12.11.2025, 16:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2025, 16:23 przez Brenna Longbottom.)
Brenna wierzyła w te przepowiednie: ale chyba nie spodziewała się jak on, że wszystko spłonie. Gdzieś w jej głowie roiły się myśli o ataku na Warownię, na Ministerstwo, może na coś jeszcze w Dolinie. Albo o jakimś nowym szaleństwie, które zamieni Knieję w piekło, bo ogień wypełznie gdzieś z Polany, nazywanej, o ironio, Polaną Ognisk. Może zbyt dosłownie podchodziła do wizji Morpheusa. A może nie chciała uwierzyć w to, jak źle może być.
– Ogień łatwo się rozprzestrzenia – powiedziała, z pewnym zamyśleniem. Czy mogła potępiać takie myślenie? Nie. Jeśli mieli płonąć, pewnie najlepiej dla wszystkich, jeśli ten ogień sięgnie i drugiej strony.
Balansowała teraz na jakiejś dziwnej granicy. Nie mogli zapuścić się z daleko: nie każde z nich przynajmniej. Nie mogli, nie powinni. Ale jednocześnie wiedziała, że są na wojnie, a strat na takiej nie unikniesz, i do licha… była gotowa ponieść je sama.
– Widma wychodzą do Doliny. Odebrały młodość dziecku i Mildred Found. Zabiły parę, już na polu, i obróciły ich ciała w szczątki. Szukają życia. Jak sądzę nie tylko w samych ludziach, ale też… tym, co ci po sobie zostawiają? Nie wiem, jak dokładnie to opisać. Zamieszkały w domu w Kniei i myślę, że próbowały pożywiać się na echach pozostałych po właścicielce, a potem odeszły. Kupiłam ten dom. Przyprowadziłam tam kogoś z twojego wydziału i prosiłam o informacje, ale cóż… Niewymowni – wyliczyła. Mówiła wolniej niż zwykle, bardziej rzeczowo, bez emocji, teraz bardziej raportując to, co mogło się przydać niż prowadząc rozmowę. – Widziałam jak Derwin z nim walczył, a one czaiły się na granicy lasu. Chyba... chyba coś je przyciągnęło z głębi Kniei.
Znowu głos wyzuty z emocji. Widziała. Pamiętała. Jak mogłaby po tym być skłonna do jakichś ustępstw? Pamiętając wuja, chwiejącego się na nogach i istotę, z którą się mierzył, by nie skrzywdziła innych…?
– Potem nie mogłam ich zobaczyć. Mam wrażenie, że dlatego, że nie było w nich dość życia. Może teraz byłoby inaczej. Widziałam je najpierw i teraz… wydaje mi się, że albo ewoluują, albo istnieją różne ich rodzaje. Kręcą się przy Wiśniowej. I reagują jak dementorzy. Jeżeli mogę jakoś pomóc, to cóż, możesz na mnie liczyć.
– Ogień łatwo się rozprzestrzenia – powiedziała, z pewnym zamyśleniem. Czy mogła potępiać takie myślenie? Nie. Jeśli mieli płonąć, pewnie najlepiej dla wszystkich, jeśli ten ogień sięgnie i drugiej strony.
Balansowała teraz na jakiejś dziwnej granicy. Nie mogli zapuścić się z daleko: nie każde z nich przynajmniej. Nie mogli, nie powinni. Ale jednocześnie wiedziała, że są na wojnie, a strat na takiej nie unikniesz, i do licha… była gotowa ponieść je sama.
– Widma wychodzą do Doliny. Odebrały młodość dziecku i Mildred Found. Zabiły parę, już na polu, i obróciły ich ciała w szczątki. Szukają życia. Jak sądzę nie tylko w samych ludziach, ale też… tym, co ci po sobie zostawiają? Nie wiem, jak dokładnie to opisać. Zamieszkały w domu w Kniei i myślę, że próbowały pożywiać się na echach pozostałych po właścicielce, a potem odeszły. Kupiłam ten dom. Przyprowadziłam tam kogoś z twojego wydziału i prosiłam o informacje, ale cóż… Niewymowni – wyliczyła. Mówiła wolniej niż zwykle, bardziej rzeczowo, bez emocji, teraz bardziej raportując to, co mogło się przydać niż prowadząc rozmowę. – Widziałam jak Derwin z nim walczył, a one czaiły się na granicy lasu. Chyba... chyba coś je przyciągnęło z głębi Kniei.
Znowu głos wyzuty z emocji. Widziała. Pamiętała. Jak mogłaby po tym być skłonna do jakichś ustępstw? Pamiętając wuja, chwiejącego się na nogach i istotę, z którą się mierzył, by nie skrzywdziła innych…?
– Potem nie mogłam ich zobaczyć. Mam wrażenie, że dlatego, że nie było w nich dość życia. Może teraz byłoby inaczej. Widziałam je najpierw i teraz… wydaje mi się, że albo ewoluują, albo istnieją różne ich rodzaje. Kręcą się przy Wiśniowej. I reagują jak dementorzy. Jeżeli mogę jakoś pomóc, to cóż, możesz na mnie liczyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.