• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine

[06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
23.11.2025, 02:50  ✶  
To, że nadal siedziałem tam, gdzie mnie zostawiła, faktycznie było jakimś cudem - w moim stanie każdy ruch groził katastrofą. Nie rzygnąłem ponownie, chociaż żołądek nadal robił mi różne świństwa, ale już nic nie miałem w sobie, tylko ten posmak żółci i pieprzonego wstydu. Zerknąłem na nią, kiedy zaczęła obierać jabłko tym swoim perfekcyjnym, jednym długim cięciem - żałowałem, że moja ręka pracowała teraz jak zepsuty metronom.
- No. - Przyznałem, bo przecież nie mogłem udawać, że to alfabet łaciński po przejściach, zwłaszcza wtedy, kiedy powiedziała to swoje „ładne szlaczki”. Zachciało mi się parsknąć śmiechem, ale wyszedł z tego tylko krótki, urwany dźwięk, bo gardło nadal miałem jak papier ścierny. Zerknąłem na kartkę, na te runy, które wyglądały, jakbym usiłował zakląć coś między liniami, choć przecież… próbowałem tylko napisać zwykłe, ludzkie zdanie. - Ta, szszlszki. - Mruknąłem. Jak z zeszytu nienormalnego dzieciaka, którego zostawi się samemu sobie za długo. - To luny. - Powtórzyłem, już ciut pewniej, chociaż wciąż trochę jak ktoś, kto tłumaczył się z własnego bełkotu. Brzmiało to bardziej jak „luuyny” - przeciągnięte, rozmazane, jakbym mówił przez tę cholerną watę, która od rana zalegała mi w języku. - Stalszy Futhalk, jeśli… Jak… Mam byś dołachny. Tak mnie… Wychowali. Wbijali do… Głowy od… Dzieciacha. - Zacząłem i od razu poczułem, jak język plącze mi się bardziej niż wcześniej, ale miałem już rozpęd, którego nie dało się zatrzymać. Przesunąłem dłonią po twarzy. - Kiedy jestem… Tachi, no… - Stuknąłem się palcem w skroń, jakby to miało coś wyjaśnić - To piesze, po co mózg sięga.
Przetarłem dłonią twarz, jakbym próbował zetrzeć zmęczenie, alkohol i wszystko inne, co się do mnie przyczepiło - nic to nie dało, dalej byłem sobą, w najgorszej wersji. Kartka drgnęła mi w dłoniach, a ja uniosłem na Gerdę wzrok dopiero wtedy, kiedy usłyszałem jej „nie wiem, co tam piszesz”. Trochę mnie to uspokoiło, trochę zdołowało.
- Spooko, nie, no… Niespodziewałemsię. - Mruknąłem. - To nie jest… Populalna specjalisasja. - Zawiesiłem głos i coś mi zaświtało, jakiś niepotrzebnie ostrzejszy błysk świadomości, tak jakby alkohol na moment puścił i odsłonił środek czegoś, czego wolałbym nie wyciągać. - Mój ojcies… - Słowo wyleciało automatycznie, na tyle automatycznie, że skrzywiłem się na jego brzmienie, od razu poczułem to jak kłucie w przełyku. - Oj— Ojczym. - Wypowiedzenie tego na głos… Było dziwnie trudne, jakbym pierwszy raz od dawna postawił tę granicę przed kimś innym niż sobą. Rzadko go używałem, właściwie - nigdy, nie wiedziałem czemu. Może… Może nie chciałem robić z siebie melodramatu. Może to było to jedno słowo, które zawsze zostawiałem na dnie, a teraz się samo wylało. - Ojczym, kulwa. Nie ojcies. - Poprawiłem się, pierwszy raz od… Zawsze. - Był… Jest… Jednym s… Więszyk specjalistów. - Zmrużyłem oczy, pokręciłem głową, zacisnąłem usta i wziąłem głęboki oddech, stukając długopisem o papier. Mówiłem powoli, bełkotliwie, ale uparcie. Rozparłem się na oparciu ławki i westchnąłem, ciężko, z gardłowym jękiem. - Wielki, piepszony autolytet medysny. - Splunąłem obok, bardziej z odruchu niż w złości. - Od zdejmowania klątw. Od nakładania tesz. Chyba. Zalesznie… - Zerknąłem na runy na kartce, przecierając palcem jedną z krawędzi, przesunąłem palcem po jednym ze znaczków, jakbym chciał go poprawić, ale tylko ją rozmazałem. Wciągnąłem powietrze, bo nagle zrobiło mi się klarowniej w głowie, ale w ten nieprzyjemny, zimny sposób. - To jakoś… - Wykonałem niejasny gest dłonią, który mógł znaczyć „wypływa”, „wychodzi”, „przejmuje”, albo „pierdolę, nie wiem, jak to powiedzieć”. Spojrzałem na nią, mrużąc oczy, bo świat lekko się rozmazywał. - Tak… Sze to nie szlaczki. Uśmiechnąłem się zbyt szeroko jak na człowieka, który ledwo siedział. - Tylko… Wies. Dziedzictwo po pojebach. Jedyne… Doble. - Uśmiechnąłem się głupkowato, trochę do siebie, trochę do niej, z tym rodzajem błędnego zerknięcia, które mieli ludzie na skraju zmęczenia i wyrzygania ostatnich tajemnic.
- Na samym początku. S nią. - Chciałem zrobić gest ręką, ale zamiast tego musiałem przytrzymać się ławki, więc machnąłem tylko lekko długopisem. -Jak chciałem… Wiesz… No… Po tym pie… Pielwszym… Pisałem jej… Liściki. To ona zaczęła, ale… My… No, tak. Mogliśmy nie… Nie gadaś, ale gadaliśmy… - Zacisnąłem wargi, jakby to było coś najbardziej żenującego, co mogłem przyznać. - Lunami. - Wskazałem papier. - Usnałem to… Za lukę w systemie… Bo mało kto… To odczyta. No, kulwa, genialny pomysł, nie? - Zachichotałem pod nosem, cichym, zmęczonym śmiechem, który bardziej służył temu, żeby nie zacząć gryźć własnych warg. - Taki ze mnie lomantyk. - Pokręciłem głową, jakbym sam siebie chciał zbesztać i przejechałem dłonią po twarzy jeszcze raz. - Luniczny kochaś, kuwa maś. - Ostatnie słowa wypowiedziałem tonem człowieka, który miał pełną świadomość, jak absurdalnie to brzmiało, ale nie miał już mocy, żeby je odwołać.
Spojrzałem na Geraldine, na to jabłko, na jej spokojne ruchy nożykiem, tak dokładne w kontrze do mojej pełnej rozsypki. Na jej ostatnie słowa - o braku rzygów - parsknąłem krótkim, zmęczonym śmiechem, drżał, ale był prawdziwy.
- Pszynajmniej pismo mam balsiej stabilne nisz szołądek.
Przesunąłem długopis po kartce, jakbym chciał zaczynać od nowa, ale ręka sama wróciła do run, kreśląc powoli, upierdliwie. Przytrzymałem ją przez moment na kolanie, wpatrując się w znaki - w ich ostre krawędzie, te niefortunne krzywizny,  to, co mówiły, chociaż Gerda nie mogła ich przeczytać.
- Kulwa, bełkoczę, co nie? - Spojrzałem na nią z lekkim rozbitym uśmiechem, za to już z trochę bardziej zrozumiałym głosem. Nachyliłem się do niej minimalnie, bardziej przez osunięcie niż świadomy ruch, ciężko wzdychając.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7941), Geraldine Greengrass-Yaxley (7235)




Wiadomości w tym wątku
[06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 21.11.2025, 22:01
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.11.2025, 22:36
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 22.11.2025, 01:12
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2025, 01:43
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 22.11.2025, 05:09
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2025, 10:29
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 22.11.2025, 18:23
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2025, 19:12
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 22.11.2025, 21:39
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2025, 22:32
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 22.11.2025, 23:19
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2025, 00:03
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 23.11.2025, 00:36
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2025, 00:54
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 23.11.2025, 02:50
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2025, 11:55
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 23.11.2025, 16:22
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2025, 18:50
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 24.11.2025, 02:19
RE: [06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.11.2025, 12:56

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa