11.11.2025, 21:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2025, 00:50 przez Peregrinus Trelawney.)
— Millie ma fantazję… — skwitował Peregrinus, lecz nie trzeba było wyjątkowej percepcji, aby dostrzec, że uwaga wróża skierowana jest gdzie indziej.
Czy Peregrinus Trelawney był jednym z tych czarujących jasnowidzów? Zapewne nieszczególnie. Jego obecność była nienachalna, zawsze ściśnięta wewnątrz jego osoby, nienarzucająca się nikomu ani niczemu. Jego sposób bycia nie przypominał głośnego Vakela Dolohova, który każdemu dawał do zrozumienia, jak wiele wie. Trelawney był wycofany; rzadko dawał po sobie poznać, ile naprawdę widzi — bo choć patrzył na ludzi, to gdy oni patrzyli na niego, spojrzenie Peregrinusa uciekało w bok, zabierając ze sobą odszyfrowane sekrety.
Choć tego unikał, czasem można było zaobserwować go patrzącego. Wzrokiem szerokim, nieco rozproszonym, pozbawionym tej charakterystycznej dla niektórych wieszczy skupionej, ostrej przenikliwości. Peregrin zdawał się chwytać wszystko wkoło człowieka, oglądać go z każdej strony, dopasowywać elementy układanki, konstruować z nich pełen obraz.
Nie zatrzymał się na prostym spojrzeniu w niewypowiedziane słowa Basiliusa. Gdy przyjaciel zaczął zdradzać oznaki zdenerwowania piętrzące się jedna za drugą, począwszy od zatrzymania dłoni wpół gestu, Peregrinus znów patrzył wokół uzdrowiciela.
Jego spojrzenie z niewymagającą wysiłku precyzją łowiło kolejne karty lecące z rąk Prewetta. Piki — same piki. Ostre czuby figury zamieniały się w locie w ostrza Mieczy talii tarota i brzęczały w uszach wróża, gdy napotykały powierzchnię jego kuchennego stołu.
Osiem Mieczy, Dziewięć Mieczy, Rycerz Mieczy — każdy opadający z łoskotem ciężaru trosk. Miecze były najbardziej negatywnymi z kart. Opowiadały o trudnościach, smutkach i krzywdach.
Pozbawione oczu, zagubione i bezsilne wśród przeciwności Osiem Mieczy. Zamartwiające się, cierpiące udręki Dziewięć Mieczy, którym spędzono sen z powiek. Rycerz Mieczy, który nie chciał szukać rozwiązania problemu, lecz przeciąć się przez niego; usunąć przeszkodę przy pomocy chłodnej, wysterylizowanej z emocji logiki.
Peregrinus milczał dłuższą chwilę, nie zdejmując wzroku z rąk Basiliusa zabierających karty.
— Nie da się zobaczyć tego po człowieku — powiedział miękko, chcąc go uspokoić… i przyznał się jednocześnie, że coś wywnioskował z tej nerwowości wokół tematu podbitej podszeptami kart. — Zdaje się, że jedynie widzący nici mogą to dostrzec. Jeśli to tym się zamartwiasz.
Podniósł wreszcie wzrok na Basiliusa. Miecze Prewtta brzęczały tymi samymi wątpliwościami, które obijały się do niedawna pod czaszką Trelawneya. Ile jeszcze z siebie miał odnaleźć w Basilu?
— Jeśli zadręczasz się tym, co to znaczy dla ciebie… co mogłoby znaczyć. — Wzruszył ramionami. — Nic. To nie zmieniałoby nic w tym, kim jesteś, więc nie ma potrzeby się dręczyć. Wolisz, żebym ja to zrobił? — zapytał, wyciągając rękę w stronę mężczyzny, gotów przejąć od niego karty.
Czy Peregrinus Trelawney był jednym z tych czarujących jasnowidzów? Zapewne nieszczególnie. Jego obecność była nienachalna, zawsze ściśnięta wewnątrz jego osoby, nienarzucająca się nikomu ani niczemu. Jego sposób bycia nie przypominał głośnego Vakela Dolohova, który każdemu dawał do zrozumienia, jak wiele wie. Trelawney był wycofany; rzadko dawał po sobie poznać, ile naprawdę widzi — bo choć patrzył na ludzi, to gdy oni patrzyli na niego, spojrzenie Peregrinusa uciekało w bok, zabierając ze sobą odszyfrowane sekrety.
Choć tego unikał, czasem można było zaobserwować go patrzącego. Wzrokiem szerokim, nieco rozproszonym, pozbawionym tej charakterystycznej dla niektórych wieszczy skupionej, ostrej przenikliwości. Peregrin zdawał się chwytać wszystko wkoło człowieka, oglądać go z każdej strony, dopasowywać elementy układanki, konstruować z nich pełen obraz.
Nie zatrzymał się na prostym spojrzeniu w niewypowiedziane słowa Basiliusa. Gdy przyjaciel zaczął zdradzać oznaki zdenerwowania piętrzące się jedna za drugą, począwszy od zatrzymania dłoni wpół gestu, Peregrinus znów patrzył wokół uzdrowiciela.
Jego spojrzenie z niewymagającą wysiłku precyzją łowiło kolejne karty lecące z rąk Prewetta. Piki — same piki. Ostre czuby figury zamieniały się w locie w ostrza Mieczy talii tarota i brzęczały w uszach wróża, gdy napotykały powierzchnię jego kuchennego stołu.
Osiem Mieczy, Dziewięć Mieczy, Rycerz Mieczy — każdy opadający z łoskotem ciężaru trosk. Miecze były najbardziej negatywnymi z kart. Opowiadały o trudnościach, smutkach i krzywdach.
Pozbawione oczu, zagubione i bezsilne wśród przeciwności Osiem Mieczy. Zamartwiające się, cierpiące udręki Dziewięć Mieczy, którym spędzono sen z powiek. Rycerz Mieczy, który nie chciał szukać rozwiązania problemu, lecz przeciąć się przez niego; usunąć przeszkodę przy pomocy chłodnej, wysterylizowanej z emocji logiki.
Peregrinus milczał dłuższą chwilę, nie zdejmując wzroku z rąk Basiliusa zabierających karty.
— Nie da się zobaczyć tego po człowieku — powiedział miękko, chcąc go uspokoić… i przyznał się jednocześnie, że coś wywnioskował z tej nerwowości wokół tematu podbitej podszeptami kart. — Zdaje się, że jedynie widzący nici mogą to dostrzec. Jeśli to tym się zamartwiasz.
Podniósł wreszcie wzrok na Basiliusa. Miecze Prewtta brzęczały tymi samymi wątpliwościami, które obijały się do niedawna pod czaszką Trelawneya. Ile jeszcze z siebie miał odnaleźć w Basilu?
— Jeśli zadręczasz się tym, co to znaczy dla ciebie… co mogłoby znaczyć. — Wzruszył ramionami. — Nic. To nie zmieniałoby nic w tym, kim jesteś, więc nie ma potrzeby się dręczyć. Wolisz, żebym ja to zrobił? — zapytał, wyciągając rękę w stronę mężczyzny, gotów przejąć od niego karty.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie