• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy

[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
16.11.2025, 03:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 22:37 przez Benjy Fenwick.)  
Nie miałem pojęcia, kiedy Gerda zdążyła tak wsiąknąć w analizę fusów, ale patrzyłem na to z czymś pomiędzy rozbawieniem a lekkim niedowierzaniem. Znałem ludzi, którzy wróżyli sobie ze śladów błota na butach, więc paprochy po herbacie nie były jeszcze najdziwniejszym sposobem, jaki widziałem, by zabić nudę, ale nigdy bym nie założył, że to tym zajmiemy się tego wieczoru. Może to była kwestia napięcia przed jutrzejszymi negocjacjami - każde oderwanie uwagi działało jak koło ratunkowe, aby nie analizować tego, co będzie, jeśli nie spodobamy się naszemu kontaktowi. Wydawało mi się raczej jasne, że małżonka mojego przyjaciela potrafiła negocjować, ale w bardzo podobny sposób do mnie, jeśli z definicji uznało się, że negocjacje to proces, w którym druga strona boi się o własne zęby. Roise może miał w sobie trochę więcej finezji, ale także nie był najsubtelniejszym mi znanym człowiekiem, tak właściwie, do głowy przychodziła mi tylko jedna taka osoba - ta, która z pewnością potrafiłaby się tu odnaleźć, ale odsunąłem od siebie tę myśl.
- Mhm. - Mruknąłem, kiedy Geraldine zapytała, ile w tym wszystkim sensu. - Jak w szyciu. - Powiedziałem, ziewając. - Jeden widzi fajeczkę, dlugi nietopesza, tszeci powód do picia.
Napiłbym się - bardzo chętnie, ale najwyraźniej wszyscy mieliśmy być abstynentami, sympatyzując z świeżą panią Greengrass-Yaxley, która na trzeźwo była tak samo urocza i subtelnie dyskretna, co po pijaku. Widziałem, jak znów zerknęła na moją mordę. Normalnie by mnie to zirytowało, ale dziś, przy tej herbacianej ceremonii i całej teatralności tego miejsca, kraju, było mi właściwie wszystko jedno.
- Dzięki, sze mi o nim pszypominasz wslokiem, co pięś sekund. - Mruknąłem pod nosem, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej złośliwości. - Tak, wciąsz tam jest. - Poinformowałem ją rzeczowo, jakbym mówił o pogodzie. Nie wiedziałem, czy bardziej bawiło mnie to, że próbowała udawać, że interpretacja mokrych śmieci po herbacie jest dla niej ciekawa, czy jej mina, kiedy po raz kolejny zerknęła mi na twarz, a właściwie w jedno konkretne miejsce na niej - nic dziwnego - siniaki miały tę paskudną właściwość, że działały jak magnes, a już zwłaszcza tak rozległe i umiejscowione. Nawet nie podniosłem spojrzenia znad własnej filiżanki, i tak wiedziałem, jak wyglądałem, odwróciłem tylko głowę lekko, jakbym próbował to zasłonić włosami, co oczywiście nie miało żadnego sensu.
- Wiesz, sze jeśli fusy zaczynają ci mówiś, czego chcesz się napiś, to powinniśmy wszyscy zacząś się maltwiś? - Mruknąłem, ale bez kąśliwości, raczej z tym zmęczonym, półprzytomnym humorem człowieka, który już dawno powinien spać, ale zakładał, że tej nocy i tak nie zaśnie - bezsenność naprawdę była zmorą. W mojej filiżance też widziałem coś, co odruchowo kojarzyło mi się z upiorem. Może to była ta wróżba i miałem mieć naprawdę przejebaną noc? Cóż. Nigdy nie miałem szczęścia do przepowiedni, nie to, co poniektórzy. Nachyliłem się i spojrzałem w naczynko Gerdy, gdy tylko Roise przestał w nie patrzeć, a jednocześnie przesunąłem palcem po krawędzi własnej filiżanki, bardziej po to, by czymś zająć ręce, niż żeby naprawdę analizować te cholerne fusy. - Wygląda jak czajnik… Albo kanalek w hełmie, ale czajnik to bespieczniejsza intelpletacja. - Powiedziałem, lekko kiwając głową, prawie przyjacielskim tonem, ale pod spodem kryła się gruba warstwa psychicznego zmęczenia. Więcej ekspresji miałem już tylko dla samego faktu, że Ambroise przechodząc za mną poklepał mnie w ramię, jakbym był jego cholernym kuzynem, którego widział raz na pięć lat. Nie miał miejsca, więc musiał mnie dotknąć, ale i tak spojrzałem na niego jak na człowieka, który właśnie mi coś ukradł.
- Jak mnie jeszcze las klepniesz, to sam obudzisz w sobie Macmillana. - Burknąłem przez ramię, ale brzmiało to bardziej jak niezbyt przekonujący żart na wykończeniu, niż ostrzeżenie. - Syrba, sryrba… - Mruknąłem pod nosem. Zmęczenie wkradało się do moich mięśni, do głowy, do całego ciała - wczorajsza noc, dzisiejszy dzień, wszystko naraz. Moje oczy automatycznie przebiegły po, jeszcze lekko wirujących, fusach i, szczerze mówiąc, widziałem w tym jedynie kobietę tańczącą w filiżance. Taką z serbskiej legendy miejskiej - morderczą, dziwnie uśmiechniętą, kręcącą się, żeby przyciągnąć uwagę. Optymistyczne.
- Jakie… - Zacząłem, gdy Geraldine rzuciła „o kurwa, nieźle”, odwróciłem głowę, bo ton miała taki, że można by pomyśleć, że właśnie znalazła w tej kuchni przynajmniej artefakt klasy C, ale przerwałem, kiedy położyła książkę na stole. „Symbole dla początkujących” - a jednak świat miał poczucie humoru.
Kiedy Roise zagwizdał jak czajnik, spojrzałem na niego z mieszaniną zmęczenia i ledwo ukrywanego rozbawienia - akurat dokładnie wtedy, gdy rzucił to swoje „Co mam?”, nie odwracając się nawet do nas.
- Masz szonę, któla nie cielpi helbaty i fusy, któle chcą szeby piła jej więcej. - Rzuciłem w jego stronę. - Wychodzi na to, sze macie konflikt intelesów. - Wskazałem ruchem głowy na czajnik, który wydał z siebie pierwsze ciche, irytujące „pfff”.
Geraldine zajrzała do filiżanki męża, wydając werdykt, a moment później fusy wylądowały przede mną, ja natomiast popatrzyłem na nie z miną człowieka, który już naprawdę nie chciał oceniać niczyjej przyszłości na podstawie resztek liści, ani nadawać sensu brązowym paprochom na dnie jakiegokolwiek naczynka - cudzego, własnego, nieważne.
- Hm… - Mruknąłem, zerkając w resztki naparu. - Lizak albo lód. Nie bombka. Lód s fusów. - Rzuciłem, półżartem, unosząc brew. Pewnie za tę dolewkę. Fusy przemówiły. Tylko szkoda, że nikt z nas nie mówił w ich języku.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (1447), Benjy Fenwick (2294), Geraldine Greengrass-Yaxley (1999)




Wiadomości w tym wątku
[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.11.2025, 10:08
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.11.2025, 20:26
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.11.2025, 21:35
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.11.2025, 23:00
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.11.2025, 22:56
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.11.2025, 15:20
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.11.2025, 21:15
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.11.2025, 03:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa