06.11.2025, 17:54 ✶
Patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem, mając świadomość, że takie spojrzenia zostają - te ciche, zawieszone, kiedy człowiek zapamiętuje coś na zawsze. Może to właśnie ten moment będzie mi się śnił, kiedy już dawno przestaniemy mówić do siebie, kiedy las zgaśnie w pamięci, a jezioro przestanie być miejscem, tylko stanie się mglistym obrazem.
- No, jakbym miał tyle czasu, to mosze wleszcie pszeczytałbym coś powasznego. - Powiedziałem półżartem. - Ale wtedy uznałabyś, sze cię zaniedbuję, więc chyba lepiej, jak nie oglądasz tych koszeni. - Mruknąłem z rozbawieniem, rzucając jej krótkie spojrzenie znad ramienia.
Szturchnąłem ją lekko, tylko po to, żeby zrzucić z siebie to napięcie. Fragmenty gałęzi trzeszczały pod naszymi butami, powietrze było wilgotne, pachniało torfem, nocą. Gdy zaczęła żartować o krokach, pokręciłem głową z udawaną rezygnacją.
- Nie jesteś pszewidywalna. - Powiedziałem, odwracając do niej głowę, kiedy rzuciła to z udawanym oburzeniem. - Po plostu cię znam, to, wblew pozolom, bywa jeszcze glośniejsze. - Uśmiechnąłem się, pół żartem, pół z czułością, której wcale nie planowałem. - Na pszykład wiem, sze zalaz powiesz coś w stylu „Wcale nie!”, a potem zlobisz dokładnie to, co myślę, sze zlobisz. - Pokręciłem lekko głową i pociągnąłem ją delikatnie za sobą, kiedy ruszyliśmy w stronę jeziora. Palce, które splatały się z jej palcami, poruszyły się lekko, bezwiednie, jakby sprawdzały, czy naprawdę była przy mnie. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie ten gest, ale nie cofnąłem ręki - to było zbyt naturalne, zbyt ludzkie, by przerywać.
Miałem wrażenie, że im bliżej jeziora, tym więcej wspomnień podchodziło mi do gardła, jak dym. Ta sama ścieżka, tylko cichsza - tam, gdzie kiedyś brzmiał śmiech i trzask ognia, dziś był tylko szum wiatru i kroki w wilgotnych liściach. Prue nie miała o tym pojęcia - i dobrze, nie chciałem mieszać jej spokoju z moimi duchami, a to miejsce wywoływało ich wiele, równie dużo tych dobrych, co także kojarzących się z tym, co już nie miało wrócić. Wilgoć uderzyła mnie w twarz, powietrze zmieniło się, zrobiło się cięższe, zimniejsze, ale czystsze. Gdy wyszliśmy z lasu, księżyc rozlał się na jezioro srebrzystym światłem. Tafla wody była spokojna, ledwie poruszana wiatrem, a po drugiej stronie majaczyła chatka, wciąż stojąca, chociaż dawno nikt o nią nie dbał. To były same obrzeża posiadłości, nieistotne z perspektywy dorosłych ludzi, którzy nie spędzali czasu na biwakowaniu, a jednak dla mnie to miejsce miało w sobie coś z dawnych lat, z tamtego lata, które nigdy już nie miało się powtórzyć. Mój żołądek zacisnął się na wspomnienie, które mnie nagle ogarnęło - lipiec, śmiechy, zimna woda, któryś z chłopaków, klnący, gdy próbował złowić coś większego niż własny but. Zrobiłem krok naprzód, wciąż trzymając jej dłoń. Świat był wtedy prostszy.
- Znośna? - Powtórzyłem pytanie z lekkim rozbawieniem. - Zaleszy, co losumiesz pszes „znośna”. Kiedyś pszychodziliśmy tu latem. Woda była zimna jak diabli, ale i tak nikt nie miał odwagi się pszyznaś, sze malsnie. - Wziąłem głębszy oddech, spoglądając w stronę pomostu. Noc była jasna, prawie przejrzysta, a w powietrzu czuło się chłód od wody, ale jak dla mnie, nie było jeszcze najgorzej. - Myślisz, sze naplawdę chcesz się zanuszyś? - Spytałem. Uśmiechnąłem się krzywo, ale w tym uśmiechu było coś więcej niż tylko rozbawienie. - Mogę wejść pielwszy i to splawdziś, jeśli boisz się, sze zamienisz się w sopel. - Zaoferowałem.
Księżyc oświetlał taflę jeziora, a ja nie mogłem oderwać wzroku od jej sylwetki w tym świetle. Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu - światło księżyca łapało kosmyki jej włosów, odbijało się w oczach, które wyglądały, jakby wchłaniały całe to srebro. Była piękna, w sposób, który zostawał człowiekowi w głowie wtedy, gdy już nie ma prawa zostać. Wiedziałem, że to, co właśnie widziałem - to spojrzenie, chłód jeziora, ten uścisk dłoni, będzie jednym z tych wspomnień, które nie zechcą odejść. Kiedyś, gdy wszystko się skończy, ta noc wróci do mnie w najmniej odpowiednim momencie.
- No, jakbym miał tyle czasu, to mosze wleszcie pszeczytałbym coś powasznego. - Powiedziałem półżartem. - Ale wtedy uznałabyś, sze cię zaniedbuję, więc chyba lepiej, jak nie oglądasz tych koszeni. - Mruknąłem z rozbawieniem, rzucając jej krótkie spojrzenie znad ramienia.
Szturchnąłem ją lekko, tylko po to, żeby zrzucić z siebie to napięcie. Fragmenty gałęzi trzeszczały pod naszymi butami, powietrze było wilgotne, pachniało torfem, nocą. Gdy zaczęła żartować o krokach, pokręciłem głową z udawaną rezygnacją.
- Nie jesteś pszewidywalna. - Powiedziałem, odwracając do niej głowę, kiedy rzuciła to z udawanym oburzeniem. - Po plostu cię znam, to, wblew pozolom, bywa jeszcze glośniejsze. - Uśmiechnąłem się, pół żartem, pół z czułością, której wcale nie planowałem. - Na pszykład wiem, sze zalaz powiesz coś w stylu „Wcale nie!”, a potem zlobisz dokładnie to, co myślę, sze zlobisz. - Pokręciłem lekko głową i pociągnąłem ją delikatnie za sobą, kiedy ruszyliśmy w stronę jeziora. Palce, które splatały się z jej palcami, poruszyły się lekko, bezwiednie, jakby sprawdzały, czy naprawdę była przy mnie. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie ten gest, ale nie cofnąłem ręki - to było zbyt naturalne, zbyt ludzkie, by przerywać.
Miałem wrażenie, że im bliżej jeziora, tym więcej wspomnień podchodziło mi do gardła, jak dym. Ta sama ścieżka, tylko cichsza - tam, gdzie kiedyś brzmiał śmiech i trzask ognia, dziś był tylko szum wiatru i kroki w wilgotnych liściach. Prue nie miała o tym pojęcia - i dobrze, nie chciałem mieszać jej spokoju z moimi duchami, a to miejsce wywoływało ich wiele, równie dużo tych dobrych, co także kojarzących się z tym, co już nie miało wrócić. Wilgoć uderzyła mnie w twarz, powietrze zmieniło się, zrobiło się cięższe, zimniejsze, ale czystsze. Gdy wyszliśmy z lasu, księżyc rozlał się na jezioro srebrzystym światłem. Tafla wody była spokojna, ledwie poruszana wiatrem, a po drugiej stronie majaczyła chatka, wciąż stojąca, chociaż dawno nikt o nią nie dbał. To były same obrzeża posiadłości, nieistotne z perspektywy dorosłych ludzi, którzy nie spędzali czasu na biwakowaniu, a jednak dla mnie to miejsce miało w sobie coś z dawnych lat, z tamtego lata, które nigdy już nie miało się powtórzyć. Mój żołądek zacisnął się na wspomnienie, które mnie nagle ogarnęło - lipiec, śmiechy, zimna woda, któryś z chłopaków, klnący, gdy próbował złowić coś większego niż własny but. Zrobiłem krok naprzód, wciąż trzymając jej dłoń. Świat był wtedy prostszy.
- Znośna? - Powtórzyłem pytanie z lekkim rozbawieniem. - Zaleszy, co losumiesz pszes „znośna”. Kiedyś pszychodziliśmy tu latem. Woda była zimna jak diabli, ale i tak nikt nie miał odwagi się pszyznaś, sze malsnie. - Wziąłem głębszy oddech, spoglądając w stronę pomostu. Noc była jasna, prawie przejrzysta, a w powietrzu czuło się chłód od wody, ale jak dla mnie, nie było jeszcze najgorzej. - Myślisz, sze naplawdę chcesz się zanuszyś? - Spytałem. Uśmiechnąłem się krzywo, ale w tym uśmiechu było coś więcej niż tylko rozbawienie. - Mogę wejść pielwszy i to splawdziś, jeśli boisz się, sze zamienisz się w sopel. - Zaoferowałem.
Księżyc oświetlał taflę jeziora, a ja nie mogłem oderwać wzroku od jej sylwetki w tym świetle. Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu - światło księżyca łapało kosmyki jej włosów, odbijało się w oczach, które wyglądały, jakby wchłaniały całe to srebro. Była piękna, w sposób, który zostawał człowiekowi w głowie wtedy, gdy już nie ma prawa zostać. Wiedziałem, że to, co właśnie widziałem - to spojrzenie, chłód jeziora, ten uścisk dłoni, będzie jednym z tych wspomnień, które nie zechcą odejść. Kiedyś, gdy wszystko się skończy, ta noc wróci do mnie w najmniej odpowiednim momencie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)