20.11.2025, 16:25 ✶
Płomień pierwszej zapałki zamigotał, drgnął… i zgasł.
Ciepła kuchnia rozsypała się jak szklana bańka. Powietrze znowu było lodowate, ciężkie, wilgotne – jakby ta nędzna alejka pożerała całe ciepło wspomnienia.
Lucy stała przez moment nieruchomo, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń, jakby jej ciało zostało tu, ale dusza ciągle była przy stole w Dolinie Godryka. Oczy jej nie błyszczały łzami – ale tylko dlatego, że wspomnienie już dawno wypłukało w niej wszystkie.
Dopiero po chwili odwróciła twarz ku Morpheusowi.
Jej głos był cichy. Drżący.
– Wujku… widziałeś to?
Nie musiał odpowiadać. Widziała po nim.
Chłód nagle zaczął narastać, szarpać ubraniami, gryźć w skórę, jakby znalazła się w samym środku grudniowej zamieci. Dziewczynka – duch, cień, albo coś gorszego – spojrzała na nich tym samym nieobecnym wzrokiem, który mieli ci, którzy nie wiedzą, że umarli.
I odpaliła drugą zapałkę.
Ból uderzył w skronie Lucy jak cios. Zapałka buchnęła bladym światłem, a świat wokół nich gwałtownie rozpłynął się w mlecznej mgle.
Była noc. Jej sypialnia w posiadłości Longbottomów.
Lucy nie potrafiła zasnąć, choć Ministerstwo kategorycznie zabroniło jej jechać na Beltane.
„Jesteś potrzebna w rezerwie, panno Longbottom.”
„Jeśli coś się stanie, wezwą panią.”
Nic nie wołało.
A mimo to coś ją dławiło w piersi jak kamień.
Przewracała się na łóżku. Raz za razem.
Śniły jej się urwane obrazy – twarz ojca, wilgoć lasu, krzyk, którego nie potrafiła zidentyfikować, siostra biegnąca w stronę czegoś, czego Lucy nie widziała.
W pewnym momencie poderwała się gwałtownie. Serce biło jej jak oszalałe. Było jeszcze ciemno, przed świtem.
– Coś jest nie tak! – wyszeptała do pustego pokoju.
Wstała. Ubrała się w panice, byle szybciej. Złapała różdżkę. Nawet nie pomyślała. Po prostu wiedziała, że musi tam być. Że musi coś zrobić.
Chwyciła powietrze do teleportacji.
Nic.
Jakby magia nawet nie drgnęła.
– Nie… nie, nie, nie – szepnęła, próbując jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze.
Nic. Ministerstwo musiało zablokować teleportację z okolic posiadłości, albo coś jeszcze gorszego działo się w samej lokacji Beltane.
Ruszyła biegiem. Przez hol. Przez ogród. Przez furtkę. Nie myśląc, że wygląda jak ktoś, kto uciekł z własnych koszmarów.
Kiedy dotarła na miejsce…
Zatrzymała się gwałtownie.
Ziemia była spalona.
Drzewa – powalone, czarne, jakby piorun przeszedł przez każdy pień. W powietrzu unosił się gryzący zapach spalenizny, krwi i czegoś jeszcze – czegoś ciemnego, złego.
Namioty ratowników, lewitujące nosze, krzyki, płacz, trzask zaklęć leczniczych. Trupy, których nikt jeszcze nie zdążył okryć.
Lucy pobladła.
– Danielle… gdzie jesteś, Danielle… – szepnęła sama do siebie i rzuciła się w tłum.
Szukając, wypytując, zaglądając pod każdy namiot.
Aż w końcu – jakby wyrwana z koszmaru – zobaczyła siostrę. Umorusaną ziemią, spoconą, ale żywą. Leczącą kogoś na brudnym materacu.
Przez ułamek sekundy wszystko w Lucy się rozluźniło.
Tylko przez ten moment.
Bo zaraz potem pojawiła się kolejna myśl. Bezlitosna.
"Gdzie jest ojciec?"
Oczy Danielle rozszerzyły się na jej widok – zaskoczenie, ulga, strach – ale nim zdążyła coś powiedzieć, Lucy już biegła dalej.
W lesie towarzyszył jej Philip, gwiazda Quidditcha, który dołączył do poszukiwań z widoczną tremą i koszulą podartą przez gałęzie. Razem wchodzili coraz głębiej, w obszar spalonego boru, gdzie ziemia parowała od resztek czarnomagii.
W pewnym momencie Philip zamarł i wydał z siebie rozdzierający krzyk.
Coś ruszyło się między drzewami. Wysokie, ciemne, smukłe – sylwetka, której oboje się przestraszyli.
Lucy podniosła różdżkę.
Płomień. Drżenie światła.
A potem… nic.
Nic, co mogłoby być człowiekiem. Może zjawa. Może echo zaklęcia. Może tylko ich lęk.
Philip odmówił iść dalej. Drżał.
Lucy nie mogła zostawić go samego. Wyprowadziła go z lasu.
Wtedy pojawił się patrol aurorów.
Spojrzeli na nią tym spojrzeniem, które zna każdy auror.
Tym, które mówi prawdę, zanim padną słowa.
– Panno Longbottom… proszę usiąść.
– Nie. Powiedzcie mi gdzie on jest.
– Lucy… bardzo nam przykro. Auror Dervin Longbottom…
Świat zgasł.
Jak zapałka.
Ciepła kuchnia rozsypała się jak szklana bańka. Powietrze znowu było lodowate, ciężkie, wilgotne – jakby ta nędzna alejka pożerała całe ciepło wspomnienia.
Lucy stała przez moment nieruchomo, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń, jakby jej ciało zostało tu, ale dusza ciągle była przy stole w Dolinie Godryka. Oczy jej nie błyszczały łzami – ale tylko dlatego, że wspomnienie już dawno wypłukało w niej wszystkie.
Dopiero po chwili odwróciła twarz ku Morpheusowi.
Jej głos był cichy. Drżący.
– Wujku… widziałeś to?
Nie musiał odpowiadać. Widziała po nim.
Chłód nagle zaczął narastać, szarpać ubraniami, gryźć w skórę, jakby znalazła się w samym środku grudniowej zamieci. Dziewczynka – duch, cień, albo coś gorszego – spojrzała na nich tym samym nieobecnym wzrokiem, który mieli ci, którzy nie wiedzą, że umarli.
I odpaliła drugą zapałkę.
Ból uderzył w skronie Lucy jak cios. Zapałka buchnęła bladym światłem, a świat wokół nich gwałtownie rozpłynął się w mlecznej mgle.
Była noc. Jej sypialnia w posiadłości Longbottomów.
Lucy nie potrafiła zasnąć, choć Ministerstwo kategorycznie zabroniło jej jechać na Beltane.
„Jesteś potrzebna w rezerwie, panno Longbottom.”
„Jeśli coś się stanie, wezwą panią.”
Nic nie wołało.
A mimo to coś ją dławiło w piersi jak kamień.
Przewracała się na łóżku. Raz za razem.
Śniły jej się urwane obrazy – twarz ojca, wilgoć lasu, krzyk, którego nie potrafiła zidentyfikować, siostra biegnąca w stronę czegoś, czego Lucy nie widziała.
W pewnym momencie poderwała się gwałtownie. Serce biło jej jak oszalałe. Było jeszcze ciemno, przed świtem.
– Coś jest nie tak! – wyszeptała do pustego pokoju.
Wstała. Ubrała się w panice, byle szybciej. Złapała różdżkę. Nawet nie pomyślała. Po prostu wiedziała, że musi tam być. Że musi coś zrobić.
Chwyciła powietrze do teleportacji.
Nic.
Jakby magia nawet nie drgnęła.
– Nie… nie, nie, nie – szepnęła, próbując jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze.
Nic. Ministerstwo musiało zablokować teleportację z okolic posiadłości, albo coś jeszcze gorszego działo się w samej lokacji Beltane.
Ruszyła biegiem. Przez hol. Przez ogród. Przez furtkę. Nie myśląc, że wygląda jak ktoś, kto uciekł z własnych koszmarów.
Kiedy dotarła na miejsce…
Zatrzymała się gwałtownie.
Ziemia była spalona.
Drzewa – powalone, czarne, jakby piorun przeszedł przez każdy pień. W powietrzu unosił się gryzący zapach spalenizny, krwi i czegoś jeszcze – czegoś ciemnego, złego.
Namioty ratowników, lewitujące nosze, krzyki, płacz, trzask zaklęć leczniczych. Trupy, których nikt jeszcze nie zdążył okryć.
Lucy pobladła.
– Danielle… gdzie jesteś, Danielle… – szepnęła sama do siebie i rzuciła się w tłum.
Szukając, wypytując, zaglądając pod każdy namiot.
Aż w końcu – jakby wyrwana z koszmaru – zobaczyła siostrę. Umorusaną ziemią, spoconą, ale żywą. Leczącą kogoś na brudnym materacu.
Przez ułamek sekundy wszystko w Lucy się rozluźniło.
Tylko przez ten moment.
Bo zaraz potem pojawiła się kolejna myśl. Bezlitosna.
"Gdzie jest ojciec?"
Oczy Danielle rozszerzyły się na jej widok – zaskoczenie, ulga, strach – ale nim zdążyła coś powiedzieć, Lucy już biegła dalej.
W lesie towarzyszył jej Philip, gwiazda Quidditcha, który dołączył do poszukiwań z widoczną tremą i koszulą podartą przez gałęzie. Razem wchodzili coraz głębiej, w obszar spalonego boru, gdzie ziemia parowała od resztek czarnomagii.
W pewnym momencie Philip zamarł i wydał z siebie rozdzierający krzyk.
Coś ruszyło się między drzewami. Wysokie, ciemne, smukłe – sylwetka, której oboje się przestraszyli.
Lucy podniosła różdżkę.
Płomień. Drżenie światła.
A potem… nic.
Nic, co mogłoby być człowiekiem. Może zjawa. Może echo zaklęcia. Może tylko ich lęk.
Philip odmówił iść dalej. Drżał.
Lucy nie mogła zostawić go samego. Wyprowadziła go z lasu.
Wtedy pojawił się patrol aurorów.
Spojrzeli na nią tym spojrzeniem, które zna każdy auror.
Tym, które mówi prawdę, zanim padną słowa.
– Panno Longbottom… proszę usiąść.
– Nie. Powiedzcie mi gdzie on jest.
– Lucy… bardzo nam przykro. Auror Dervin Longbottom…
Świat zgasł.
Jak zapałka.