27.10.2025, 20:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2025, 20:28 przez Brenna Longbottom.)
Złapanie „pośrednika” w Hogsmeade było satysfakcjonujące. Dorwanie dwóch czarnoksiężników w Londynie jeszcze bardziej. Podobnie jak kłusowników w lesie, pośrednika, który fałszował certyfikaty z hodowli i rozbicie dwóch obozów… Ale chociaż wydawało się, że to dużo, okazywało się, że ostatecznie stanowiło kroplę w morzu.
Brenna wiedziała, że tak wygląda ta praca, a jednak trochę się na to wszystko wkurzała.
Machinalnie kiwnęła głową na opowieść Victorii, choć pamiętała, że Primrose trafiła do Akademii Munga – potem jakoś ot na nią nie wpadała… I może spytałaby, czy Victoria cieszy się z przyjazdu siostry i czy mają już jakieś plany, gdyby nie reakcja Lestrange na wspomnienie o fiolkach. To skutecznie sprowadziło myśli Brenny na inne tory.
W porządku, czyli to raczej nie był typowy nawóz, rozrzucany tu i ówdzie przez pracowników ogrodu.
– Był nieduży, na oko szklany, wydawał się całkiem ładnie wykonany, chyba wiesz, o co mi chodzi. – Brenna nie robiła może zwykle eliksirów, ale czasem je przyjmowała i raczej je znakowano by ktoś nie pomylił eliksiru na kaszel z tym na prosto roślin niż ryto misterne symbole na zakrętkach: chyba że były to te zabawne mikstury, sprzedawane w niektórych sklepach jako pamiątki czy prezenty. Podaruj żonie na rocznicę łyk eliksiru na dobry nastrój, i tak dalej. – Nie wiem, czy srebrzyście świeciła sama fiolka, czy to co było w środku. A przy dotyku fiolka po prostu się rozpłynęła. Może od początku miała w pewnym momencie uwolnić ten płyn, a może to był jakiś mechanizm obronny, żeby ktoś jej nie zabrał… – zrelacjonowała, rzeczowo, odruchowo przechodząc z gaduły w tryb „pracowy”. – Nie minęła jeszcze doba. Rozumiem, że to nie któraś z twoich ciotek.
Ewentualnie któraś z nich, owszem, ale działająca tak, by utrzymać resztę rodziny, a przynajmniej część tej rodziny, w niewiedzy. Obecność tej fiolki, czarne różne, reakcja Victorii, rośliny latem szalejące w całej Anglii… jakoś to sprawiło, że w jej postawę wkradło się pewnego rodzaju napięcie. Do tej pory sądziła, że czerń róż może być jedynie kolejnym efektem ubocznym rozrastających się roślin albo eksperymentem któregoś z opiekunów ogrodów. Teraz naprawdę zaczęła się niepokoić.
– Może ktoś po prostu ją zgubił. Tak myślałam w pierwszej chwili. Ale… trochę trudno mi w to uwierzyć, skoro tak dziwnie błyszczała i potem się rozpadła – powiedziała, z pewną rezygnacją, wzrok jednak zaraz kierując na szóstkę. Albo dziewiątkę. Bo Maida Valen mogło poczekać, skoro teraz były w Chinatown i miały inną robotę. – Na tym drugim nie ma numeru, więc chyba po prostu musimy wejść do obu. Jeden z nich to ten „nasz” budynek.
Brenna wiedziała, że tak wygląda ta praca, a jednak trochę się na to wszystko wkurzała.
Machinalnie kiwnęła głową na opowieść Victorii, choć pamiętała, że Primrose trafiła do Akademii Munga – potem jakoś ot na nią nie wpadała… I może spytałaby, czy Victoria cieszy się z przyjazdu siostry i czy mają już jakieś plany, gdyby nie reakcja Lestrange na wspomnienie o fiolkach. To skutecznie sprowadziło myśli Brenny na inne tory.
W porządku, czyli to raczej nie był typowy nawóz, rozrzucany tu i ówdzie przez pracowników ogrodu.
– Był nieduży, na oko szklany, wydawał się całkiem ładnie wykonany, chyba wiesz, o co mi chodzi. – Brenna nie robiła może zwykle eliksirów, ale czasem je przyjmowała i raczej je znakowano by ktoś nie pomylił eliksiru na kaszel z tym na prosto roślin niż ryto misterne symbole na zakrętkach: chyba że były to te zabawne mikstury, sprzedawane w niektórych sklepach jako pamiątki czy prezenty. Podaruj żonie na rocznicę łyk eliksiru na dobry nastrój, i tak dalej. – Nie wiem, czy srebrzyście świeciła sama fiolka, czy to co było w środku. A przy dotyku fiolka po prostu się rozpłynęła. Może od początku miała w pewnym momencie uwolnić ten płyn, a może to był jakiś mechanizm obronny, żeby ktoś jej nie zabrał… – zrelacjonowała, rzeczowo, odruchowo przechodząc z gaduły w tryb „pracowy”. – Nie minęła jeszcze doba. Rozumiem, że to nie któraś z twoich ciotek.
Ewentualnie któraś z nich, owszem, ale działająca tak, by utrzymać resztę rodziny, a przynajmniej część tej rodziny, w niewiedzy. Obecność tej fiolki, czarne różne, reakcja Victorii, rośliny latem szalejące w całej Anglii… jakoś to sprawiło, że w jej postawę wkradło się pewnego rodzaju napięcie. Do tej pory sądziła, że czerń róż może być jedynie kolejnym efektem ubocznym rozrastających się roślin albo eksperymentem któregoś z opiekunów ogrodów. Teraz naprawdę zaczęła się niepokoić.
– Może ktoś po prostu ją zgubił. Tak myślałam w pierwszej chwili. Ale… trochę trudno mi w to uwierzyć, skoro tak dziwnie błyszczała i potem się rozpadła – powiedziała, z pewną rezygnacją, wzrok jednak zaraz kierując na szóstkę. Albo dziewiątkę. Bo Maida Valen mogło poczekać, skoro teraz były w Chinatown i miały inną robotę. – Na tym drugim nie ma numeru, więc chyba po prostu musimy wejść do obu. Jeden z nich to ten „nasz” budynek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.