26.10.2025, 16:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.10.2025, 16:06 przez Benjy Fenwick.)
Była spięta, chociaż starała się tego nie pokazywać. Rozumiałem to aż za dobrze - te wszystkie rozmowy, które zamiast coś naprawiać, tylko otwierały kolejne rany, mnie też potrafiły zmęczyć, nawet bardziej, niż powinny, bo nigdy nie wiedziałem, co powiedzieć, żeby nie zabrzmieć jak ktoś, kto się tłumaczył. Gdyby zaczęła ważyć każde zdanie, tam przy stole, wyszłoby jeszcze gorzej, niby przyznała mi rację, a mimo to wiedziałem, że w dalszym ciągu będzie to rozkładać na czynniki pierwsze, analizować, kategoryzować, aż znajdzie coś, co ją zadowoli. Prue miała ten nieszczęsny zwyczaj drążenia, a ja równie silny nawyk udawania, że nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Nie brzmiało to jak przytyk, raczej jak stwierdzenie faktu, chociaż znałem siebie - moje „fakty” często miały w sobie więcej cynizmu, niż powinny. Nie zamierzałem znów wracać do tego, co już przegadaliśmy, więc, gdy wspomniała o mojej „stałości”, przyznając mi w tym rację, uniosłem brew, przybierając najniewinniejszy ton, jaki potrafiłem.
- Więc skolo jusz ustalone, sze jestem twoim pszyjacielem, to chociasz daj mi byś najlepszym. - Podsumowałem z udawaną powagą. Zabrzmiało to lekko, z odrobiną tego rozbawienia, które zwykle wykorzystywałem, żeby rozładować napięcie. Prawda była taka, że rozmowa o „przyjaźni” wciąż gdzieś mnie uwierała, ale nie zamierzałem tego pokazywać, lepiej było zakpić z samego siebie, niż pozwolić, by coś tak delikatnego zaczęło się rozrastać w nieodpowiednim kierunku. Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, zamiast tego odwróciłem się w stronę stołów, gdzie ktoś właśnie wybuchł śmiechem - wiedziałem, że jeśli spojrzę, mogę zobaczyć w jej oczach coś, co sprawi, że te wszystkie „żarty” przestaną być tylko żartami.
A dobrze było usłyszeć, że przynajmniej część napięcia zniknęła z jej głosu, zresztą, wyglądała o wiele lepiej, kiedy się nie martwiła - nie była stworzona do tego, by chodzić spięta jak drut. Nie szukałem w jej słowach kolejnego potwierdzenia, nie potrzebowałem, żeby się tłumaczyła, właściwie, to cieszyło mnie, że wróciliśmy do rozmowy o rzeczach neutralnych, bez niepotrzebnych wyznań, podtekstów, uczuć, których żadne z nas nie potrafiło nazwać. Wystarczyło, że staliśmy przy barze, niby swobodnie, a jednak każde z nas pilnowało, by nie wychylić się zbyt daleko poza tę cienką granicę.
- Nie musisz lozumieś altystów, Sunny. - Stwierdziłem od razu, tonem bardziej rozbawionym, niż przedtem. - Oni tesz nie losumieją siebie nawzajem, gdybyś zapytała pięciu malaszy, co chciano pszekasaś w jednym i tym samym oblasie, dostałabyś siedem odpowiedzi, s czego tszy sprzeczne, od jednej osoby. Czasem myślę, sze to wygodna wymówka, bo jak się coś nazwie „wielowymialową awangdą”, to nikt jusz nie śmie zapytaś, czy ma to sens. - Potrząsnąłem głową z pobłażliwością.
- Zlesztą. - Dodałem po chwili, wciąż tym samym rozbawionym tonem, próbując odepchnąć wcześniejszy ciężar rozmowy. - Gdybyśmy oboje zaczęli nagle fascynowaś szię stuką, pszeciesz świat by się zawalił. Wyoblaszasz sobie mnie, jak analizuję pociągnięsia pędzla albo kłócę się o intelpretację maltwej natuly? - Parsknąłem. Prawdę mówiąc, wcale nie chciałem mówić o sztuce, nie miałem pojęcia, co wiedziała o moich własnych upodobaniach, pewnie niewiele, tak jak ja o jej preferencjach w tym zakresie. Cóż - wiele o sobie nie wiedzieliśmy, nadal, wielu rzeczy mieliśmy się nigdy nie dowiedzieć. To była ta ciemniejsza strona naszej relacji. Mimo gwaru wokół, w tym miejscu czas jakby się rozciągnął, a my utknęliśmy w małej, złudnie spokojnej bańce. Wydawało się, że czas na chwilę naprawdę zwolnił. Odwróciłem wzrok z powrotem w stronę tłumu - stoły zaczynały się zapełniać.
- Chcesz się pszejść? Wróciś? - Zapytałem po chwili, wskazując ruchem głowy na stoliki w głębi, do których powinniśmy pójść, zanim znowu utkniemy, skupiając się na unikaniu słów, które, jak sama powiedziała, potrafiły docierać najgłębiej. - Twoja pszyjaciółka pewnie jusz myśli, sze cię polwałem. - To miało być lekkie, żartobliwe, ale w środku poczułem znajomy ucisk - ten, który przypominał, że kiedyś naprawdę kogoś „porwałem”, i nie skończyło się to dobrze.
- Więc skolo jusz ustalone, sze jestem twoim pszyjacielem, to chociasz daj mi byś najlepszym. - Podsumowałem z udawaną powagą. Zabrzmiało to lekko, z odrobiną tego rozbawienia, które zwykle wykorzystywałem, żeby rozładować napięcie. Prawda była taka, że rozmowa o „przyjaźni” wciąż gdzieś mnie uwierała, ale nie zamierzałem tego pokazywać, lepiej było zakpić z samego siebie, niż pozwolić, by coś tak delikatnego zaczęło się rozrastać w nieodpowiednim kierunku. Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, zamiast tego odwróciłem się w stronę stołów, gdzie ktoś właśnie wybuchł śmiechem - wiedziałem, że jeśli spojrzę, mogę zobaczyć w jej oczach coś, co sprawi, że te wszystkie „żarty” przestaną być tylko żartami.
A dobrze było usłyszeć, że przynajmniej część napięcia zniknęła z jej głosu, zresztą, wyglądała o wiele lepiej, kiedy się nie martwiła - nie była stworzona do tego, by chodzić spięta jak drut. Nie szukałem w jej słowach kolejnego potwierdzenia, nie potrzebowałem, żeby się tłumaczyła, właściwie, to cieszyło mnie, że wróciliśmy do rozmowy o rzeczach neutralnych, bez niepotrzebnych wyznań, podtekstów, uczuć, których żadne z nas nie potrafiło nazwać. Wystarczyło, że staliśmy przy barze, niby swobodnie, a jednak każde z nas pilnowało, by nie wychylić się zbyt daleko poza tę cienką granicę.
- Nie musisz lozumieś altystów, Sunny. - Stwierdziłem od razu, tonem bardziej rozbawionym, niż przedtem. - Oni tesz nie losumieją siebie nawzajem, gdybyś zapytała pięciu malaszy, co chciano pszekasaś w jednym i tym samym oblasie, dostałabyś siedem odpowiedzi, s czego tszy sprzeczne, od jednej osoby. Czasem myślę, sze to wygodna wymówka, bo jak się coś nazwie „wielowymialową awangdą”, to nikt jusz nie śmie zapytaś, czy ma to sens. - Potrząsnąłem głową z pobłażliwością.
- Zlesztą. - Dodałem po chwili, wciąż tym samym rozbawionym tonem, próbując odepchnąć wcześniejszy ciężar rozmowy. - Gdybyśmy oboje zaczęli nagle fascynowaś szię stuką, pszeciesz świat by się zawalił. Wyoblaszasz sobie mnie, jak analizuję pociągnięsia pędzla albo kłócę się o intelpretację maltwej natuly? - Parsknąłem. Prawdę mówiąc, wcale nie chciałem mówić o sztuce, nie miałem pojęcia, co wiedziała o moich własnych upodobaniach, pewnie niewiele, tak jak ja o jej preferencjach w tym zakresie. Cóż - wiele o sobie nie wiedzieliśmy, nadal, wielu rzeczy mieliśmy się nigdy nie dowiedzieć. To była ta ciemniejsza strona naszej relacji. Mimo gwaru wokół, w tym miejscu czas jakby się rozciągnął, a my utknęliśmy w małej, złudnie spokojnej bańce. Wydawało się, że czas na chwilę naprawdę zwolnił. Odwróciłem wzrok z powrotem w stronę tłumu - stoły zaczynały się zapełniać.
- Chcesz się pszejść? Wróciś? - Zapytałem po chwili, wskazując ruchem głowy na stoliki w głębi, do których powinniśmy pójść, zanim znowu utkniemy, skupiając się na unikaniu słów, które, jak sama powiedziała, potrafiły docierać najgłębiej. - Twoja pszyjaciółka pewnie jusz myśli, sze cię polwałem. - To miało być lekkie, żartobliwe, ale w środku poczułem znajomy ucisk - ten, który przypominał, że kiedyś naprawdę kogoś „porwałem”, i nie skończyło się to dobrze.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)