Okolice Little Hangleton niosły ze sobą wiele historii i chyba żadna z nich nie miała dobrego zakończenia. Było to miejsce, które u wielu powodowało dreszcze, nikt raczej nie przepadał za zapuszczaniem się w okoliczne lasy. Geraldine nie znała tych okolic jakoś bardzo, bywała tu czasem, kiedy czegoś od niej potrzebowano, nie było to jej ulubione miejsce na ziemi, jednak doceniała to, iż faktycznie można było tu zaznać spokoju. Mało kto się lubił tutaj zapuszczać.
Cel ich wizyty był jasny. Mieli się tu spotkać z Benjy'm który miał im pomóc dokonać rekonensansu. Czuła dziwne uczucie na myśl o tym, że wrócą do miejsca, w którym coś się zmieniło. Pamiętała ostatnią wizytę jej i Roise'a w nawiedzonym dworku, przebiegła ona dość kontrowersyjnie, ale tak właściwie to dzięki temu coś zmieniło się w ich życiu, więc mogła to chyba zaliczyć do tych dobrych wspomnień.
Fenwick wychował się w tym miejscu, zastanawiała się, czy dla niego wizyta w Little Hangleton będzie wiązała się z drobnym powrotem do przeszłości, czy raczej bardzo głęboko zakopał wspomnienia związane z domem rodzinnym i raczej nie miał ochoty do nich wracać. W sumie chyba nie do końca dało się uniknąć pewnych rozważań, nawet jeśli bardzo się tego chciało.
Teleportowali się z Ambrois'em kawałek od lasu, przez co musieli jeszcze przejść na nogach spory kawałek. Nie przeszkadzało jej to, Geraldine przywykła do pokonywania kilometrów na swoich własnych kończynach, tak właściwie to ostatnio jej tego brakowało. Spędzili kilka tygodni na załatwianiu spraw okołoślubnych, przez co nie do końca miała szansę na to, by znaleźć się w miejscach, które najbardziej lubiła, blisko natury z dala od ludzi.
Szli całkiem żwawym tempem w miejsce, w którym mieli się spotkać. Na rozstaju dróg miał czekać na nich Benjy. Już z daleka dostrzegła jego, znajomą sylwetkę, najwyraźniej pojawił się tutaj przed nimi. - Nie jesteśmy spóźnieni? - Mruknęła jeszcze cicho do męża, bo wolałaby jednak, aby pojawili się o czasie. Nie była osobą, która miała w zwyczaju się spóźniać, bo ceniła czas swoj i innych.
Poprawiła kaptur na głowie, miała wrażenie, że stukot jej butów jest wyjątkowo głośny, pewnie przez to, że nie było tutaj żywej duszy, tylko czy aby na pewno? Podczas wizyt w Lesie Wisielców można było poczuć się obserwowanym, jakby każdy śledził jej krok, na szczęście nie mieli się tam zapuszczać.