14.11.2025, 19:33 ✶
Wiedziałem, że robiła to celowo - ten ton, ta drobna złośliwość skrywana pod słodkim uśmiechem, to przeciąganie struny, które w jej wykonaniu zawsze balansowało na granicy niewinnej zabawy i czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego. Zmieniła się, w przeciągu tych kilku chwil, jej oczy były ciemniejsze, moje pewnie też. Kiedy powiedziała, że odwracam kota ogonem, uniosłem brew, tak lekko, że trudno było odczytać, czy to kpina, czy rozbawienie, przynajmniej, dopóki nie zaśmiałem się krótko, chropawo - nic dziwnego - śmiech musiał się przecisnąć przez podrażnione gardło, w którym nadal trzymała się pozostałość po lodowatej wodzie. Opierałem się o oparcie kanapy, otulony trzema kocami, nagrzany jak kamień w kominku, chociaż jeszcze przed chwilą trząsłem się jak idiota.
- Intelesuję się ogonem tylko wtedy, kiedy ktoś pszede mną nim macha. - Mruknąłem z tym półuśmiechem, który ukrywał bardziej instynktowną reakcję. Jasne, że potrafiłem odwrócić kota ogonem - robiłem to całe życie i byłem w tym nieznośnie dobry, ale nie zamierzałem udawać, że jej słowa nie trafiały w punkt. - A ty machasz nim od doblego kwadlansa. - Nie dodałem, że myśl o niej stojącej tak blisko, z mokrą tkaniną przylegającą do skóry, była czymś, co sprawiało, że granica mojej cierpliwości stawała się coraz cieńsza - gdyby została w tych ubraniach, wcale nie byłoby mi łatwiej wytrzymać, niż wtedy, gdyby je z siebie zdjęła i otuliła się kocem. Miała rację - troszczyłem się o nią, ale nie zamierzałem udawać, że to jedyny powód.
- Wiesz co… - Mruknąłem nisko, powstrzymując chęć wywrócenia oczami, ale w końcu „słowo” się rzekło. - Moses wziąś moją suchą koszulę. Tę, któlą sama tu pszyniosłaś… Leszy lasem s lesztą moich szeszy, tych, któle dziś miałem na sobie. Pszebiesz się w łazience, zanim się pszeziębisz. - Mój ton brzmiał niewinnie, ale oboje wiedzieliśmy, że niewinności zostało między nami może na pół oddechu. Wskazałem brodą na stosik rzeczy, które sama przyniosła - moje ciuchy zdjęte na pomoście, zanim poszedłem walczyć z jeziorem. - Nie maltw się. - Dodałem, tonem niby lekkim, chociaż prawda była cięższa. - Nie zwykłem przedwcześnie zlywaś układów, tylko dlatego, sze zaczynają się lobiś skomplikowane. Zwłaszcza takich, któle mają mnie podobno… Ocaliś. - Obietnice, które można złamać albo których można dotrzymać, hm, zasugerowała, że powinienem wybierać te, które mnie nie skrzywdzą, jakby już nie wiedziała, że przez wiele lat pchałem się prosto w ogień. Rzuciła mi rękawicę, świadomie, i obserwowała, czy się po nią pochylę, wciągała mnie w tę grę jak nikt inny, a ja byłem idiotą, bo zawsze brałem udział.
- Masz lację. Powinienem wybielaś takie obietnice, któle mnie nie skszywdzą. - Uśmiechnąłem się krótko. Jej rada o obietnicach szczególnie mnie rozbawiła, bo brzmiała jak coś, czego nigdy bym nie zrobił. - Ale to właśnie te inne mają najwięcej smaku. - Gdyby w tej chwili dotknęła wnętrza mojego nadgarstka, poczułaby przyspieszone tętno, nie zamierzałem jednak ułatwiać jej tego odczytu. Sama wiedziała, jak szybko atmosfera między nami gęstniała, jak łatwo było mi poddać się temu, co od lat wisiało w powietrzu - zawsze byliśmy zawieszeni gdzieś między chłodem a wybuchem, między dystansem a czymś znacznie ciemniejszym.
- Nie mam najmniejszego ploblemu s tym, szeby wlóciś tam i powybijaś te gówno. - Rzuciłem bez potrzeby obijania w bawełnę. Może nie dziś, może nie jutro, ale któregoś wieczoru z przyjemnością zanurzę je w tym samym strachu, który poczułem, kiedy ciągnęły mnie pod wodę - każda decyzja ma swoje konsekwencje, one spróbowały na mnie zapolować, reszta była jasna. Przesunąłem dłonią po karku, czując jeszcze tamten chłód. - Wytłukę je jedno po drugim. Powoli. - Wypowiedziałem to tonem równie lekkim, jak gdyby chodziło o wyrywanie chwastów. Nie było w tym bramy do moralnego dylematu, nie miałem z tym żadnego problemu - one próbowały mnie zabić, ja też spróbuję, tylko skuteczniej - proste równanie. Nie zamierzałem się z tym kryć, zwłaszcza nie przed Prudence, która raczej powinna być w stanie zrozumieć moje myślenie.
To imię faktycznie mogło być zasłoną, ale jej maska i tak nie miała przede mną żadnej wartości. Nie dlatego, że przez nią przenikałem - po prostu nigdy nie próbowała jej trzymać w moim towarzystwie szczególnie mocno. Lubiłem to - lubiłem te wszystkie drobne niekonsekwencje, które robiły z niej kogoś o wiele bardziej interesującego niż ktokolwiek inny.
- Leklamacja do twoich lodziców… Tak, to na pewno pszyniosłoby genialny efekt. - Powiedziałem z takim tonem, który zdradzał, że w mojej głowie przeszła właśnie cała absurdalna wizja tego zdarzenia. - Podejszewam, sze papa Bletchley wyrzuciłby mnie za dszwi, zanim zdąszyłbym powiedzieś „dzień dobry”, zawsze mnie nie tlawił. Zwłaszcza po tamtej akcji. - Wzruszyłem ramionami, nawet nie próbując tego ukrywać. Nie byłem święty, nawet nie próbowałem tak wyglądać. Owszem, troszczyłem się o nią, chociaż nie zawsze umiejętnie, ale to zawsze była tylko połowa prawdy - cała reszta to były moje własne pragnienia, moje słabości, moje impulsy, których nigdy nie próbowałem ubierać w eleganckie uzasadnienia. Nie miałem w sobie tej cnotliwej potrzeby udawania, że jestem kimś lepszym. W życiu wychodziło mi tylko jedno - brać to, co życie akurat rzucało mi pod nogi, a jeśli nie rzucało, to pchać rękę po to samodzielnie.
Było w niej coś, czego nie dało się przecenić - to, że rozumiała nasze niespełnione „co by było, gdyby” i nie próbowała udawać, że czas da się cofnąć.
- Nie dowiemy się. - Przyznałem. - Ale mosemy splawdziś, co da się jeszcze naplawiś. Albo zepsuś, jeśli będzie tszeba.
Noc naprawdę była młoda, a granica, której mieliśmy nie przekroczyć, wyglądała na tak cienką, że wystarczyłoby pochylić się odrobinę bardziej, by przestała istnieć. W końcu wszystko, do czego prowadziła ta rozmowa, miało w sobie smak czegoś, co i tak wymknie się spod kontroli - prędzej czy później, to już nie do końca była moja decyzja - prawda? Nie ja wymyśliłem ten cały celibat, nie ja nim sobie pogrywałem. Opadłem na oparcie fotela tak, jakby wreszcie dopadło mnie całe zmęczenie dnia, ale to nie miało nic wspólnego z druzgotkami ani z zimną wodą - to była ona, jej głos, zaczepny ton, spojrzenie, które nie drgnęło ani o milimetr, gdy mówiła o czarnej magii, rytuałach i partnerach w zbrodni. Zjechałem wzrokiem niżej, zatrzymałem go na mokrej, przylegającej do ciała tkaninie. Nie musiałem nic mówić - to było aż nazbyt oczywiste, dlaczego oddychałem ciężej i nie miało to nic wspólnego z gardłem, które jeszcze niedawno paliła lodowata woda. Kiedy wspomniała o poważnych rytuałach, zrobiła to takim tonem, jakby mówiła o czymś, co powinno budzić respekt, a mnie… Cóż, mnie zwykle bardziej bawiło.
- Powaszne lytuały? - Uniosłem brew. - Zazwyczaj kończyłem je w sposób, któly splawiał, sze nikt nie śmiał nazywaś ich jusz powasznymi, ale jeśli masz balsiej klasyczne podejście… - Przeciągnąłem wzrok po jej ustach. - Mogę się dostosowaś. Na chwilę.
Merlin świadkiem, że mówiła o czymś innym niż zaklęcia, i wiedziała, że wiem, jej spojrzenie wbijało mi się w oczy równo, bez mrugnięcia, jakby badała, jak blisko granicy już stoję.
- Plaktyka… - Zacząłem cicho, niskim, niepoprawnie chropowatym tonem, który brzmiał teraz bardziej jak obietnica niż wypowiedź. - Powiedziałbym laczej, sze teolia bes plaktyki jest jak… Zaklęcie szucone bes intencji. - Nie odwróciłem wzroku, ani na sekundę. - Liznąłem tego i owego. - Przesunąłem powoli językiem po wewnętrznej stronie dolnej wargi, zupełnie nieświadomie, chociaż wyglądało to inaczej. - Skolo coś ma być potęszne i ekscytujące, walto splawdziś, czy naplawdę smakuje tak, jak obiecują, wiesz. - Nie powinienem tak mówić, ale milczenie byłoby kłamstwem, a ja rzadko kłamałem w tych sprawach, byłem zbyt szczery we własnym upadku. Było w tym coś zwierzęcego, coś niestosownego, ale nie zamierzałem udawać potulnego baranka.
Jej oczy zmieniły się niepostrzeżenie - przed chwilą odbijały ogień z kominka, teraz wydawały się głębsze, ciemniejsze, jak studnie, w które człowiek wpadał z pełną świadomością, że nie będzie powrotu - to samo w sobie było sugestią, jedną z tych, których nie trzeba wypowiadać. Może właśnie dlatego pozwoliłem sobie na coś równie otwartego, jak kolejne przesunięcie wzrokiem po jej twarzy, niżej, jeszcze niżej, zatrzymując spojrzenie na miejscu, gdzie mokra tkanina wyjątkowo sugestywnie przylgnęła do jej ciała. Wymowne. Nie trzeba było słów. Czułem, jak mój oddech staje się cięższy, wcale nie przez tamten chłód jeziora, tylko przez to, jak blisko była, jak wyglądała, jak działała na mnie sama świadomość, że patrzy z tą samą nie mrugającą intensywnością, której nie dało się zignorować.
- Zlesztą, jeśli to takie powaszne, by odpowiednio dbaś o standaldy… To chyba powinnaś mi najpielw pokazaś, o jakim poziomie zaangaszowania mówimy. - Westchnąłem, udając, że próbuję przybrać poważny ton, ale kąciki ust i tak uniosły mi się w charakterystycznym, pół zaczepnym uśmiechu. Paradoksalnie - nie musiała mówić więcej - widziałem w jej oczach wszystko, co próbowała ukryć, i wszystko, czego wcale nie ukrywała. Atmosfera zgęstniała do tego stopnia, że kominek przestał mieć znaczenie. To, co było między nami - to grzało o wiele mocniej.
- Łazienka jest za jedynymi innymi dszwiami. - Mruknąłem ciszej, bardziej szorstko. - Idź. Zanim mi się odwidzi to całe bycie słownym. - Wyciągnąłem rękę, nie żeby ją dotknąć, tylko by zaznaczyć gest, kierunek.
- Intelesuję się ogonem tylko wtedy, kiedy ktoś pszede mną nim macha. - Mruknąłem z tym półuśmiechem, który ukrywał bardziej instynktowną reakcję. Jasne, że potrafiłem odwrócić kota ogonem - robiłem to całe życie i byłem w tym nieznośnie dobry, ale nie zamierzałem udawać, że jej słowa nie trafiały w punkt. - A ty machasz nim od doblego kwadlansa. - Nie dodałem, że myśl o niej stojącej tak blisko, z mokrą tkaniną przylegającą do skóry, była czymś, co sprawiało, że granica mojej cierpliwości stawała się coraz cieńsza - gdyby została w tych ubraniach, wcale nie byłoby mi łatwiej wytrzymać, niż wtedy, gdyby je z siebie zdjęła i otuliła się kocem. Miała rację - troszczyłem się o nią, ale nie zamierzałem udawać, że to jedyny powód.
- Wiesz co… - Mruknąłem nisko, powstrzymując chęć wywrócenia oczami, ale w końcu „słowo” się rzekło. - Moses wziąś moją suchą koszulę. Tę, któlą sama tu pszyniosłaś… Leszy lasem s lesztą moich szeszy, tych, któle dziś miałem na sobie. Pszebiesz się w łazience, zanim się pszeziębisz. - Mój ton brzmiał niewinnie, ale oboje wiedzieliśmy, że niewinności zostało między nami może na pół oddechu. Wskazałem brodą na stosik rzeczy, które sama przyniosła - moje ciuchy zdjęte na pomoście, zanim poszedłem walczyć z jeziorem. - Nie maltw się. - Dodałem, tonem niby lekkim, chociaż prawda była cięższa. - Nie zwykłem przedwcześnie zlywaś układów, tylko dlatego, sze zaczynają się lobiś skomplikowane. Zwłaszcza takich, któle mają mnie podobno… Ocaliś. - Obietnice, które można złamać albo których można dotrzymać, hm, zasugerowała, że powinienem wybierać te, które mnie nie skrzywdzą, jakby już nie wiedziała, że przez wiele lat pchałem się prosto w ogień. Rzuciła mi rękawicę, świadomie, i obserwowała, czy się po nią pochylę, wciągała mnie w tę grę jak nikt inny, a ja byłem idiotą, bo zawsze brałem udział.
- Masz lację. Powinienem wybielaś takie obietnice, któle mnie nie skszywdzą. - Uśmiechnąłem się krótko. Jej rada o obietnicach szczególnie mnie rozbawiła, bo brzmiała jak coś, czego nigdy bym nie zrobił. - Ale to właśnie te inne mają najwięcej smaku. - Gdyby w tej chwili dotknęła wnętrza mojego nadgarstka, poczułaby przyspieszone tętno, nie zamierzałem jednak ułatwiać jej tego odczytu. Sama wiedziała, jak szybko atmosfera między nami gęstniała, jak łatwo było mi poddać się temu, co od lat wisiało w powietrzu - zawsze byliśmy zawieszeni gdzieś między chłodem a wybuchem, między dystansem a czymś znacznie ciemniejszym.
- Nie mam najmniejszego ploblemu s tym, szeby wlóciś tam i powybijaś te gówno. - Rzuciłem bez potrzeby obijania w bawełnę. Może nie dziś, może nie jutro, ale któregoś wieczoru z przyjemnością zanurzę je w tym samym strachu, który poczułem, kiedy ciągnęły mnie pod wodę - każda decyzja ma swoje konsekwencje, one spróbowały na mnie zapolować, reszta była jasna. Przesunąłem dłonią po karku, czując jeszcze tamten chłód. - Wytłukę je jedno po drugim. Powoli. - Wypowiedziałem to tonem równie lekkim, jak gdyby chodziło o wyrywanie chwastów. Nie było w tym bramy do moralnego dylematu, nie miałem z tym żadnego problemu - one próbowały mnie zabić, ja też spróbuję, tylko skuteczniej - proste równanie. Nie zamierzałem się z tym kryć, zwłaszcza nie przed Prudence, która raczej powinna być w stanie zrozumieć moje myślenie.
To imię faktycznie mogło być zasłoną, ale jej maska i tak nie miała przede mną żadnej wartości. Nie dlatego, że przez nią przenikałem - po prostu nigdy nie próbowała jej trzymać w moim towarzystwie szczególnie mocno. Lubiłem to - lubiłem te wszystkie drobne niekonsekwencje, które robiły z niej kogoś o wiele bardziej interesującego niż ktokolwiek inny.
- Leklamacja do twoich lodziców… Tak, to na pewno pszyniosłoby genialny efekt. - Powiedziałem z takim tonem, który zdradzał, że w mojej głowie przeszła właśnie cała absurdalna wizja tego zdarzenia. - Podejszewam, sze papa Bletchley wyrzuciłby mnie za dszwi, zanim zdąszyłbym powiedzieś „dzień dobry”, zawsze mnie nie tlawił. Zwłaszcza po tamtej akcji. - Wzruszyłem ramionami, nawet nie próbując tego ukrywać. Nie byłem święty, nawet nie próbowałem tak wyglądać. Owszem, troszczyłem się o nią, chociaż nie zawsze umiejętnie, ale to zawsze była tylko połowa prawdy - cała reszta to były moje własne pragnienia, moje słabości, moje impulsy, których nigdy nie próbowałem ubierać w eleganckie uzasadnienia. Nie miałem w sobie tej cnotliwej potrzeby udawania, że jestem kimś lepszym. W życiu wychodziło mi tylko jedno - brać to, co życie akurat rzucało mi pod nogi, a jeśli nie rzucało, to pchać rękę po to samodzielnie.
Było w niej coś, czego nie dało się przecenić - to, że rozumiała nasze niespełnione „co by było, gdyby” i nie próbowała udawać, że czas da się cofnąć.
- Nie dowiemy się. - Przyznałem. - Ale mosemy splawdziś, co da się jeszcze naplawiś. Albo zepsuś, jeśli będzie tszeba.
Noc naprawdę była młoda, a granica, której mieliśmy nie przekroczyć, wyglądała na tak cienką, że wystarczyłoby pochylić się odrobinę bardziej, by przestała istnieć. W końcu wszystko, do czego prowadziła ta rozmowa, miało w sobie smak czegoś, co i tak wymknie się spod kontroli - prędzej czy później, to już nie do końca była moja decyzja - prawda? Nie ja wymyśliłem ten cały celibat, nie ja nim sobie pogrywałem. Opadłem na oparcie fotela tak, jakby wreszcie dopadło mnie całe zmęczenie dnia, ale to nie miało nic wspólnego z druzgotkami ani z zimną wodą - to była ona, jej głos, zaczepny ton, spojrzenie, które nie drgnęło ani o milimetr, gdy mówiła o czarnej magii, rytuałach i partnerach w zbrodni. Zjechałem wzrokiem niżej, zatrzymałem go na mokrej, przylegającej do ciała tkaninie. Nie musiałem nic mówić - to było aż nazbyt oczywiste, dlaczego oddychałem ciężej i nie miało to nic wspólnego z gardłem, które jeszcze niedawno paliła lodowata woda. Kiedy wspomniała o poważnych rytuałach, zrobiła to takim tonem, jakby mówiła o czymś, co powinno budzić respekt, a mnie… Cóż, mnie zwykle bardziej bawiło.
- Powaszne lytuały? - Uniosłem brew. - Zazwyczaj kończyłem je w sposób, któly splawiał, sze nikt nie śmiał nazywaś ich jusz powasznymi, ale jeśli masz balsiej klasyczne podejście… - Przeciągnąłem wzrok po jej ustach. - Mogę się dostosowaś. Na chwilę.
Merlin świadkiem, że mówiła o czymś innym niż zaklęcia, i wiedziała, że wiem, jej spojrzenie wbijało mi się w oczy równo, bez mrugnięcia, jakby badała, jak blisko granicy już stoję.
- Plaktyka… - Zacząłem cicho, niskim, niepoprawnie chropowatym tonem, który brzmiał teraz bardziej jak obietnica niż wypowiedź. - Powiedziałbym laczej, sze teolia bes plaktyki jest jak… Zaklęcie szucone bes intencji. - Nie odwróciłem wzroku, ani na sekundę. - Liznąłem tego i owego. - Przesunąłem powoli językiem po wewnętrznej stronie dolnej wargi, zupełnie nieświadomie, chociaż wyglądało to inaczej. - Skolo coś ma być potęszne i ekscytujące, walto splawdziś, czy naplawdę smakuje tak, jak obiecują, wiesz. - Nie powinienem tak mówić, ale milczenie byłoby kłamstwem, a ja rzadko kłamałem w tych sprawach, byłem zbyt szczery we własnym upadku. Było w tym coś zwierzęcego, coś niestosownego, ale nie zamierzałem udawać potulnego baranka.
Jej oczy zmieniły się niepostrzeżenie - przed chwilą odbijały ogień z kominka, teraz wydawały się głębsze, ciemniejsze, jak studnie, w które człowiek wpadał z pełną świadomością, że nie będzie powrotu - to samo w sobie było sugestią, jedną z tych, których nie trzeba wypowiadać. Może właśnie dlatego pozwoliłem sobie na coś równie otwartego, jak kolejne przesunięcie wzrokiem po jej twarzy, niżej, jeszcze niżej, zatrzymując spojrzenie na miejscu, gdzie mokra tkanina wyjątkowo sugestywnie przylgnęła do jej ciała. Wymowne. Nie trzeba było słów. Czułem, jak mój oddech staje się cięższy, wcale nie przez tamten chłód jeziora, tylko przez to, jak blisko była, jak wyglądała, jak działała na mnie sama świadomość, że patrzy z tą samą nie mrugającą intensywnością, której nie dało się zignorować.
- Zlesztą, jeśli to takie powaszne, by odpowiednio dbaś o standaldy… To chyba powinnaś mi najpielw pokazaś, o jakim poziomie zaangaszowania mówimy. - Westchnąłem, udając, że próbuję przybrać poważny ton, ale kąciki ust i tak uniosły mi się w charakterystycznym, pół zaczepnym uśmiechu. Paradoksalnie - nie musiała mówić więcej - widziałem w jej oczach wszystko, co próbowała ukryć, i wszystko, czego wcale nie ukrywała. Atmosfera zgęstniała do tego stopnia, że kominek przestał mieć znaczenie. To, co było między nami - to grzało o wiele mocniej.
- Łazienka jest za jedynymi innymi dszwiami. - Mruknąłem ciszej, bardziej szorstko. - Idź. Zanim mi się odwidzi to całe bycie słownym. - Wyciągnąłem rękę, nie żeby ją dotknąć, tylko by zaznaczyć gest, kierunek.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)