12.11.2025, 16:51 ✶
W pierwszej chwili nawet nie zrozumiałem, co się dzieje. Woda była lodowata, ale znajoma - znałem to uczucie, ten ciężar ciszy, kiedy zanurzasz się w czymś, co przez ostatnie godziny, może nawet dni, było niezmącone i całkowicie spokojne. Wpadłem z głośnym pluskiem, być może odczuwając lodowate wrażenie, ale mając z tego całkiem sporo zabawy. Zanurzyłem się głębiej, tylko na moment - woda otuliła mnie całego, szczypiąc w ramiona, jakby chciała sprawdzić, czy rzeczywiście mam na tyle odwagi, by w niej zostać, kiedy wynurzyłem się z powrotem, zdmuchnąłem z ust pasmo włosów i strużkę wody, i parsknąłem śmiechem.
- Ha, ha. Baldzo śmieszne. - Chciałem, żeby zabrzmiało lekko, ale wyszło zbyt sztywno, w moim głosie pobrzmiewała nuta czujności, której sam się nie spodziewałem.
I wtedy to poczułem. Nie od razu, raczej jakby coś delikatnie musnęło mi skórę, ledwie zauważalnie, potem znów, silniej, wyraźniej, coś zimnego i mokrego. Nie miałem różdżki. Zostawiłem ją na pomoście, bo przecież, idiotycznie, myślałem, że to tylko kąpiel i najgorsze, co może się zdarzyć, to skurcz w nodze albo jej sarkastyczny komentarz.
- Plue… - Głos ugrzązł mi w gardle, woda wdarła się do ust. Coś chwyciło mnie za kostkę, zimne, cienkie palce zacisnęły się jak żelazne imadło, odruchowo spróbowałem się szarpnąć, ale w tej samej chwili drugie, trzecie, czwarte coś zacisnęło się na moich nogach. Szarpnąłem się, ponownie, z początku nie z całej siły - głupio, jakby to coś mogło się zawstydzić i odpuścić, ale wtedy poczułem kolejny uścisk. I kolejny. I kolejne. Palce. Dziesiątki małych palców, które chwytały mnie coraz wyżej, po łydkach, po udach. Wciągnąłem powietrze, podwinąłem nogi, uderzyłem piętą na oślep, czując pod stopą coś miękkiego, śliskiego, coś, co puściło, tylko po to, by znowu mnie złapać, więc szarpnąłem się raz jeszcze, z całą siłą, jaka we mnie była. Zdołałem wynurzyć się na moment, chwycić pomost, paznokciami wbić się w mokre drewno. Ich siła była nieludzka. Rwałem się w górę, nogi pracowały, mięśnie paliły jak ogień, ale to coś ciągnęło w dół, w głąb, gdzie woda stawała się gęsta, czarna, jak noc po tamtym pożarze. Tafla nade mną zamknęła się powoli, jakby ktoś zaciągnął firankę.
Uderzyłem pięścią w wodę, na oślep. Czułem, jak pazury - albo kości - drapią mnie po skórze, wbijają się, próbują złapać lepiej. Rwałem, kopałem, ale nic nie dawało. Ich ślepia błyszczały pod wodą, małe, mleczne, jak perły w błocie. Powietrze skończyło się zbyt szybko. Płuca paliły tak, jakby ktoś wbijał we mnie rozżarzone druty. Jeszcze raz, jeszcze jedno szarpnięcie, rozpaczliwe, bez planu - tylko tyle mogłem.
- Ha, ha. Baldzo śmieszne. - Chciałem, żeby zabrzmiało lekko, ale wyszło zbyt sztywno, w moim głosie pobrzmiewała nuta czujności, której sam się nie spodziewałem.
I wtedy to poczułem. Nie od razu, raczej jakby coś delikatnie musnęło mi skórę, ledwie zauważalnie, potem znów, silniej, wyraźniej, coś zimnego i mokrego. Nie miałem różdżki. Zostawiłem ją na pomoście, bo przecież, idiotycznie, myślałem, że to tylko kąpiel i najgorsze, co może się zdarzyć, to skurcz w nodze albo jej sarkastyczny komentarz.
- Plue… - Głos ugrzązł mi w gardle, woda wdarła się do ust. Coś chwyciło mnie za kostkę, zimne, cienkie palce zacisnęły się jak żelazne imadło, odruchowo spróbowałem się szarpnąć, ale w tej samej chwili drugie, trzecie, czwarte coś zacisnęło się na moich nogach. Szarpnąłem się, ponownie, z początku nie z całej siły - głupio, jakby to coś mogło się zawstydzić i odpuścić, ale wtedy poczułem kolejny uścisk. I kolejny. I kolejne. Palce. Dziesiątki małych palców, które chwytały mnie coraz wyżej, po łydkach, po udach. Wciągnąłem powietrze, podwinąłem nogi, uderzyłem piętą na oślep, czując pod stopą coś miękkiego, śliskiego, coś, co puściło, tylko po to, by znowu mnie złapać, więc szarpnąłem się raz jeszcze, z całą siłą, jaka we mnie była. Zdołałem wynurzyć się na moment, chwycić pomost, paznokciami wbić się w mokre drewno. Ich siła była nieludzka. Rwałem się w górę, nogi pracowały, mięśnie paliły jak ogień, ale to coś ciągnęło w dół, w głąb, gdzie woda stawała się gęsta, czarna, jak noc po tamtym pożarze. Tafla nade mną zamknęła się powoli, jakby ktoś zaciągnął firankę.
Uderzyłem pięścią w wodę, na oślep. Czułem, jak pazury - albo kości - drapią mnie po skórze, wbijają się, próbują złapać lepiej. Rwałem, kopałem, ale nic nie dawało. Ich ślepia błyszczały pod wodą, małe, mleczne, jak perły w błocie. Powietrze skończyło się zbyt szybko. Płuca paliły tak, jakby ktoś wbijał we mnie rozżarzone druty. Jeszcze raz, jeszcze jedno szarpnięcie, rozpaczliwe, bez planu - tylko tyle mogłem.
Rzut PO 1d100 - 7
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)