01.11.2025, 03:11 ✶
Dora stała i patrzyła na swoje ręce, z uwagą studiując skórę, ale nie zastanawiała się nad tym, czy przypadkiem nie wyskoczą jej zaraz jakieś dziwaczne bąble, albo w ogóle cała się w niego nie zmieni. Chociaż może nabranie obłego kształtu mniej by ją skonsternowało niż nuty zapachowe, jakie udało się jej wyłowić z rozpływającej w palcach mikstury.
Podniosła na Brennę oczy, szeroko otwarte i błysnące jak galeony, w których czaiło się bezbrzeżne zdziwienie, ale też jakiś zalążek stresu. Kwiaty księżycowej rosy nie były niczym strasznym, podobnie z resztą jak przeleżała woda różana. To dopiero to, co czaiło się gdzieś dalej, pod spodem. Dopiero kiedy Longbottom rzuciła jej na ręce zieloną materiał, dziewczyna nabrała ostro powietrza w płuca, jakby wyrwana z zawieszenia.
- Krew, w tym jest krew - wyszeptała, może nie lękliwie, ale był w tych słowach wyraźny niepokój. Nie podobało się jej to odkrycie. Krew wcale nie musiała być takim złym składnikiem, ale popielny zapach świadczył o tym, ze nie było w tym niczego dobrego. Zaczęła posłusznie wycierać ręce, ale po wyrazie twarzy dało się wyłapać, że myślała nad czymś intensywnie. - Na pewno ludzka... może... może i nawet jakiegoś bardzo czystego stworzenia, jak jednorożec. Ktokolwiek zrobił ten eliksir, musiał kogoś zabić, żeby pozyskać ten składnik - głos wciąż był cichy i ledwo słyszalny, przede wszystkim dlatego że nie chciała, by ktokolwiek inny podłapał jej słowa, nawet jeśli wydawało się jej że są tutaj same. Przynajmniej w tej części ogrodu.
- Ktoś specjalnie tu podłożył tę fiolkę, ale... ale po co? Czemu akurat te róże? Wątpię, żeby to była przecież obsługa - wyraz twarzy Dory zmienił się, na nieco bardziej zacięty, kiedy jeszcze przez moment międliła szmatkę w dłoniach, zanim rozejrzała się uważnie na prawo i lewo. Kucnęła znowu i wyciągnęła sekator, żeby uciąć kwiat z łodyżką i liśćmi, a kiedy to zrobiła, zawinęła go w zielonkawy materiał i schowała, chociaż wyglądała tak jakby właśnie ukrywała jakieś narzędzie zbrodni. Nie czyjejś - swojej.
Podniosła na Brennę oczy, szeroko otwarte i błysnące jak galeony, w których czaiło się bezbrzeżne zdziwienie, ale też jakiś zalążek stresu. Kwiaty księżycowej rosy nie były niczym strasznym, podobnie z resztą jak przeleżała woda różana. To dopiero to, co czaiło się gdzieś dalej, pod spodem. Dopiero kiedy Longbottom rzuciła jej na ręce zieloną materiał, dziewczyna nabrała ostro powietrza w płuca, jakby wyrwana z zawieszenia.
- Krew, w tym jest krew - wyszeptała, może nie lękliwie, ale był w tych słowach wyraźny niepokój. Nie podobało się jej to odkrycie. Krew wcale nie musiała być takim złym składnikiem, ale popielny zapach świadczył o tym, ze nie było w tym niczego dobrego. Zaczęła posłusznie wycierać ręce, ale po wyrazie twarzy dało się wyłapać, że myślała nad czymś intensywnie. - Na pewno ludzka... może... może i nawet jakiegoś bardzo czystego stworzenia, jak jednorożec. Ktokolwiek zrobił ten eliksir, musiał kogoś zabić, żeby pozyskać ten składnik - głos wciąż był cichy i ledwo słyszalny, przede wszystkim dlatego że nie chciała, by ktokolwiek inny podłapał jej słowa, nawet jeśli wydawało się jej że są tutaj same. Przynajmniej w tej części ogrodu.
- Ktoś specjalnie tu podłożył tę fiolkę, ale... ale po co? Czemu akurat te róże? Wątpię, żeby to była przecież obsługa - wyraz twarzy Dory zmienił się, na nieco bardziej zacięty, kiedy jeszcze przez moment międliła szmatkę w dłoniach, zanim rozejrzała się uważnie na prawo i lewo. Kucnęła znowu i wyciągnęła sekator, żeby uciąć kwiat z łodyżką i liśćmi, a kiedy to zrobiła, zawinęła go w zielonkawy materiał i schowała, chociaż wyglądała tak jakby właśnie ukrywała jakieś narzędzie zbrodni. Nie czyjejś - swojej.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.