05.11.2025, 14:36 ✶
Alexander się szykował na Mabon, a jakże. Jego pojęcie "szykowania się" różniło się jednak od "szykowania się" w wydaniu Lorien, która miała już zapewne gotowy makijaż, włosy, wieczorną kreację... Alexander wciąż jeszcze był w podkoszulku, na który miał włożyć koszulę. Miał też na sobie, co prawda, spodnie od garnituru, ale wydały mu się wytarte, więc wybebeszył wnętrze szafy w poszukiwaniu bardziej wyjściowej pary. No tak, w Mulciber Manor pozostawił w większości ubrania albo nazbyt swobodne, albo przesadnie wręcz eleganckie. Resztę swoich rzeczy trzymał przecież w mieszkaniu, które spłonęło. Nie zdążył obstalować sobie nowej garderoby. W końcu na drzwiach szafy zawisła jednak nieco zbyt formalna jak na jego gust szata, przypominająca frak. Nie żeby przesadnie różniła się od tego, co zwykł nosić na co dzień, a jednak konserwatywny krój kamizelki kojarzył mu się z ojcem, który znajdował upodobanie w podobnych strojach. A niech będzie i tak, pomyślał, zobojętniały. Nikt nie zarzuci mu przynajmniej, że traktuje rodzinne zobowiązania bez należytej powagi. Bo przecież zamiast wysuszyć lekko wilgotne włosy, leżał rozwalony na pokrytej miękkimi dywanami podłodze, próbując rozczytać własne, pomazane notatki na marginesach wysłużonego wydania Speculum Samsarae.
Praca czy może przyjemność? Dla Alexandra nie było różnicy.
Ranek spędził jednak zaszyty przed wszystkimi w gabinecie ojca, gdzie dokończył w spokoju lekturę miesięcznych raportów z działalności rodzinnej firmy. Zauważył, że coraz lepiej idzie mu przedzieranie się przez zawarte w nich zawiłości. Wciąż potrzebował do tego skupienia. A dzisiaj... Dzisiaj trudno było mu się skupić. Martwy zwykle dom może i nie ożył, ale wydawał się jak gdyby nieco mniej martwy. Myśli Alexandra zajmowała zbliżająca się kolacja z okazji Mabon. Na początku sceptycznie podszedł do zaangażowania Scarlett, która wyraziła zainteresowanie organizacją rodzinnego spotkania. Nie zamierzał jednak spragnionemu rodzinnego ciepła dziewczęciu wzbraniać miejsca przy domowym ognisku. Rolą kobiety było stać na straży tego ognia, podtrzymywać jego płomię, a Scarlett wchodziła przecież w ten wrażliwy wiek, w którym dziewczęta zaczynały przeobrażać się w kobiety. Zamiast przyjęć dla lalek, zaczynały organizować bale charytatywne, albo, tak jak w przypadku Lorien: zamiast na pozorowanych procesach wydawać wyroki śmierci na magiczne figurki z kolekcji Alexa, zasiąść przychodziło im w ławach Wizengamotu, gdzie można się było bawić się dalece ciekawszym zabaweczkami. Takie, które roniły prawdziwe łzy, czuły prawdziwy ból. Dokładnie tak jak dziewczynki, gdy stawały się kobietami.
Niech Scarlett ma swoją kolację, pomyślał, sięgając po małe, czarne zwierciadełko, z którego często wróżył. W niczym nie przypominało monumentalnej, czarnej tafli potrójnego lustra przekazanego mu przez matkę. To byłoby tak, jak gdyby przeciwstawić morskiej głębinie płyciznę kałuży. Nie, niewielkich rozmiarów lusterko bardziej było podobnym do wypolerowanego kamienia, wyślizganej przez wodę skały, którą morze wyrzuciło na brzeg. Na wpół leżący pośród rozrzuconych na podłodze poduszek Alexander ustawił je jednak w taki sposób, aby mogło odbijać jaskrawe jesienne słońce, którego resztki chowały się właśnie za horyzontem. Jego promienie raziły go w oczy, ale Alexander wpatrywał się w nie, starając się nie mrużyć powiek. Starając się nie mrugać. Przez chwilę wyobrażał sobie, jak idzie przez zalane słońcem wrzosowisko, ale wiedział, że musi iść dalej. Dalej, tam gdzie rósł wrotycz, maciejka i mniszek. Dalej, aż do...
Ocknął się, posłyszawszy pukanie do drzwi. Od razu wiedział, że to Lorien. Nie wiedział, jak doszedł do tego wniosku, po prostu wiedział, że za drzwiami czeka na niego właśnie siostra. Odłożył na bok lusterko i porzuconą książkę, która wciąż otwarta, spoczywała do tej pory na jego piersi, a potem przymknął zmęczone oczy, ucisnąwszy kciukiem nasadę nosa.
– Proszę, wejdź – wyrzekł, po czym uniósł się nieco na poduszkach, pan na swym barłogu, na audiencję nieprzygotowany, ale przecież nie była to zwykła audiencja. W końcu zapraszał do siebie Lorien. Spłynęła na jego ramię niby ptaszyna, jak gdyby Mulciber Manor było dla niej gniazdem uwitym z gałęzi, traw i pierza. Powtykałby w nie kłaki wydarte z futer dzikich zwierząt, niesione przez wiatr liście, byleby poczuła się bezpieczną. Spodziewał się, że zechce porozmawiać o kolacji. Wciąż pół siedząc, pół leżąc, czekał więc, aż Lorien zasiądzie na podłodze u jego boku. Może złoży głowę na jego piersi, może oprze się o ramię... Ale tego, że poliże go po policzku, nie spodziewał się.
Otworzył oczy.
Z jego gardła wydostał się zduszony śmiech, jak gdyby nie dowierzał temu, co widzi. Przytrzymał delikatnie puchatego szczeniaka, który radośnie popiskując, witał się z nim, trącając ręce i twarz wilgotnym noskiem. Podniósłszy się do siadu, Alexander przesunął dłonią wzdłuż psiego grzbietu, zatapiając palce w miękkiej sierści. "Nazywa się Łajka", równie miękko oznajmiła Lorien. Alexander skinął tylko głową. Potargał aksamitne uszy szczeniaka, jedno z nich urokliwie przyklapnięte. Aż trzęsły się z ekscytacji, podobnie jak i ogon, który wciąż pozostawał w ruchu. Gdyby nie to, pewnie i na nim wywiązano by pasującą kokardę, pomyślał z rozczuleniem, pozwalając przytulić się do siebie rozemocjowanemu zwierzątku.
"Wesołego Mabon, Alexandrze."
Wyciągnął wolną rękę w stronę Lorien, jak gdyby prosił, żeby podeszła bliżej. Nie podnosząc się z podłogi, przyciągnął ją do siebie i przytulił. Nie był w stanie wydusić z siebie żadnych słów. Jeszcze nie. Po prostu chciał, żeby była blisko.
Praca czy może przyjemność? Dla Alexandra nie było różnicy.
Ranek spędził jednak zaszyty przed wszystkimi w gabinecie ojca, gdzie dokończył w spokoju lekturę miesięcznych raportów z działalności rodzinnej firmy. Zauważył, że coraz lepiej idzie mu przedzieranie się przez zawarte w nich zawiłości. Wciąż potrzebował do tego skupienia. A dzisiaj... Dzisiaj trudno było mu się skupić. Martwy zwykle dom może i nie ożył, ale wydawał się jak gdyby nieco mniej martwy. Myśli Alexandra zajmowała zbliżająca się kolacja z okazji Mabon. Na początku sceptycznie podszedł do zaangażowania Scarlett, która wyraziła zainteresowanie organizacją rodzinnego spotkania. Nie zamierzał jednak spragnionemu rodzinnego ciepła dziewczęciu wzbraniać miejsca przy domowym ognisku. Rolą kobiety było stać na straży tego ognia, podtrzymywać jego płomię, a Scarlett wchodziła przecież w ten wrażliwy wiek, w którym dziewczęta zaczynały przeobrażać się w kobiety. Zamiast przyjęć dla lalek, zaczynały organizować bale charytatywne, albo, tak jak w przypadku Lorien: zamiast na pozorowanych procesach wydawać wyroki śmierci na magiczne figurki z kolekcji Alexa, zasiąść przychodziło im w ławach Wizengamotu, gdzie można się było bawić się dalece ciekawszym zabaweczkami. Takie, które roniły prawdziwe łzy, czuły prawdziwy ból. Dokładnie tak jak dziewczynki, gdy stawały się kobietami.
Niech Scarlett ma swoją kolację, pomyślał, sięgając po małe, czarne zwierciadełko, z którego często wróżył. W niczym nie przypominało monumentalnej, czarnej tafli potrójnego lustra przekazanego mu przez matkę. To byłoby tak, jak gdyby przeciwstawić morskiej głębinie płyciznę kałuży. Nie, niewielkich rozmiarów lusterko bardziej było podobnym do wypolerowanego kamienia, wyślizganej przez wodę skały, którą morze wyrzuciło na brzeg. Na wpół leżący pośród rozrzuconych na podłodze poduszek Alexander ustawił je jednak w taki sposób, aby mogło odbijać jaskrawe jesienne słońce, którego resztki chowały się właśnie za horyzontem. Jego promienie raziły go w oczy, ale Alexander wpatrywał się w nie, starając się nie mrużyć powiek. Starając się nie mrugać. Przez chwilę wyobrażał sobie, jak idzie przez zalane słońcem wrzosowisko, ale wiedział, że musi iść dalej. Dalej, tam gdzie rósł wrotycz, maciejka i mniszek. Dalej, aż do...
Ocknął się, posłyszawszy pukanie do drzwi. Od razu wiedział, że to Lorien. Nie wiedział, jak doszedł do tego wniosku, po prostu wiedział, że za drzwiami czeka na niego właśnie siostra. Odłożył na bok lusterko i porzuconą książkę, która wciąż otwarta, spoczywała do tej pory na jego piersi, a potem przymknął zmęczone oczy, ucisnąwszy kciukiem nasadę nosa.
– Proszę, wejdź – wyrzekł, po czym uniósł się nieco na poduszkach, pan na swym barłogu, na audiencję nieprzygotowany, ale przecież nie była to zwykła audiencja. W końcu zapraszał do siebie Lorien. Spłynęła na jego ramię niby ptaszyna, jak gdyby Mulciber Manor było dla niej gniazdem uwitym z gałęzi, traw i pierza. Powtykałby w nie kłaki wydarte z futer dzikich zwierząt, niesione przez wiatr liście, byleby poczuła się bezpieczną. Spodziewał się, że zechce porozmawiać o kolacji. Wciąż pół siedząc, pół leżąc, czekał więc, aż Lorien zasiądzie na podłodze u jego boku. Może złoży głowę na jego piersi, może oprze się o ramię... Ale tego, że poliże go po policzku, nie spodziewał się.
Otworzył oczy.
Z jego gardła wydostał się zduszony śmiech, jak gdyby nie dowierzał temu, co widzi. Przytrzymał delikatnie puchatego szczeniaka, który radośnie popiskując, witał się z nim, trącając ręce i twarz wilgotnym noskiem. Podniósłszy się do siadu, Alexander przesunął dłonią wzdłuż psiego grzbietu, zatapiając palce w miękkiej sierści. "Nazywa się Łajka", równie miękko oznajmiła Lorien. Alexander skinął tylko głową. Potargał aksamitne uszy szczeniaka, jedno z nich urokliwie przyklapnięte. Aż trzęsły się z ekscytacji, podobnie jak i ogon, który wciąż pozostawał w ruchu. Gdyby nie to, pewnie i na nim wywiązano by pasującą kokardę, pomyślał z rozczuleniem, pozwalając przytulić się do siebie rozemocjowanemu zwierzątku.
"Wesołego Mabon, Alexandrze."
Wyciągnął wolną rękę w stronę Lorien, jak gdyby prosił, żeby podeszła bliżej. Nie podnosząc się z podłogi, przyciągnął ją do siebie i przytulił. Nie był w stanie wydusić z siebie żadnych słów. Jeszcze nie. Po prostu chciał, żeby była blisko.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat