22.10.2025, 19:06 ✶
Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że cała ta ceremonia, chociaż piękna, była jednak zbyt długa. Rytuały miały w sobie coś hipnotyzującego, ale po jakimś czasie zaczynały przypominać muzykę graną w kółko - znało się już melodię, czekało tylko na koniec. Prue, siedząca obok, zdawała się tym jednak niespecjalnie przejmować, raz po raz nachylała się do mnie z półuśmiechem, komentując coś szeptem, a ja odpowiadałem równie cicho, z trudem powstrzymując się, by nie roześmiać się głośno w najmniej odpowiednim momencie. To właśnie ta rozmowa sprawiła, że te wszystkie długie formuły i symboliczne gesty kapłana nie wydawały mi się już tak przytłaczająco nudne. Ta część wydarzenia zawsze była długa i nieco zbyt poważna, więc każde parsknięcie, będące przejawem żywej wesołości, działało lepiej niż jakiekolwiek błogosławieństwo. Prudence starała się zachować powagę, ale jej prychnięcie zdradziło wszystko - udała kaszel, ja udałem, że jej wierzę.
- Zdecydowanie wygląda na plaktyka ślubnego. - Mruknąłem, pochylając się lekko ku niej. - Chociasz ostatnio pewnie w wolnych chwilach szkoli się s pogszebów, szeby mieś ciągłość zatludnienia.
Po pożarach to było szczególnie lukratywne zajęcie - z pewnością, zarówno śluby, jak i pogrzeby. Z dwojga złego, jak długa by nie była ta ceremonia, tego dnia spotkaliśmy się na tej weselszej okazji.
Uśmiechnąłem, widząc, jak jej twarz wykrzywia się w grymasie na myśl o Ambroisie z zębami przy linie, a moment później mimowolnie uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, widząc, jak moja towarzyszka lekko się krzywi i mruga, jakby właśnie próbowała odgonić wyobrażenie Roise’a z Gerdą w roli… No, tej, której zdecydowanie nie chciała sobie wyobrażać. Miała ten błysk w oku - taki, który mówił więcej niż tysiąc słów i zdradzał, że właśnie w jej głowie toczył się seans filmowy o wyjątkowo absurdalnej treści.
- Och, uwiesz mi, widziałem szeczy znacznie baldziej absuldalne nisz pszeglyzanie sznulów zębami. - Parsknąłem stłumionym śmiechem. Tak, poświęcenie to było słowo klucz, zwłaszcza w małżeństwie - nie zamierzałem tego mówić, ale mnie się udało złożyć przysięgę jeszcze zanim zdążyłem dorosnąć do tego, by wiedzieć, co właściwie przysięgam. Ślub tuż po Hogwarcie, głupi jak cholera, ale romantyczny w przekonaniu, że życie to przygoda i przysięga coś znaczy, nawet jeśli nie wiesz jeszcze, kim jesteś. Uśmiechnąłem się krzywo. Nie było w tym goryczy, raczej pogodzenie z faktem, że romantyzm to luksus, na który świat rzadko pozwalał.
- No, pszysnam. - Odmruknąłem półgłosem do Prue. - Jeszli nie zemdleje s wysiłku po tym pokazie, to mosna mu wieszyś w pszysięgę, sze udźwignie wszystko. - Uśmiechnąłem się z uznaniem, obserwując jak młodzi znikają nam z pola wzroku. Gdyby Roise padł w tej chwili, z panną młodą w ramionach, to byłoby coś dosyć niezręcznego - taki upadek na oczach całej elity, w blasku płonącego ogniska, po całym tym mistycznym pokazie żywiołów, a jednak się na to nie zapowiadało - i całe szczęście.
Kiedy wreszcie nowożeńcy zniknęli w małym namiocie, poczułem, że powietrze wokół w końcu zaczęło nabierać lekkości. Ludzie zaczęli wstawać, pierwszy śmiech mieszał się z brzękiem kieliszków i rozmowami. Z naszej dwójki, to Prue wstała pierwsza, poprawiając materiał sukni i rzucając mi jedno z tych spojrzeń, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. Uniosłem się zatem z miejsca, nieco wolniej niż ona, ale wciąż zanim zdążyła zrobić krok, już wyciągnąłem do niej rękę, oferując jej ramię.
- O tak, misja „znajdź swoje nazwisko wślód stu innych”. - Skomentowałem, rozglądając się po gęstym tłumie w celu znalezienia jakiejś rozpiski. - Czuję, sze Matka nas wystawia na plóbę, chyba my nie jesteśmy jej ulubieńcami.
Szukanie miejsca w tym zamieszaniu nie było łatwe, tłum falował jak morze, a stoły zdawały się rozrastać w nieskończoność.
- Tylu ludzi… - Westchnąłem. - Mam nadzieję, sze nie posadzili nas koło kogoś, kto wieszy, sze losmowa o pogodzie to szczyt intelektualnej wymiany zdań.
Zwolniłem odruchowo, dostosowując krok do jej tempa. Mijaliśmy stoły, grupki ludzi śmiejących się głośno, kłaniających się sobie nawzajem z przesadną uprzejmością. Cała ta uroczystość, chociaż z pozoru coraz bardziej swobodna, była mimo wszystko obwarowana własnym rytuałem - widać było, że ci, którzy tu przyszli, zazwyczaj znali się dobrze. Ja ich nie, już nie, ale to akurat nie stanowiło dla mnie nowości. Nim się obejrzałem, szliśmy wśród kolejnych niewłaściwych stolików, rozpoznając po drodze znajome twarze, chociaż większość była mi zupełnie obca.
Kiedy tylko usłyszałem, jak ktoś woła imię Prudence, odruchowo odwróciłem głowę w tamtą stronę. Głos, ciepły, wyraźny mimo muzyki, przebił się przez gwar rozmów i śmiechów, przyciągając uwagę kilku osób wokół, nie tylko moją. Zanim jeszcze zdążyłem zlokalizować, skąd dokładnie dobiegł, Prue już lekko uniosła brodę, jakby instynktownie wiedziała, kto to. Zrobiła ten swój mały, nieco półświadomy gest, który chyba poprzedzał spotkanie z kimś znajomym, bo wykonała go już wcześniej w stosunku do innej osoby. Podążyłem za jej spojrzeniem przez stół - w unoszącym się nad nim świetle lampionów, dostrzegłem kobietę, która właśnie skinęła w naszym kierunku. Elegancką, dobrze ubraną, z tym rodzajem postawy, który mówił o pewności siebie, ale nie arogancji. Odstawiła kieliszek i czekała, aż podejdziemy, a jej spojrzenie, które zatrzymało się na nas emanowało lekkim zdziwieniem, może nawet ciekawością. Naturalnie, trudno byłoby jej się dziwić - pojawienie się obcej twarzy u boku Prudence musiało wywołać pytania. Zerknąłem na Prue, pytająco, zanim ruszyliśmy w tamtą stronę.
Kiedy się zbliżyliśmy, skinąłem lekko głową, prostując się z odruchem, który zawsze wracał w towarzystwie zbyt oficjalnie wyglądających ludzi, których nie znałem. Z bliska, kobieta była jeszcze bardziej zauważalnie wyrafinowana, obdarzona tym typem błysku w oczach, który potrafił przeszyć człowieka na wskroś i od razu oszacować, czy był wart zachodu.
Zatrzymaliśmy się przy stole, a ja pozwoliłem, by to Prudence zrobiła pierwszy krok. Przysunąłem się lekko, z taktem, o krok - to była jej znajoma, a więc jej przestrzeń. Czekałem, aż padną pierwsze słowa, a kiedy spojrzenie nieznanej mi kobiety zwróciło się ku mnie, ponownie kiwnąłem głową z uprzejmym, nienachalnym uśmiechem - takim, który miał w sobie więcej uprzejmości niż ciepła, choć bez cienia chłodu.
Nie chciałem pogarszać wrażenia kontrastu, jaki i tak mogliśmy sprawiać. Stanąłem tuż za Prue, przez moment pozwalając jej przejąć inicjatywę. Mój akcent, postura, twarz - wszystko to i tak wystarczająco odcinało się od tego towarzystwa. W tym świecie, pełnym ludzi w jasnych tkaninach, o schludnych manierach i błyszczących oczach, wyglądałem jak ktoś, kto przez pomyłkę trafił z powrotem w cywilizację po zbyt długim pobycie w dziczy. Cień zarostu, ciemne włosy i skóra lekko przybrązowiona od słońca, kilka drobnych blizn na dłoniach, które żadna elegancka stylizacja nie była w stanie ukryć. Garnitur nie czynił cudów, i chociaż był elegancki, nie zdołał ukryć tego, że nie wyglądałem jak typowa osoba towarzysząca schludnej, ułożonej pani antropolog, ale nie byłem też jedynym nie do końca właściwie wyglądającym, wysokim przebierańcem - w końcu towarzystwo łowców, tropicieli, badaczy magicznych stworzeń miało w sobie zbyt wiele osobliwości, by ktokolwiek uznał mnie za ewenement. Może tylko trochę…
- Dobly wieczól. - Powiedziałem spokojnie, starannie dobierając ton, by brzmiał neutralnie, nieprzesadnie oficjalnie. - Benjy Fenwick. - Przedstawiłem się spokojnie, niskim, nieco szorstkim głosem, mimo specyficznego akcentu, ale nienaruszającym towarzyskich zasad. Nie dodałem nic więcej, żadnego komentarza, dopowiedzenia o tym, kim jestem dla Prudence - to nie była moja rola. Wiedziałem, że w takich sytuacjach najwięcej mówią właśnie przemilczenia. W takich momentach najlepiej było mówić krótko, pozwolić, by druga, bardziej bliska nieznajomej strona sama zbudowała resztę obrazu. Prue mogła nazwać mnie jak chciała - przyjacielem, towarzyszem, nie zamierzałem wychodzić przed szereg.
Złapałem wzrok jednego z kelnerów niosących tacę z kieliszkami. Miałem ochotę na coś mocniejszego, ale uznałem, że to nie był jeszcze ten moment, wciąż było zbyt wcześnie, mimo to, postanowiłem ruszyć się do baru, gdy tylko nadarzy się taka okazja.
- Chcesz, szebym ci coś pszyniósł? - Spytałem Prudence półgłosem, który miał w sobie więcej sugestii, że tak, niż pytania z uprzejmości - nie chodziło tylko o kieliszek wina czy szklankę wody. To była oferta przestrzeni, chwili dla niej i tej kobiety, możliwości, by powiedzieć to, co kobiety zwykle mówią, gdy nie muszą się pilnować w obecności kogoś, kto patrzył z boku. No i może chwili dla mnie dla… Mnie. Musiałem zapalić.
- Zdecydowanie wygląda na plaktyka ślubnego. - Mruknąłem, pochylając się lekko ku niej. - Chociasz ostatnio pewnie w wolnych chwilach szkoli się s pogszebów, szeby mieś ciągłość zatludnienia.
Po pożarach to było szczególnie lukratywne zajęcie - z pewnością, zarówno śluby, jak i pogrzeby. Z dwojga złego, jak długa by nie była ta ceremonia, tego dnia spotkaliśmy się na tej weselszej okazji.
Uśmiechnąłem, widząc, jak jej twarz wykrzywia się w grymasie na myśl o Ambroisie z zębami przy linie, a moment później mimowolnie uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, widząc, jak moja towarzyszka lekko się krzywi i mruga, jakby właśnie próbowała odgonić wyobrażenie Roise’a z Gerdą w roli… No, tej, której zdecydowanie nie chciała sobie wyobrażać. Miała ten błysk w oku - taki, który mówił więcej niż tysiąc słów i zdradzał, że właśnie w jej głowie toczył się seans filmowy o wyjątkowo absurdalnej treści.
- Och, uwiesz mi, widziałem szeczy znacznie baldziej absuldalne nisz pszeglyzanie sznulów zębami. - Parsknąłem stłumionym śmiechem. Tak, poświęcenie to było słowo klucz, zwłaszcza w małżeństwie - nie zamierzałem tego mówić, ale mnie się udało złożyć przysięgę jeszcze zanim zdążyłem dorosnąć do tego, by wiedzieć, co właściwie przysięgam. Ślub tuż po Hogwarcie, głupi jak cholera, ale romantyczny w przekonaniu, że życie to przygoda i przysięga coś znaczy, nawet jeśli nie wiesz jeszcze, kim jesteś. Uśmiechnąłem się krzywo. Nie było w tym goryczy, raczej pogodzenie z faktem, że romantyzm to luksus, na który świat rzadko pozwalał.
- No, pszysnam. - Odmruknąłem półgłosem do Prue. - Jeszli nie zemdleje s wysiłku po tym pokazie, to mosna mu wieszyś w pszysięgę, sze udźwignie wszystko. - Uśmiechnąłem się z uznaniem, obserwując jak młodzi znikają nam z pola wzroku. Gdyby Roise padł w tej chwili, z panną młodą w ramionach, to byłoby coś dosyć niezręcznego - taki upadek na oczach całej elity, w blasku płonącego ogniska, po całym tym mistycznym pokazie żywiołów, a jednak się na to nie zapowiadało - i całe szczęście.
Kiedy wreszcie nowożeńcy zniknęli w małym namiocie, poczułem, że powietrze wokół w końcu zaczęło nabierać lekkości. Ludzie zaczęli wstawać, pierwszy śmiech mieszał się z brzękiem kieliszków i rozmowami. Z naszej dwójki, to Prue wstała pierwsza, poprawiając materiał sukni i rzucając mi jedno z tych spojrzeń, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. Uniosłem się zatem z miejsca, nieco wolniej niż ona, ale wciąż zanim zdążyła zrobić krok, już wyciągnąłem do niej rękę, oferując jej ramię.
- O tak, misja „znajdź swoje nazwisko wślód stu innych”. - Skomentowałem, rozglądając się po gęstym tłumie w celu znalezienia jakiejś rozpiski. - Czuję, sze Matka nas wystawia na plóbę, chyba my nie jesteśmy jej ulubieńcami.
Szukanie miejsca w tym zamieszaniu nie było łatwe, tłum falował jak morze, a stoły zdawały się rozrastać w nieskończoność.
- Tylu ludzi… - Westchnąłem. - Mam nadzieję, sze nie posadzili nas koło kogoś, kto wieszy, sze losmowa o pogodzie to szczyt intelektualnej wymiany zdań.
Zwolniłem odruchowo, dostosowując krok do jej tempa. Mijaliśmy stoły, grupki ludzi śmiejących się głośno, kłaniających się sobie nawzajem z przesadną uprzejmością. Cała ta uroczystość, chociaż z pozoru coraz bardziej swobodna, była mimo wszystko obwarowana własnym rytuałem - widać było, że ci, którzy tu przyszli, zazwyczaj znali się dobrze. Ja ich nie, już nie, ale to akurat nie stanowiło dla mnie nowości. Nim się obejrzałem, szliśmy wśród kolejnych niewłaściwych stolików, rozpoznając po drodze znajome twarze, chociaż większość była mi zupełnie obca.
Kiedy tylko usłyszałem, jak ktoś woła imię Prudence, odruchowo odwróciłem głowę w tamtą stronę. Głos, ciepły, wyraźny mimo muzyki, przebił się przez gwar rozmów i śmiechów, przyciągając uwagę kilku osób wokół, nie tylko moją. Zanim jeszcze zdążyłem zlokalizować, skąd dokładnie dobiegł, Prue już lekko uniosła brodę, jakby instynktownie wiedziała, kto to. Zrobiła ten swój mały, nieco półświadomy gest, który chyba poprzedzał spotkanie z kimś znajomym, bo wykonała go już wcześniej w stosunku do innej osoby. Podążyłem za jej spojrzeniem przez stół - w unoszącym się nad nim świetle lampionów, dostrzegłem kobietę, która właśnie skinęła w naszym kierunku. Elegancką, dobrze ubraną, z tym rodzajem postawy, który mówił o pewności siebie, ale nie arogancji. Odstawiła kieliszek i czekała, aż podejdziemy, a jej spojrzenie, które zatrzymało się na nas emanowało lekkim zdziwieniem, może nawet ciekawością. Naturalnie, trudno byłoby jej się dziwić - pojawienie się obcej twarzy u boku Prudence musiało wywołać pytania. Zerknąłem na Prue, pytająco, zanim ruszyliśmy w tamtą stronę.
Kiedy się zbliżyliśmy, skinąłem lekko głową, prostując się z odruchem, który zawsze wracał w towarzystwie zbyt oficjalnie wyglądających ludzi, których nie znałem. Z bliska, kobieta była jeszcze bardziej zauważalnie wyrafinowana, obdarzona tym typem błysku w oczach, który potrafił przeszyć człowieka na wskroś i od razu oszacować, czy był wart zachodu.
Zatrzymaliśmy się przy stole, a ja pozwoliłem, by to Prudence zrobiła pierwszy krok. Przysunąłem się lekko, z taktem, o krok - to była jej znajoma, a więc jej przestrzeń. Czekałem, aż padną pierwsze słowa, a kiedy spojrzenie nieznanej mi kobiety zwróciło się ku mnie, ponownie kiwnąłem głową z uprzejmym, nienachalnym uśmiechem - takim, który miał w sobie więcej uprzejmości niż ciepła, choć bez cienia chłodu.
Nie chciałem pogarszać wrażenia kontrastu, jaki i tak mogliśmy sprawiać. Stanąłem tuż za Prue, przez moment pozwalając jej przejąć inicjatywę. Mój akcent, postura, twarz - wszystko to i tak wystarczająco odcinało się od tego towarzystwa. W tym świecie, pełnym ludzi w jasnych tkaninach, o schludnych manierach i błyszczących oczach, wyglądałem jak ktoś, kto przez pomyłkę trafił z powrotem w cywilizację po zbyt długim pobycie w dziczy. Cień zarostu, ciemne włosy i skóra lekko przybrązowiona od słońca, kilka drobnych blizn na dłoniach, które żadna elegancka stylizacja nie była w stanie ukryć. Garnitur nie czynił cudów, i chociaż był elegancki, nie zdołał ukryć tego, że nie wyglądałem jak typowa osoba towarzysząca schludnej, ułożonej pani antropolog, ale nie byłem też jedynym nie do końca właściwie wyglądającym, wysokim przebierańcem - w końcu towarzystwo łowców, tropicieli, badaczy magicznych stworzeń miało w sobie zbyt wiele osobliwości, by ktokolwiek uznał mnie za ewenement. Może tylko trochę…
- Dobly wieczól. - Powiedziałem spokojnie, starannie dobierając ton, by brzmiał neutralnie, nieprzesadnie oficjalnie. - Benjy Fenwick. - Przedstawiłem się spokojnie, niskim, nieco szorstkim głosem, mimo specyficznego akcentu, ale nienaruszającym towarzyskich zasad. Nie dodałem nic więcej, żadnego komentarza, dopowiedzenia o tym, kim jestem dla Prudence - to nie była moja rola. Wiedziałem, że w takich sytuacjach najwięcej mówią właśnie przemilczenia. W takich momentach najlepiej było mówić krótko, pozwolić, by druga, bardziej bliska nieznajomej strona sama zbudowała resztę obrazu. Prue mogła nazwać mnie jak chciała - przyjacielem, towarzyszem, nie zamierzałem wychodzić przed szereg.
Złapałem wzrok jednego z kelnerów niosących tacę z kieliszkami. Miałem ochotę na coś mocniejszego, ale uznałem, że to nie był jeszcze ten moment, wciąż było zbyt wcześnie, mimo to, postanowiłem ruszyć się do baru, gdy tylko nadarzy się taka okazja.
- Chcesz, szebym ci coś pszyniósł? - Spytałem Prudence półgłosem, który miał w sobie więcej sugestii, że tak, niż pytania z uprzejmości - nie chodziło tylko o kieliszek wina czy szklankę wody. To była oferta przestrzeni, chwili dla niej i tej kobiety, możliwości, by powiedzieć to, co kobiety zwykle mówią, gdy nie muszą się pilnować w obecności kogoś, kto patrzył z boku. No i może chwili dla mnie dla… Mnie. Musiałem zapalić.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)