu. Geraldine coś tam mruknęła o książkach, o romansidłach macochy Ambroise’a, i aż mnie skręciło na myśl, że moje dawne życie mogłoby się znaleźć między okładkami takich pierdół.
- No, ploszę cię… - Zawiesiłem głos, próbując wycelować końcówką długopisu w jedną z run, co zajęło mi trzy podejścia. - Nie lób ze mnie… Bohatela jakiejś… Ckliwej historii, w której ktoś jęczy pszez sto stlon o tym, jak mu na jej widok… Dlga… - Przesunąłem językiem po spierzchniętych wargach, marszcząc brwi. - Selce. - Prawda była taka, że tak właśnie było, robiłem to, pisałem, układałem te pieprzone runy z przesadną precyzją, jakby to miało coś załatwić - jakby magia starego alfabetu mogła przykryć to, że byłem wtedy zbyt młody, zbyt posrany, zbyt… Niedorobiony, żeby powiedzieć normalnie, co chciałem powiedzieć. Brakowało tylko, żebym tu teraz napisał „moja ukochana, gwiazdo północy, mój cmentarny słoneczniku”.
Woda pojawiła się przy mojej dłoni, przez chwilę patrzyłem na butelkę, jakby to była jakaś skomplikowana zagadka logiczna, po czym jednak zacisnąłem na niej palce, wzdychając tak, jakby to miało być lekarstwo na wszystkie nieszczęścia tego świata. Odkręciłem, powąchałem - złych doświadczeń człowiek nie zapominał - i upiłem odrobinę, tylko tyle, żeby nie sprowokować przewodu pokarmowego do buntu.
Na wzmiankę o wysyłaniu listu spojrzałem na kartkę raz jeszcze - runy, krzywe, ale wyraźne, świeciły na białym papierze jak coś, co wcale nie powinno zostać stworzone w moim stanie. Przez moment patrzyłem tak, jakbym rozważał, czy nie podrzeć tego w drobny mak, ale nie, coś we mnie się uparło.
- Wyślę to. - Powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to najgorszy pomysł na świecie, i tak nie załatwi to niczego, nie zmieni… Niczego. Zawiesiłem głos, bo gardło mi zadrżało, jak zawsze, gdy człowiek próbował być dzielny, a kończył brzmiąc jak złamany dzieciak. Przeniosłem spojrzenie na kartkę - linie run wydały mi się nagle ciężkie, zbyt szczere, zbyt otwarte. Nie do końca moje, ale jednak… Kurwa, aż nazbyt moje. - Wyślę. - Powtórzyłem już spokojniej, pogodnie w ten paskudny, pijacki sposób. - Bo czemu nie, jak jusz się kompromitowaś, to na pełnej kulwie.
Przechyliłem butelkę i upiłem z niej ledwie dwa łyki, bo więcej by mnie wyeliminowało z tej ławki szybciej niż Avada.
- Jak tylko pszestanie mi się świat kołysaś, zawołam ptaka. - Parsknąłem, chyba pijackim śmiechem, chociaż zabrzmiało to bardziej jak kaszel. Zamknąłem oczy, oddychając przez nos, czekając, aż fala przejdzie. - Chyba sze sama go… Gwizdniesz. Bo ja mogę… - Zamknąłem jedno oko, jakbym chciał ustawić ostrość. Oparłem łokcie o kolana, pozwalając głowie opaść o kilka centymetrów. - Nie tlafiś w odpowiedni gwizd i… Splowadziś nam jakąś… Kulwa… Wlonę, co zacznie dsześ lyja.
Wsunąłem kartkę bliżej siebie, jakby była czymś cennym.
To „ładne szlaczki” siedziało mi w głowie bardziej, niż chciałem, zawsze miałem wrażenie, że runy wyglądały jak coś poważnego, starożytnego, mocnego, a teraz siedziałem tu, pijany jak bela, i wypisywałem nimi uczuciowe sraczki - piękny obrazek. Spojrzałem na runy na kartce, przechyliłem głowę, jakbym pierwszy raz je widział. Drżące, nierówne, ale… „Wyciągnąłem z tego, co najlepsze”, skrzywiłem się, ale nie zaprzeczyłem. Może dlatego, że nie miałem siły się kłócić, pijany mózg przestał przeprowadzać te swoje wieczne kontrataki, a może dlatego, że… Miała rację, umiejętności mi zostały, nazwiska nie potrzebowałem. A potem przyszedł ten fragment o liścikach - ten jej głos, to, jak to powtarzała - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, i przez moment bałem się, że ujrzę w jej twarzy coś, czego nie chciałem, ale ona tylko jadła jabłko. Wgryzała się w nie, jakby było czymś absolutnie naturalnym, że ja tu siedziałem, bełkotałem, wylewałem z siebie kawałki historii, normalny dzień - przewróciłem oczami tak ostentacyjnie, że aż mnie zabolało. „Pisaliście do siebie liściki? W tajemnicy?” Merlinie, gdybym był trzeźwy, to bym tego nie zdzierżył, ale teraz… teraz tylko westchnąłem, opierając łokcie o kolana, jęknąłem, potarłem twarz dłonią, jakby to miało mi pomóc przetrwać własne wyznanie.
- Mhm, „liściki”… - Słowo zabrzmiało ode mnie jak obelga wobec samego siebie. - Bszmi, jakbym jej zostawiał selduszka na malginesach, no weś mnie nie dobiaj. - Westchnąłem, krzywiąc usta tak, jakby samo to słowo było za słodkie, żeby przejść mi przez gardło.
Oparłem głowę o oparcie ławki, zamknąłem na moment oczy - nie zasnąć, Benjy, nie zasnąć - i wypuściłem z siebie powolny, zmęczony wydech. Jej obieranie jabłka, ten chrup, kiedy w nie wgryzła - to wszystko brzmiało jak coś z innego świata, normalność, coś, czego nie dotykały klątwy, rozstania i rzygowiny.
- Co, myślałaś, sze od zawsze byłem takim bezuczuciowym skulwielem? - Mruknąłem, kręcąc głową, chociaż z mojej perspektywy wyglądało to dużo mniej jak romantyzm, a dużo bardziej jak desperackie chwytanie czegokolwiek, co nie bolało. - Nie, nie byłem… Zawse… Taki… A telas… Telas piszę to gówno, bo mózg mi się cofa do ustawień fablysznych. - Prychnąłem i odchyliłem głowę do tyłu. Geraldine coś tam mruknęła o książkach, o romansidłach macochy Ambroise’a, i aż mnie skręciło na myśl, że moje dawne życie mogłoby się znaleźć między okładkami takich pierdół.
- No, ploszę cię… - Zawiesiłem głos, próbując wycelować końcówką długopisu w jedną z run, co zajęło mi trzy podejścia. - Nie lób ze mnie… Bohatela jakiejś… Ckliwej historii, w której ktoś jęczy pszez sto stlon o tym, jak mu na jej widok… Dlga… - Przesunąłem językiem po spierzchniętych wargach, marszcząc brwi. - Selce. - Prawda była taka, że tak właśnie było, robiłem to, pisałem, układałem te pieprzone runy z przesadną precyzją, jakby to miało coś załatwić - jakby magia starego alfabetu mogła przykryć to, że byłem wtedy zbyt młody, zbyt posrany, zbyt… Niedorobiony, żeby powiedzieć normalnie, co chciałem powiedzieć. Brakowało tylko, żebym tu teraz napisał „moja ukochana, gwiazdo północy, mój cmentarny słoneczniku”.
Woda pojawiła się przy mojej dłoni, przez chwilę patrzyłem na butelkę, jakby to była jakaś skomplikowana zagadka logiczna, po czym jednak zacisnąłem na niej palce, wzdychając tak, jakby to miało być lekarstwo na wszystkie nieszczęścia tego świata. Odkręciłem, powąchałem - złych doświadczeń człowiek nie zapominał - i upiłem odrobinę, tylko tyle, żeby nie sprowokować przewodu pokarmowego do buntu.
Na wzmiankę o wysyłaniu listu spojrzałem na kartkę raz jeszcze - runy, krzywe, ale wyraźne, świeciły na białym papierze jak coś, co wcale nie powinno zostać stworzone w moim stanie. Przez moment patrzyłem tak, jakbym rozważał, czy nie podrzeć tego w drobny mak, ale nie, coś we mnie się uparło.
- Wyślę to. - Powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to najgorszy pomysł na świecie, i tak nie załatwi to niczego, nie zmieni… Niczego. Zawiesiłem głos, bo gardło mi zadrżało, jak zawsze, gdy człowiek próbował być dzielny, a kończył brzmiąc jak złamany dzieciak. Przeniosłem spojrzenie na kartkę - linie run wydały mi się nagle ciężkie, zbyt szczere, zbyt otwarte. Nie do końca moje, ale jednak… Kurwa, aż nazbyt moje. - Wyślę. - Powtórzyłem już spokojniej, pogodnie w ten paskudny, pijacki sposób. - Bo czemu nie, jak jusz się kompromitowaś, to na pełnej kulwie.
Przechyliłem butelkę i upiłem z niej ledwie dwa łyki, bo więcej by mnie wyeliminowało z tej ławki szybciej niż Avada.
- Jak tylko pszestanie mi się świat kołysaś, zawołam ptaka. - Parsknąłem, chyba pijackim śmiechem, chociaż zabrzmiało to bardziej jak kaszel. Zamknąłem oczy, oddychając przez nos, czekając, aż fala przejdzie. - Chyba sze sama go… Gwizdniesz. Bo ja mogę… - Zamknąłem jedno oko, jakbym chciał ustawić ostrość. Oparłem łokcie o kolana, pozwalając głowie opaść o kilka centymetrów. - Nie tlafiś w odpowiedni gwizd i… Splowadziś nam jakąś… Kulwa… Wlonę, co zacznie dsześ lyja.
Wsunąłem kartkę bliżej siebie, jakby była czymś cennym.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)