06.11.2025, 13:57 ✶
Patrzyłem, jak ostrożnie stawiała kroki, miała te nowe buty - pewnie długo wybierane, starannie dopasowane do wizji „przygodowej wersji Prudence”. Uśmiechnąłem się sam do siebie, znałem ją już na tyle, żeby wiedzieć, że jeśli mogła przygotować się na coś, to zrobi to w stu procentach. Zawsze była gotowa - z planem, z zapasowym planem i jeszcze z jednym awaryjnym, gdyby coś poszło nie tak. Kiedy sięgnęła po moją rękę, jakby to było zupełnie naturalne, poczułem to znajome ukłucie pod żebrami - coś we mnie drgnęło, za cicho, żeby to nazwać. Skóra jej dłoni była ciepła, miękka, ale zarazem pewna, chwyciłem ją mocniej, odruchowo. Tak miało być, tak było dobrze. Uśmiechnąłem się, nawet odważyłem się na coś w rodzaju krótkiego, żartobliwego szturchnięcia ramieniem. Nie patrzyła na mnie, a ja udawałem, że też nie patrzę na nią, chociaż kątem oka śledziłem każdy jej ruch. Miała w sobie coś… Nie wiem, może to to, że próbowała wyglądać pewnie, nawet jeśli coś ją niepokoiło. Po ostatnich wydarzeniach trudno się dziwić - każdy trzask gałęzi brzmiał inaczej, odkąd widzieliśmy, co potrafi ciemna magi, ale dziś chciałem, żeby czuła się spokojna, normalna, a może to ja chciałem się taki czuć. Grałem swoją rolę - tą spokojną, swobodną, trochę bezczelną. Prychnęła cicho, więc pozwoliłem sobie na krótkie parsknięcie śmiechu.
- No, tak, gdybyś oglądała kaszdy koszeń, to ja bym jusz zdąszył wlóciś, zlobić helbatę i zasnąś pszy kominku. - Starałem się brzmieć swobodnie, jak dawniej, jak wtedy, zanim… Zanim wszystko zaczęło pachnieć dymem i żelazem. Uśmiechnąłem się krótko, żeby nie zdradzić, jak bardzo ulżyło mi, że coś wreszcie brzmiało normalnie.
A potem usłyszałem to. Nie od razu - na początku to był tylko cień dźwięku, coś między szeptem wiatru a echem wspomnienia, ale od razu poczułem znajome mrowienie w karku. Te kroki. Nie jej. Nie moje. Odwróciłem wzrok, niby mimochodem, zobaczyłem tylko ciemność, poruszające się liście, nic więcej - nic, co istniało naprawdę. Przełknąłem ślinę, starając się, żeby mój oddech brzmiał naturalnie. Dźwięk wody coraz wyraźniej przebijał się przez wiatr, ale nie tylko on.
- Sto moich kloków. - Odpowiedziałem po chwili, unosząc brew. - Czyli jakieś dwieście twoich, jeśli się postalasz. - Powiedziałem to z rozbawieniem, chociaż gdzieś pod spodem coś zaczynało zgrzytać. Coś z tyłu głowy - cichy szmer, który nie należał ani do wiatru, ani do jeziora. Potem coś się poruszyło, albo mi się zdawało. Spojrzałem w bok, za nią, gdzie cienie były zbyt czarne, a szum drzew wydawał się zbyt bliski. Na moment miałem wrażenie, że znów go słyszę - kroki, powolne, odległe, ale znajome.
Nie. Nie teraz. Nie przy niej. Odwróciłem wzrok, jakbym po prostu coś usłyszał. Może ptaka, może wiatr - tak to wyglądało z zewnątrz. W środku jednak zamarłem. Zamrugałem, wciągnąłem powietrze, aż poczułem zapach wilgotnej ziemi, chłodnej wody. Wróciłem spojrzeniem do niej - jej twarz była spokojna, ufna, jakby nie widziała nic poza ścieżką przed nami, może właśnie to mnie uratowało.
- Jasne, chodźmy. - Rzuciłem z udawaną swobodą i pociągnąłem ją lekko za rękę. - Bo zalaz powiesz, sze cię plowadzę na dlugi koniec świata. - Chciałem, żeby brzmiało to lekko, by przegoniło ciszę, która zaczynała być zbyt gęsta. Przeszliśmy kilka kolejnych metrów, niebo powoli otwierało się między gałęziami, księżyc wisiał wysoko. Noc była jasna, czysta, powietrze pachniało wodą i torfem. Im dalej szliśmy, tym bardziej dało się słyszeć jezioro. Przez moment widziałem w wyobraźni, jak wyglądaliśmy tu wtedy - młodzi, głośni, bezmyślni. Lato pachniało dymem i piwem, a ja śmiałem się tak, że bolały mnie żebra. Teraz wszystko było cichsze. Woda odbijała światło, które rozlewało się po jej powierzchni jak rozlana rtęć. Uśmiechnąłem się lekko, odwracając wzrok od tafli, bo przez chwilę miałem wrażenie, że w jej odbiciu widzę coś, czego nie ma - cień, może tylko drzewo, już po sekundzie znowu byłem spokojny. Przynajmniej z pozoru. W końcu tego właśnie się nauczyłem - udawać, że nic się nie dzieje. Głos miałem lekki, beztroski. A w środku? W środku liczyłem własne kroki, i te drugie, które nie chciały ucichnąć.
- No, tak, gdybyś oglądała kaszdy koszeń, to ja bym jusz zdąszył wlóciś, zlobić helbatę i zasnąś pszy kominku. - Starałem się brzmieć swobodnie, jak dawniej, jak wtedy, zanim… Zanim wszystko zaczęło pachnieć dymem i żelazem. Uśmiechnąłem się krótko, żeby nie zdradzić, jak bardzo ulżyło mi, że coś wreszcie brzmiało normalnie.
A potem usłyszałem to. Nie od razu - na początku to był tylko cień dźwięku, coś między szeptem wiatru a echem wspomnienia, ale od razu poczułem znajome mrowienie w karku. Te kroki. Nie jej. Nie moje. Odwróciłem wzrok, niby mimochodem, zobaczyłem tylko ciemność, poruszające się liście, nic więcej - nic, co istniało naprawdę. Przełknąłem ślinę, starając się, żeby mój oddech brzmiał naturalnie. Dźwięk wody coraz wyraźniej przebijał się przez wiatr, ale nie tylko on.
- Sto moich kloków. - Odpowiedziałem po chwili, unosząc brew. - Czyli jakieś dwieście twoich, jeśli się postalasz. - Powiedziałem to z rozbawieniem, chociaż gdzieś pod spodem coś zaczynało zgrzytać. Coś z tyłu głowy - cichy szmer, który nie należał ani do wiatru, ani do jeziora. Potem coś się poruszyło, albo mi się zdawało. Spojrzałem w bok, za nią, gdzie cienie były zbyt czarne, a szum drzew wydawał się zbyt bliski. Na moment miałem wrażenie, że znów go słyszę - kroki, powolne, odległe, ale znajome.
Nie. Nie teraz. Nie przy niej. Odwróciłem wzrok, jakbym po prostu coś usłyszał. Może ptaka, może wiatr - tak to wyglądało z zewnątrz. W środku jednak zamarłem. Zamrugałem, wciągnąłem powietrze, aż poczułem zapach wilgotnej ziemi, chłodnej wody. Wróciłem spojrzeniem do niej - jej twarz była spokojna, ufna, jakby nie widziała nic poza ścieżką przed nami, może właśnie to mnie uratowało.
- Jasne, chodźmy. - Rzuciłem z udawaną swobodą i pociągnąłem ją lekko za rękę. - Bo zalaz powiesz, sze cię plowadzę na dlugi koniec świata. - Chciałem, żeby brzmiało to lekko, by przegoniło ciszę, która zaczynała być zbyt gęsta. Przeszliśmy kilka kolejnych metrów, niebo powoli otwierało się między gałęziami, księżyc wisiał wysoko. Noc była jasna, czysta, powietrze pachniało wodą i torfem. Im dalej szliśmy, tym bardziej dało się słyszeć jezioro. Przez moment widziałem w wyobraźni, jak wyglądaliśmy tu wtedy - młodzi, głośni, bezmyślni. Lato pachniało dymem i piwem, a ja śmiałem się tak, że bolały mnie żebra. Teraz wszystko było cichsze. Woda odbijała światło, które rozlewało się po jej powierzchni jak rozlana rtęć. Uśmiechnąłem się lekko, odwracając wzrok od tafli, bo przez chwilę miałem wrażenie, że w jej odbiciu widzę coś, czego nie ma - cień, może tylko drzewo, już po sekundzie znowu byłem spokojny. Przynajmniej z pozoru. W końcu tego właśnie się nauczyłem - udawać, że nic się nie dzieje. Głos miałem lekki, beztroski. A w środku? W środku liczyłem własne kroki, i te drugie, które nie chciały ucichnąć.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)