27.10.2025, 14:51 ✶
Nie chciałem już tego ciągnąć, wiedziałem, że im więcej będziemy przy tym grzebać, tym gorzej to się skończy, więc kiedy odparła, z pozoru luźnym tonem, że może to dla mnie zrobić, tylko uśmiechnąłem się szerzej, skinąłem głową i pozwoliłem, by to zdanie zawisło między nami. Nie drążyłem, nie prowokowałem więcej, nawet jeśli na ogół nie miałbym problemów z tym, by to robić, uznałbym to za zabawę, element gry, ale tym razem lepiej było nie wiedzieć, jak wiele jeszcze byłaby w stanie dla mnie zrobić. I ile ja mógłbym zrobić, by jej się odwzajemnić. Wolałem nie sprawdzać, jak daleko bylibyśmy gotowi się posunąć, bo nie byłem pewien, czy chciałbym znać odpowiedź. Widziałem w jej oczach coś, co jednocześnie mnie ciągnęło i przerażało - to, jak łatwo przyszło nam się zaangażować, chociaż przecież od początku wiedzieliśmy, że to miało swój koniec.
Nie zamierzałem tego teraz rozgrzebywać, chciałem po prostu chwilę spokoju, coś zwyczajnego, choćby rozmowę o niczym. Tym bardziej, że dłonie miała już spokojne, głos lekki, całkiem swobodny, ale w oczach nadal coś się tliło. Znałem ten mechanizm, bo poniekąd sam go stosowałem, na trochę inny sposób, ale podobnie - Prue potrafiła zamknąć emocje w środku, odsunąć rozmowę, a i tak coś w niej mieliło każde wypowiedziane słowo, jakby próbowała znaleźć dla niego właściwe miejsce w równaniu. A przecież wiedziałem, że w tym równaniu nie było żadnej poprawnej odpowiedzi. Oboje potrzebowaliśmy tej zmiany tematu, by już tego nie drążyć.
- Tak, wiem. - Przyznałem z cichym rozbawieniem. - To akulat ta twoja stałość, ty zawsze musisz mieś pewność, sze czalne jest czalne, i sze nikt ci nie wmówi, sze to tylko odcień szalości. - Nie powiedziałem tego złośliwie, raczej z uznaniem, może nawet z odrobiną czułości, której wiele lat wstecz nie chciałem dopuścić do głosu, teraz to nie brzmiało jak przytyk, było raczej wyrazem jakiegoś dziwnego podziwu, nawet pomimo naszej trudnej historii, która w jakimś sensie była taka, jaka była, bo czarne nie było czarnym, było właśnie ciemnoszare, skomplikowane. Może oboje myśleliśmy racjonalniej od artystów, ale jednocześnie nie potrafiłem, nie do końca, patrzeć na świat tak jak ona - dla mnie rzeczy nie zawsze były jednoznaczne. Oparłem łokieć o bar, obracając w dłoniach szklankę, przez moment milczałem, ale jej żart o wąsie sprawił, że parsknąłem śmiechem.
- Wąs, mówisz? - Uniosłem brwi, jakbym naprawdę to rozważał. - Taki cienki, podklęcony na końcach, plawda? Ciekawe, skąd akulat ta wizja, hm? - Posłałem jej wymowne spojrzenie, mając pewność, że w tym obrazie widziałaby jeszcze bagietkę i beret, wcale nie kierując się skojarzeniami i krzywdzącymi stereotypami. Nie, nie. - Wystalczyłoby kilka gestów, dwa mądle, obcojęzyczne słowa, mosze jakaś niezlosumiała metafola o cielpieniu duszy i miałbym ich w galsci. Myślę, sze nikt by się nie zolientował, sze nie mam pojęsia, o czym mówię. - Rzuciłem jej krótkie, porozumiewawcze spojrzenie. - Cósz, nie zapszeczę, ale cieszę się, sze w końcu to zauwaszyłaś. Piętnaście lat, tlochę długo, Bletchley. Nie skomentowałem tego, co czaiło się między słowami, nie musiałem - to, że była tu, obok, już wystarczyło.
Kiedy zaproponowała spacer, skinąłem tylko głową - przytaknąłem, bez słowa wyciągając ku niej ramię, zostawiając za sobą szklankę z resztką alkoholu i jakąś część napięcia, którego już nie chciałem dźwigać. Uśmiechnąłem się lekko, może z ulgą, a może po prostu dlatego, że tak było bezpieczniej. Miałem wrażenie, że każde kolejne słowo mogło nas z powrotem wciągnąć w rozmowę, z której oboje chcieliśmy się wydostać. Nie chciałem znowu patrzeć, jak analizuje wszystko po kolei, jak próbuje zrozumieć to, czego nie dało się poukładać, ani samemu tego robić.
Spojrzałem na nią z ukosa, a na moich ustach pojawił się półuśmiech. Przechyliłem głowę, patrząc na nią z rozbawieniem.
- Fakt, odnoszę wlaszenie, sze nawet jeśli pozwoliłabyś się polwaś, to tylko po to, szeby potem splóbowaś pszejąś stely i powiedzieś mi, sze jestem besnadziejnym polywaczem i jeszcze golszym stelnikiem. To tesz się laszej nie zmieniło. - Było w tym coś, co mówiłem całkiem serio, może byliśmy już bardziej dojrzali, ale Prue, jak i ja, nadal lubiła mieć rację.
Nie zamierzałem tego teraz rozgrzebywać, chciałem po prostu chwilę spokoju, coś zwyczajnego, choćby rozmowę o niczym. Tym bardziej, że dłonie miała już spokojne, głos lekki, całkiem swobodny, ale w oczach nadal coś się tliło. Znałem ten mechanizm, bo poniekąd sam go stosowałem, na trochę inny sposób, ale podobnie - Prue potrafiła zamknąć emocje w środku, odsunąć rozmowę, a i tak coś w niej mieliło każde wypowiedziane słowo, jakby próbowała znaleźć dla niego właściwe miejsce w równaniu. A przecież wiedziałem, że w tym równaniu nie było żadnej poprawnej odpowiedzi. Oboje potrzebowaliśmy tej zmiany tematu, by już tego nie drążyć.
- Tak, wiem. - Przyznałem z cichym rozbawieniem. - To akulat ta twoja stałość, ty zawsze musisz mieś pewność, sze czalne jest czalne, i sze nikt ci nie wmówi, sze to tylko odcień szalości. - Nie powiedziałem tego złośliwie, raczej z uznaniem, może nawet z odrobiną czułości, której wiele lat wstecz nie chciałem dopuścić do głosu, teraz to nie brzmiało jak przytyk, było raczej wyrazem jakiegoś dziwnego podziwu, nawet pomimo naszej trudnej historii, która w jakimś sensie była taka, jaka była, bo czarne nie było czarnym, było właśnie ciemnoszare, skomplikowane. Może oboje myśleliśmy racjonalniej od artystów, ale jednocześnie nie potrafiłem, nie do końca, patrzeć na świat tak jak ona - dla mnie rzeczy nie zawsze były jednoznaczne. Oparłem łokieć o bar, obracając w dłoniach szklankę, przez moment milczałem, ale jej żart o wąsie sprawił, że parsknąłem śmiechem.
- Wąs, mówisz? - Uniosłem brwi, jakbym naprawdę to rozważał. - Taki cienki, podklęcony na końcach, plawda? Ciekawe, skąd akulat ta wizja, hm? - Posłałem jej wymowne spojrzenie, mając pewność, że w tym obrazie widziałaby jeszcze bagietkę i beret, wcale nie kierując się skojarzeniami i krzywdzącymi stereotypami. Nie, nie. - Wystalczyłoby kilka gestów, dwa mądle, obcojęzyczne słowa, mosze jakaś niezlosumiała metafola o cielpieniu duszy i miałbym ich w galsci. Myślę, sze nikt by się nie zolientował, sze nie mam pojęsia, o czym mówię. - Rzuciłem jej krótkie, porozumiewawcze spojrzenie. - Cósz, nie zapszeczę, ale cieszę się, sze w końcu to zauwaszyłaś. Piętnaście lat, tlochę długo, Bletchley. Nie skomentowałem tego, co czaiło się między słowami, nie musiałem - to, że była tu, obok, już wystarczyło.
Kiedy zaproponowała spacer, skinąłem tylko głową - przytaknąłem, bez słowa wyciągając ku niej ramię, zostawiając za sobą szklankę z resztką alkoholu i jakąś część napięcia, którego już nie chciałem dźwigać. Uśmiechnąłem się lekko, może z ulgą, a może po prostu dlatego, że tak było bezpieczniej. Miałem wrażenie, że każde kolejne słowo mogło nas z powrotem wciągnąć w rozmowę, z której oboje chcieliśmy się wydostać. Nie chciałem znowu patrzeć, jak analizuje wszystko po kolei, jak próbuje zrozumieć to, czego nie dało się poukładać, ani samemu tego robić.
Spojrzałem na nią z ukosa, a na moich ustach pojawił się półuśmiech. Przechyliłem głowę, patrząc na nią z rozbawieniem.
- Fakt, odnoszę wlaszenie, sze nawet jeśli pozwoliłabyś się polwaś, to tylko po to, szeby potem splóbowaś pszejąś stely i powiedzieś mi, sze jestem besnadziejnym polywaczem i jeszcze golszym stelnikiem. To tesz się laszej nie zmieniło. - Było w tym coś, co mówiłem całkiem serio, może byliśmy już bardziej dojrzali, ale Prue, jak i ja, nadal lubiła mieć rację.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)