30.10.2025, 23:33 ✶
Ostatnim razem, gdy wspólnie znaleźli się tak blisko tych nieszczęsnych dworkowych zabudowań, rzeczywiście weszli tutaj jako zupełnie inni ludzie. Nie sprzyjali sobie nawzajem, trudno byłoby nawet powiedzieć, że byli sojusznikami, choć traf losu sprawił, że z kilkuosobowej grupy, jaka teoretycznie miała podjąć się tamtego zlecenia, na miejscu zbiórki stanęli tylko oni dwoje. To była również ich wspólna decyzja, żeby mimo wszystko kontynuować to, po co tu przybyli. A więc może w rzeczywistości umieli dogadać się również przed opuszczeniem terenów posiadłości?
Najpewniej tak. Ba, z pewnością potrafili to robić. W końcu zdarzyło im się rozmawiać w całkowicie normalny, bardzo lekki i towarzyski sposób, zanim sami skomplikowali sobie własną znajomość, obracając ją o sto osiemdziesiąt stopni. A później robiąc jeszcze jeden obrót, choć niestety nie do końca pełny. Od niechęci przeszli do koleżeństwa, nawet jeśli nie takie mieli wtedy oczekiwania i nie było to dla nich całkowicie naturalne.
W tym momencie, gdy myślał o tamtych chwilach tuż po wszystkich wydarzeniach, na usta z pewnością cisnęło mu się coś zupełnie kontrastowego wobec tego, co wtedy mówił. Za cholerę nie opuścili dworku jako przyjaciele. Nie, tamtego dnia nie tylko wcielili się w rolę nieszczęśliwych, tragicznych i zagubionych kochanków. Oni nimi byli.
W końcu przez wiele miesięcy miotali się pomiędzy różnymi bardzo silnymi uczuciami. Od początkowego zrozumienia i niezaprzeczalnej chemii, poprzez wspólne niespodziewane przejścia, przez dłuższy czas pełen gniewu i frustracji, aż do tej rzekomej przyjaźni, która w gruncie rzeczy jednocześnie nauczyła ich sporo o sobie nawzajem, ale także bez wątpienia napsuła im krew. Była za ciasna, nazbyt dusząca. Ta rama, w którą się wciskali nigdy tak naprawdę nie należała do nich.
Być może jednocześnie byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi, rozumieli się w końcu jak mało kto, ostatnio nawet przyjmując tę teorię o łączącej ich metafizycznej więzi. Ale jednak nie dało się ukryć, że przez własne skołowanie po wyjściu z posiadłości zaczęli używać niewłaściwego słownictwa, idąc w błędną narrację, podczas gdy od pierwszego dnia myślał wyłącznie o tym jednym.
- Miałem wyjątkowo dużo szczęścia, ma moitié, nie przeczę, ale... - Kląsnął językiem o podniebienie, uznając, że nie musi kontynuować, bo z pewnością i tak wiedział, co miał teraz na myśli.
Za to ta jej kolejna wypowiedź...
- Pocałowałabyś mnie wtedy? - Odbił, nic sobie nie robiąc z sugestii, że to z pewnością nie byłby taki wieczny sen.
Nie, ani przez chwilę nie wątpił, że gdyby nie chybiła, mogłaby go zabić. Mimo to, tak się nie stało, więc mógł zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Przynajmniej jeszcze przez ten kawałek drogi, jaki dzielił ich od docelowego miejsca, choć Roise już teraz zaczynał odczuwać ten specyficzny rodzaj napięcia, zanurzając się w panującym tu klimacie.
- Zawsze było tu tak urokliwie? - Spytał, kierując słowa głównie do Riny, chociaż wydawało mu się całkiem prawdopodobne, że Benjy również mógł być tu kiedyś za dzieciaka.
W gruncie rzeczy, Ambroise zwrócił wzrok w kierunku żony wyłącznie przez to, ile lat mogło dzielić te dwie różne perspektywy, dwie wizyty. Oni byli tu wcale nie aż tak bardzo dawno. To było sześć lat, nie ponad półtorej dekady. A jednak wydawało mu się, że posiadłość była wtedy jakby mniej zdziczała.
Chociaż...
...no, właśnie. Wtedy wystarczyło, że przekroczyli granicę bramy, wchodząc na trawnik, aby iluzja zaczęła działać. Ogród stał się bardziej wypielęgnowany, dom błyszczał, nawet jeśli wspomnienia Greengrassa po tym etapie robiły się stopniowo coraz bardziej mgliste i niewyraźne. Możliwe, że tak odbierał tę nieruchomość, bo po prostu zabarwił ją wraz z upływem czasu, mieszając rzeczywistość z majakami.
Teraz był trochę bardziej świadomy tego, gdzie przyszło im wkroczyć, więc być może postawił bardziej ostrożne kroki, ale...
...nic się nie stało. W oddechu, jaki zaczerpnął nie było jednak zbyt wiele ulgi. Słowa, jakie padły z ust Benjy'ego niosły ze sobą stanowczo zbyt ciężkie znaczenie, aby tak po prostu można było machnąć na nie ręką i stwierdzić chodźmy dalej. A odpowiedź Riny? No właśnie. Skąd mieli mieć pewność, że zaraz wszyscy nie przeżyją jakiejś iluzorycznej pętli? I to nowej, nie starej?
- Jest jakiś sposób, żeby to sprawdzić, zanim wejdziemy głębiej? - Spytał, przypatrując się to jednej, to drugiej osobie. - Poprzednio wszystko zaczęło się jeszcze w ogrodzie, ale skoro sam mówisz, że tym razem może być inaczej - musieli rozważać wszystkie alternatywne możliwości, prawda?
Tym bardziej, że teraz mieli już co stracić. Nie chciał ryzykować dla nieruchomości. Być może był materialistą, co tu ukrywać, ale nie aż takim.
Najpewniej tak. Ba, z pewnością potrafili to robić. W końcu zdarzyło im się rozmawiać w całkowicie normalny, bardzo lekki i towarzyski sposób, zanim sami skomplikowali sobie własną znajomość, obracając ją o sto osiemdziesiąt stopni. A później robiąc jeszcze jeden obrót, choć niestety nie do końca pełny. Od niechęci przeszli do koleżeństwa, nawet jeśli nie takie mieli wtedy oczekiwania i nie było to dla nich całkowicie naturalne.
W tym momencie, gdy myślał o tamtych chwilach tuż po wszystkich wydarzeniach, na usta z pewnością cisnęło mu się coś zupełnie kontrastowego wobec tego, co wtedy mówił. Za cholerę nie opuścili dworku jako przyjaciele. Nie, tamtego dnia nie tylko wcielili się w rolę nieszczęśliwych, tragicznych i zagubionych kochanków. Oni nimi byli.
W końcu przez wiele miesięcy miotali się pomiędzy różnymi bardzo silnymi uczuciami. Od początkowego zrozumienia i niezaprzeczalnej chemii, poprzez wspólne niespodziewane przejścia, przez dłuższy czas pełen gniewu i frustracji, aż do tej rzekomej przyjaźni, która w gruncie rzeczy jednocześnie nauczyła ich sporo o sobie nawzajem, ale także bez wątpienia napsuła im krew. Była za ciasna, nazbyt dusząca. Ta rama, w którą się wciskali nigdy tak naprawdę nie należała do nich.
Być może jednocześnie byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi, rozumieli się w końcu jak mało kto, ostatnio nawet przyjmując tę teorię o łączącej ich metafizycznej więzi. Ale jednak nie dało się ukryć, że przez własne skołowanie po wyjściu z posiadłości zaczęli używać niewłaściwego słownictwa, idąc w błędną narrację, podczas gdy od pierwszego dnia myślał wyłącznie o tym jednym.
- Miałem wyjątkowo dużo szczęścia, ma moitié, nie przeczę, ale... - Kląsnął językiem o podniebienie, uznając, że nie musi kontynuować, bo z pewnością i tak wiedział, co miał teraz na myśli.
Za to ta jej kolejna wypowiedź...
- Pocałowałabyś mnie wtedy? - Odbił, nic sobie nie robiąc z sugestii, że to z pewnością nie byłby taki wieczny sen.
Nie, ani przez chwilę nie wątpił, że gdyby nie chybiła, mogłaby go zabić. Mimo to, tak się nie stało, więc mógł zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Przynajmniej jeszcze przez ten kawałek drogi, jaki dzielił ich od docelowego miejsca, choć Roise już teraz zaczynał odczuwać ten specyficzny rodzaj napięcia, zanurzając się w panującym tu klimacie.
- Zawsze było tu tak urokliwie? - Spytał, kierując słowa głównie do Riny, chociaż wydawało mu się całkiem prawdopodobne, że Benjy również mógł być tu kiedyś za dzieciaka.
W gruncie rzeczy, Ambroise zwrócił wzrok w kierunku żony wyłącznie przez to, ile lat mogło dzielić te dwie różne perspektywy, dwie wizyty. Oni byli tu wcale nie aż tak bardzo dawno. To było sześć lat, nie ponad półtorej dekady. A jednak wydawało mu się, że posiadłość była wtedy jakby mniej zdziczała.
Chociaż...
...no, właśnie. Wtedy wystarczyło, że przekroczyli granicę bramy, wchodząc na trawnik, aby iluzja zaczęła działać. Ogród stał się bardziej wypielęgnowany, dom błyszczał, nawet jeśli wspomnienia Greengrassa po tym etapie robiły się stopniowo coraz bardziej mgliste i niewyraźne. Możliwe, że tak odbierał tę nieruchomość, bo po prostu zabarwił ją wraz z upływem czasu, mieszając rzeczywistość z majakami.
Teraz był trochę bardziej świadomy tego, gdzie przyszło im wkroczyć, więc być może postawił bardziej ostrożne kroki, ale...
...nic się nie stało. W oddechu, jaki zaczerpnął nie było jednak zbyt wiele ulgi. Słowa, jakie padły z ust Benjy'ego niosły ze sobą stanowczo zbyt ciężkie znaczenie, aby tak po prostu można było machnąć na nie ręką i stwierdzić chodźmy dalej. A odpowiedź Riny? No właśnie. Skąd mieli mieć pewność, że zaraz wszyscy nie przeżyją jakiejś iluzorycznej pętli? I to nowej, nie starej?
- Jest jakiś sposób, żeby to sprawdzić, zanim wejdziemy głębiej? - Spytał, przypatrując się to jednej, to drugiej osobie. - Poprzednio wszystko zaczęło się jeszcze w ogrodzie, ale skoro sam mówisz, że tym razem może być inaczej - musieli rozważać wszystkie alternatywne możliwości, prawda?
Tym bardziej, że teraz mieli już co stracić. Nie chciał ryzykować dla nieruchomości. Być może był materialistą, co tu ukrywać, ale nie aż takim.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down